Opinie

List od p. J. W. (4/13/21)

Szanowni Państwo,

Pragnę się z Państwem podzielić własnymi przemyśleniami na temat Polskiego rynku sztuki. Kolekcjonuje polskie malarstwo od 3-4 lat , pierwszą prace jaką nabyłem -chyba nikogo to nie zdziwi była to praca Jerzy Kossak ,,wizja Napoleona” pierwsza i jak dotąd ostatnia kupiona na Polskim rynku.

Próbując odnaleźć się i rozeznać w tym gąszczu nazwisk zacząłem od literatury (ogólnodostępnej) i jak chyba każdy od przeglądania katalogów aukcyjnych (Polskich) domów aukcyjnych dostępnych dla każdego w Internecie. Z czasem moja wiedza na ten temat (pole widzenia) się powiększało, po upływie ok 1-2 lat natrafiłem na PAC i zacząłem się zastanawiać dla czego nie spróbować swoich sił na rynkach zagranicznych – jeżeli można cos kupić za połowę ceny, a niekiedy nawet taniej..

Jako osoba węsząca z każdej strony spisek i szukająca dziury w całym dotarłem do artykułów Pana J.Miliszkiewicza i zaczęło do mnie docierać ,że nasz krajowy rynek nie jest tak nieskazitelny jak mi się wydawało. Jeszcze jako poczatkujący kolekcjoner amator miałem wrażenie, że dom aukcyjny nigdy nie mógłby świadomie sprzedać na aukcji lub w galerii pracy uznanego artysty o szemranej proweniencji lub po prostu wizualnie rażących niedociągnięciach wskazujących na to ,że np: Tego nie namalował Kossak , bo Kossak tak nie malował!!!

Zawsze miałem wrażenie ,że w przypadku domów aukcyjnych najważniejsze jest dobre imię , renoma, marka budowana niekiedy przez lata – której nie warto narazić dla szybkiego zarobku, bo informacja pójdzie w świat  i zaufanie budowane przez lata runie jak domek z kart . Niestety jak to mówił klasyk ,,żyłem w mylnym błędzie” światem żądzą pieniądze i każdy chce zarobić. Pokolenie ludzi dla których dane słowo było ważniejsze od pieniędzy jest na wymarciu. Wystarczy prześledzić historie (katalogi aukcyjne) sprzedaży czołowych polskich domów aukcyjnych i jestem o tym w 100% przekonany, że sprawne oko wypatrzy rażące niedociągnięcia(mam na myśli prace sprzedane jako Kossaka , Fałata, Nikifora , Wierusza etc.) będące typowymi falsami.

Czy istnieje jakiś magiczny lek na uzdrowienie naszego Polskiego rynku sztuki? Jak do tej pory, chyba nikt na to nie wpadł. A poza tym kto chce się kopać z koniem (np: Desą , SDA , Agra) są to korporacje , które dysponują środkami na prawników, mogących przeciętnego Kowalskiego zniszczyć ilością pozwów i kosztami sądowymi. Na chwilę obecną możemy tylko o tym pisać, a co za tym idzie: informować i edukować społeczeństwo za pośrednictwem Pańskiego bloga, i innych podobnych portali, blogów których niestety nie znam i nad tym ubolewam.

Wychodzi na to, że Pański blog w chwili obecnej jest jedynym wolnym (mam na myśli – nie piszącym pod publiczkę, czy na usługach domów aukcyjnych) źródłem rzetelnych informacji. Odnosząc się do poprzedników, to nie liczył bym na to że któryś z domów aukcyjnych włączy się w polemikę na temat uzdrowienia Polskiego rynku sztuki – ponieważ  tak jak i my – ONI również zdają sobie sprawę z patologii naszego rynku, bo sami są za ten stan rzeczy odpowiedzialni- zyski rosną rok do roku, odpowiedzialność zerowa ,więc po co to zmieniać? Na chwile obecna pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się osoba, która włoży kij w mrowisko i nagłośni tą sprawę tak bardzo, że najwyższe organa Państwow pochylą się nad tym problem i zrewolucjonizują nasz rynek. Dopóki to nie nastąpi radzę dalej przeglądać zagraniczne katalogi aukcyjne i czekać na swoją szansę – której każdemu z Państwa szczerzę życzę.

