
Koresponduję od jakiegoś czasu z czytelnikiem, który w dobrej wierze kupił obraz polskiego artysty na jednej z aukcji w Niemczech. Obraz okazał się falsyfikatem i czytelnik próbował odzyskać pieniądze. O tym domu aukcyjnym pisałem wielokrotnie nazywając go ‘cygańskim’ lecz na prośbę czytelnika nie podaję jego nazwy. Czytelnik próbuje nadal odzyskać pieniądze, choć pierwsza sprawa w sądzie niemieckim nie zakończyła się jego korzyść. Warto przeczytać poniższy list czytelnika z przemyśleniami i pytaniami. Podobne sytuacje można zapewne spotkać na polskim rynku. Warto zwrócić uwagę jaka może być odpowiedzialność domu aukcyjnego w zależności od tzw. jego dysclaimers czy też opublikowanego regulaminu. Myślę, że wrócę w niedalekiej przyszłości do tego domu aukcyjnego bo, jak historia wskazuje, przynajmniej polskie domy aukcyjne czytają PAC i potrafią szybko reagować na własne pomyłki.
Falsyfikat na aukcji. Kto właściwie odpowiada?
Kupując dzieło sztuki na profesjonalnej aukcji, płacimy nie tylko za sam obraz. Płacimy także prowizję domu aukcyjnego — za jego markę, doświadczenie, katalog, opis, selekcję obiektów i, przede wszystkim, za zaufanie.
Co jednak dzieje się w chwili, gdy praca wystawiona bez żadnych zastrzeżeń pod nazwiskiem konkretnego artysty okazuje się, według specjalistycznych badań, falsyfikatem?
Niedawno przekonałem się, że odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista.
Obraz, który miał być oryginałem
Na zagranicznej aukcji kupiłem pracę przypisaną polskiemu malarzowi działającemu na przełomie XIX i XX wieku. Artysta nie był zresztą postacią całkowicie obcą niemieckiemu rynkowi sztuki — przez kilka lat studiował w Monachium i należał do szeroko rozumianego kręgu szkoły monachijskiej.
Opis katalogowy nie pozostawiał większego pola do interpretacji.
Podano pełne nazwisko artysty, daty jego życia, technikę, wymiary i informację o sygnaturze.
Nie było dopisku:
„przypisywany”,
„krąg artysty”,
„warsztat”,
„w stylu”,
„według”.
Dla kupującego przekaz był więc jednoznaczny: oferowana jest praca tego konkretnego autora.
Wylicytowałem ją i zapłaciłem cenę wraz z niemałą prowizją aukcyjną.
Wątpliwości pojawiły się szybko
Po otrzymaniu obrazu coś zaczęło mi się nie zgadzać.
Pracę obejrzały osoby od wielu lat związane z rynkiem sztuki. Ich opinia była krytyczna. Zasugerowano, że obiekt może być nieautentyczny.
Nie poprzestałem na ocenie „na oko”.
Zleciłem szczegółowy raport badawczo-konserwatorski przygotowany przez profesora zajmującego się konserwacją, technologią i badaniem dzieł sztuki wraz z zespołem specjalistów.
Przeprowadzono między innymi badania mikroskopowe, analizę papieru, analizę spoiw i pigmentów oraz badania instrumentalne.
Wyniki były bardzo poważne.
Według ekspertyzy podłoże posiada cechy papieru współczesnej produkcji, a nie materiału pochodzącego z okresu życia artysty. Wskazano także na zastosowanie techniki druku, na którą wtórnie nałożono fragmenty wykonane suchym pastelem.
Innymi słowy: badania nie potwierdziły autentyczności. Przeciwnie — ich wyniki wskazują, że praca została wykonana znacznie później.
Oryginał też się znalazł
Historia stała się jeszcze bardziej interesująca, kiedy udało się odnaleźć archiwalne zdjęcie autentycznego obrazu, który najwyraźniej posłużył jako wzór.
