
Kolejna perełka z polskiego rynku aukcyjnego, i to nie byle skąd, bo z samej Desy-Unicum, królowej polskich aukcji, potentata obrotów, chluby branży (przynajmniej we własnych materiałach prasowych). Niedawno śmialiśmy się z wpadki w Rempexie (https://polishartcorner.com/2026/07/12/florian-cynk-1838-1912-w-rempexie-z-kompromitujacym-certyfikatem/), dziś czas na odcinek specjalny: “Desa Unicum a sztuka liczenia do stu”.
Bo żeby pomylić Władysława Szernera (1836–1915) z jego synem, Władysławem Karolem Szernerem, trzeba się naprawdę postarać. Zwłaszcza że obraz jest łaskawie podpisany przez samego autora: “Władysław Szerner iun.”; “iun.”, drodzy państwo, czyli junior, czyli SYN, czarno na białym, własnoręcznie, na płótnie, żeby nawet stażysta na pierwszym dniu praktyk nie miał wątpliwości. A jednak ktoś w Desie zdołał to przeoczyć z gracją godną cyrkowego ekwilibrysty.

I gdyby tylko podpis. Bo obraz jest datowany na rok 1925. Ojciec zmarł w roku 1915. Dziesięć lat wcześniej. Malowanie zza grobu to, o ile wiem, wciąż nie jest uznaną techniką w historii sztuki, nawet w Desie. Może ktoś tam po prostu wierzy w reinkarnację malarską i uznał, że duch Władysława seniora chwycił pędzel prosto z zaświatów, żeby domalować jeszcze jeden snopek zboża.
Rozumiem, że jest lato, że kadra kierownicza medytuje gdzieś na Malediwach albo popija drinki w Tajlandii, a katalog powierzono komuś, kto historię sztuki zna może z Wikipedii otwartej w drugiej karcie przeglądarki. Ale żeby te dwie tak oczywiste przesłanki, tj. “iun.” na obrazie i data niemożliwa do pogodzenia z metryką zgonu, nikomu nie zapaliły nawet najmniejszej czerwonej lampki? To już nie jest lekkie niedopatrzenie, to jest wyczyn.

Screen zostaje na blogu jako trofeum, bo katalog pewnie zostanie po cichu poprawiony jeszcze przed wieczorem, a Desa, jak zwykle, formalnie Polish Art Corner nie czyta i nic nie o nim wie. Wycena 20,000–30,000 zł tymczasem stoi murem, bo cóż, obraz przecież nie zmienił jakości, zmienił się tylko malarz, epoka i w zasadzie cała podstawa atrybucji, czyli drobiazgi.
W katalogu może być więcej smaczków, ale nie będę teraz wszystkiego wyciągać naraz. Niech kolekcjonerzy sami poćwiczą czujność. Bo jak to mówią: człowiek uczy się na błędach, najlepiej cudzych, ale jak trzeba, to i na własnych, czyli tych za 20–30 tysięcy złotych a w innych przypadkach za dużo więcej.