Kompozycja była niemal identyczna.
Eksperci zwrócili uwagę, że zakwestionowana praca mogła powstać poprzez wykorzystanie reprodukcji oryginału, a następnie jej dalsze opracowanie.
Nie przesądzam, kto ją wykonał.
Nie wiem, kiedy powstała.
Nie wiem też, kto jako pierwszy świadomie przedstawił ją jako oryginalne dzieło znanego artysty.
I właśnie tego rodzaju ostrożność jest w tej sprawie bardzo ważna.
Reklamacja i droga do sądu
O wynikach pierwszych konsultacji poinformowałem dom aukcyjny i zażądałem rozwiązania transakcji.
Próbowałem również zwrócić obraz, ale Dom Aukcyjny nie przyjął przesyłki.
Sprawa nie została załatwiona polubownie.
Ostatecznie trafiła do niemieckiego sądu.
Byłem przekonany, że spór będzie dotyczył przede wszystkim pytania:
czy dom aukcyjny sprzedał dzieło autentyczne, czy falsyfikat?
Tymczasem okazało się, że zasadniczy spór prawny może dotyczyć czegoś zupełnie innego:
kto właściwie był sprzedawcą?
„My tylko przeprowadziliśmy aukcję”
Dom aukcyjny powołał się na swój regulamin.
Zgodnie z nim obiekty sprzedawane są w imieniu i na rachunek osób, które powierzają je do sprzedaży.
Innymi słowy: dom aukcyjny twierdzi, że sam nie sprzedał mi obrazu. Był jedynie organizatorem aukcji i pośrednikiem, natomiast właściwym sprzedawcą była osoba, która dostarczyła dzieło.
Wobec tej osoby zapadło następnie nieprawomocne rozstrzygnięcie zaoczne, ponieważ nie stawiła się na rozprawie. Ma jeszcze możliwość skorzystania z przewidzianych prawem środków.
Formalnoprawnie konstrukcja domu aukcyjnego może mieć podstawy.
Tyle że z punktu widzenia kolekcjonera sytuacja wygląda co najmniej osobliwie.
Bo przecież to nie anonimowy właściciel dzieła:
- przygotował katalog aukcyjny,
- nadał pracy atrybucję,
- umieścił przy niej nazwisko artysty,
- wykonał fotografie,
- zaprezentował obiekt klientom,
- przeprowadził licytację,
- pobrał prowizję.
Zrobił to profesjonalny dom aukcyjny.
Ile powinien sprawdzić profesjonalny dom aukcyjny?
Nie uważam, żeby każdą pracę przed aukcją należało poddawać kosztownym badaniom laboratoryjnym.
Byłoby to nierealne.
Nie można oczekiwać FTIR, XRF, badań mikroskopowych i analiz chemicznych przy każdym obiekcie o wartości kilkuset czy kilku tysięcy euro.
Ale istnieje ogromna różnica między specjalistycznym badaniem laboratoryjnym a podstawowymi oględzinami dzieła.
Czy osoba przyjmująca pracę do profesjonalnego domu aukcyjnego powinna obejrzeć jej rewers?
Czy powinna ocenić podłoże?
Czy powinna przyjrzeć się sygnaturze?
Czy powinna sprawdzić, czy rzekomo stuletni materiał rzeczywiście wygląda jak stuletni?
W moim przypadku ekspertyza zwróciła uwagę między innymi na bardzo jasne odwrocie papieru, brak typowego zażółcenia, brak kruchości i innych oznak charakterystycznych dla dawnego papieru.
To nie jest jeszcze dowód, że pracownik domu aukcyjnego musiał wiedzieć, iż ma do czynienia z falsyfikatem.
Ale jest to powód, aby zapytać:
czy profesjonalne oględziny w ogóle zostały przeprowadzone?
A może regulamin rozwiązuje wszystko?
Tu zaczyna się problem, który wykracza daleko poza mój obraz.
Dom aukcyjny jest instytucją zaufania rynkowego.
Gdyby chodziło jedynie o techniczne połączenie anonimowego sprzedającego z anonimowym kupującym, można byłoby zadać pytanie: po co właściwie płacić kilkanaście lub kilkadziesiąt procent prowizji?
Klient płaci za coś więcej.
Za selekcję.
Za wiedzę.
Za reputację.
Za profesjonalizm.
Za przekonanie, że ktoś przed nim przynajmniej obejrzał przedmiot i uznał, że można go publicznie zaoferować pod nazwiskiem określonego twórcy.
Dlatego tak interesujące jest pytanie, czy regulamin może sprowadzić odpowiedzialność domu aukcyjnego praktycznie do zera.
„My tylko wystawiliśmy. Za przedmiot odpowiada właściciel.”
Jeżeli tak ma działać profesjonalny rynek sztuki, pojęcie zaufania wymaga chyba ponownego zdefiniowania.
Niemieckie sądy już zajmowały się podobnymi problemami
Sprawa wcale nie jest pozbawiona precedensów.
W niemieckim orzecznictwie pojawiały się już procesy dotyczące falsyfikatów sprzedawanych przez profesjonalnych uczestników rynku sztuki.
W jednej ze znanych spraw dotyczących falsyfikatu przypisanego niemieckiemu ekspresjoniście sąd badał właśnie odpowiedzialność domu aukcyjnego za stworzenie w katalogu wrażenia pewnego autorstwa dzieła bez wystarczających podstaw do tak jednoznacznej atrybucji.
W innym orzeczeniu niemiecki sąd najwyższej instancji zwracał uwagę, że ograniczenie odpowiedzialności aukcjonera nie musi chronić go w sytuacji, gdy nie dochował oczekiwanej od profesjonalisty staranności.
Nie oznacza to oczywiście, że każda podobna sprawa musi zakończyć się odpowiedzialnością domu aukcyjnego.
Okoliczności są różne.
Wartość dzieła jest różna.
Zakres koniecznej weryfikacji także może być różny.
Ale samo stwierdzenie:
„sprzedawcą był komitent, więc my nie mamy z tym nic wspólnego”
nie wyczerpuje, moim zdaniem, wszystkich pytań.
I wtedy pojawił się drugi falsyfikat
Jest jeszcze jedna okoliczność.
Na tej samej aukcji inny kolekcjoner z Polski kupił pracę przypisaną innemu polskiemu artyście.
Ta praca również została następnie zakwestionowana.
Jej właściciel dysponuje profesjonalną ekspertyzą stwierdzającą brak autentyczności.
Podkreślę bardzo wyraźnie:
dwa falsyfikaty na jednej aukcji nie są dowodem, że dom aukcyjny świadomie oferował fałszywe dzieła.
Nie mam podstaw, aby coś takiego twierdzić.
Ale dwa niezależne przypadki pozwalają już zasadnie zapytać o procedurę przyjmowania i weryfikowania obiektów.
Czy oba dzieła pochodziły od tej samej osoby?
Czy miały podobną historię własności?
Jak zostały przedstawione domowi aukcyjnemu?
Czy posiadały dokumentację proweniencji?
Kto podejmował decyzję o przypisaniu ich konkretnym artystom?
Czy pracownik domu aukcyjnego je oglądał?
To pytania, na które chciałbym poznać odpowiedź.
Kto stoi na początku łańcucha?
Osoba formalnie wskazana jako sprzedająca jest w bardzo podeszłym wieku.
Nie zamierzam na tej podstawie wyciągać żadnych wniosków.
Nie wiem, czy wiedziała, że praca może być nieautentyczna.
Nie wiem, skąd ją otrzymała.
Nie wiem, czy działała samodzielnie.
Nie wiem też, czy miała jakikolwiek kontakt z osobą, która wykonała falsyfikat.
Byłoby nieodpowiedzialne przedstawianie przypuszczeń jako faktów.
Ale właśnie dlatego interesujące staje się pytanie o prawdziwą proweniencję obrazu.
Kto go wykonał?
Kto pierwszy przedstawił go jako oryginał?
Jak trafił do osoby, która oddała go do domu aukcyjnego?
Czy wcześniej był już oferowany?
Czy istnieją inne podobne prace?
To być może znacznie większa historia niż zwykły spór o zwrot ceny jednego obrazu.
Cywilny spór i zupełnie inne pytanie
Moja sprawa rozpoczęła się bardzo prosto.
Chciałem odzyskać pieniądze za dzieło, które — zgodnie z przeprowadzonymi badaniami — nie jest tym, za co je sprzedano.
Do tego dochodzą koszty ekspertyzy, obsługi prawnej i postępowania.
Nie planowałem prowadzić śledztwa dotyczącego rynku falsyfikatów.
Ale w pewnym momencie pojawia się pytanie, którego trudno już nie zadać:
kto faktycznie wprowadził ten obiekt do obrotu jako dzieło konkretnego artysty?
Nie oznacza to oskarżenia domu aukcyjnego.
Nie oznacza oskarżenia właściciela pracy.
Nie oznacza też, że wiadomo, kto wykonał falsyfikat.
Oznacza tylko, że gdzieś w historii tego przedmiotu musiał istnieć moment, w którym współczesna praca otrzymała nazwisko artysty zmarłego kilkadziesiąt lat wcześniej.
I ktoś musiał zrobić to pierwszy.
Najważniejsze pytanie pozostaje bez odpowiedzi
Cała ta historia prowadzi mnie do pytania znacznie szerszego niż mój proces:
za co właściwie odpowiada profesjonalny dom aukcyjny?
Jeżeli za autentyczność odpowiada wyłącznie anonimowy lub nieznany kupującemu komitent, to jaką rzeczywistą ochronę daje marka domu aukcyjnego?
Czy katalog jest tylko reklamą?
Czy nazwisko artysty w katalogu jest stwierdzeniem, czy jedynie informacją przekazaną przez właściciela?
Jaki zakres weryfikacji poprzedza publikację takiego nazwiska?
I czy kupujący powinien przed każdą licytacją zatrudnić własnego historyka sztuki, konserwatora i laboratorium?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, profesjonalny obrót aukcyjny traci sporą część swojego sensu.
Zaufanie też powinno mieć wartość
Rynek sztuki zawsze będzie obszarem ryzyka.
Nie istnieje stuprocentowa pewność.
Pomyłki ekspertów się zdarzają.
Atrybucje się zmieniają.
Nowe badania potrafią podważyć opinie obowiązujące przez dziesięciolecia.
Ale czym innym jest naukowa dyskusja dotycząca autorstwa, a czym innym sytuacja, w której materiał, na którym wykonano pracę, według badań pochodzi z okresu późniejszego niż życie artysty.
W takich przypadkach kupujący ma prawo oczekiwać czegoś więcej niż wskazania palcem na osobę, która dostarczyła obraz.
Bo jeśli dom aukcyjny czerpie swoją wartość z zaufania, to odpowiedzialność za sposób budowania tego zaufania również powinna mieć swoją wagę.
Moja sprawa jeszcze się nie zakończyła.
I być może najciekawsze pytania dopiero czekają na odpowiedź.
Nota autora: Tekst opisuje rzeczywisty, trwający spór dotyczący dzieła sztuki. Ze względu na nieprawomocny charakter części rozstrzygnięć oraz ochronę dóbr osobistych celowo pominięto nazwy instytucji i dane osób uczestniczących w sprawie. Informacje o nieautentyczności prac odnoszą się do wniosków wynikających z wykonanych ekspertyz. Tekst nie przesądza odpowiedzialności karnej ani świadomego udziału którejkolwiek osoby lub instytucji w wprowadzaniu falsyfikatów do obrotu.