PS: Wydaje mi się, że nie wszyscy czytelnicy zabierający głos na temat naszego rodzimego rynku sztuki mieszkają w Polsce – więc ich punkt widzenia nie pokrywa się z tym co My odczuwamy. Każdy głos w dyskusji jest ważny , bo wnosi coś nowego i pozwala na inne sprawy spojrzeć z innej perspektywy.


Pozdrawiam


J.W

Odpowiedź Eksperta K. Z. (04/13/21)

Szanowny Panie P.G.,

Bardzo Panu dziękuję za ostatni wpis, rzeczowy i wyważony. Pytanie jakie stawia Pan na początku zmusza mnie do mówienia o sobie, czego staram się unikać, jako że to nie jest mój promotional site. Otóż informuję Pana że istotnie jestem niezależnym ekspertem, że nigdy nie miałem galerii, a odkąd opuściłem muzeum przed bardzo wielu laty mam status wolnego zawodu. Tym bardziej jestem niezależny że w tym rozdrobnionym świecie w którym się poruszam miałem okazję pracować z mniejwięcej dwudziestoma pięcioma różnymi domami akcyjnymi. Z polskimi domami aukcyjnymi mam nikłe kontakty, tu mało kogo znam i mało kto mnie zna, więc nie bronię niczyjego interesu, tylko staram się przedstawić inny punkt widzenia, mniej emocjonalny. Ale też jestem świadom że patrząc na te sprawy z zewnątrz, nie wiem wszystkiego. 

Spojrzał Pan krytycznie na moją pesymistyczną postawę i pyta się co można tutaj uczynić. Napewno ja jako samotny strzelec bardzo niewiele. Janusz Miliszkiewicz głosi swoje przesłanie z platformy która ma kilkadziesiąt tysięcy czytelników. Zresztą ja też jestem pełen uznania dla jego batalii. On  wielokrotnie wyciągał mnie na spytki, zaś ja starłem się nie burzyć jego wizji, chociaż na rożne sprawy patrzę pod innym kątem.

Tym niemniej mój pesymizm też jest zniuansowany, bo mimo wszystko widzę pewną ewolucję. Na przykład : czytam na stronach Artifo że jakaś galeria na aukcji wyjazdowej sprzedała 3/38 pozycji za sumę ok. 2.000 euro. I fakt ten mnie cieszy, oczywiście nie dlatego że galeria nie wyszła na swoim, ale że nie dodała do tego wyniku dwóch zer i że jest to krok do większej transparentności tego rynku. Więc może jest iskra nadziei ?

Z wyrazami szacunku,

K.Z.

Odpowiedź autora blogu. (04/13/21)

Jako prowadzący blog odniosę się jedynie do części poniżej zamieszczonego wpisu p. P. G. sugerującego moją ‘presję’ wywieraną na domy aukcyjne, na przykładzie pracy Bronisławy Rychter Janowskiej (https://polishartcorner.com/2021/03/29/bronislawa-rychter-janowska-1868-1953-8/) . Otóż moja ‘presja’ odniosła odwrotny skutek od zamierzonego(?), zdała się psu na budę. Ta moim zdaniem słaba praca sprzedała się w SDA bardzo wysoko (aż 16,000 złotych) ku uciesze domu aukcyjnego a rozpaczy kupującego,… gdy otrzeźwieje. Podkreślam raz kolejny, że wpływ mojego blogu na kupujących w domach aukcyjnych (kolekcjonerów?) jest znikomy. Domy aukcyjne owszem czytają mój blog, grożą mi czasami (SDA) ale…wychodzą na swoje. Zobaczymy jak będzie za dwa dni z serigrafią Tamary Łempickiej choć nie mam złudzeń, że ta również dobrze się sprzeda, https://polishartcorner.com/2021/04/11/tamara-lempicka-1898-1980-akwatinta-z-ok-1932-roku-vs-serigrafia-po-1990-roku/.

Domy aukcyjne sprzedają prace by się z tego utrzymać. Czasami(?) estymacje są nieadekwatne w stosunku do prac. W tym wszystkim brak jest krytycznego spojrzenia obu stron, sprzedającego i kupującego. Nie oczekujmy, że domy aukcyjne będą krytykowały wstawiane na ich aukcje prace. Nie dojdzie nigdy do samobiczowania. Krytyka winna znajdować się po stronie kupujących…tyle, że gdzie publikować odmienne opinie? Ja staram się opisywać prace wchodzące na rynek poza Polską i nie udzielam się z omawianiem polskich katalogów. Jedyne wyjątki to te, gdy czasami zobaczę pracę przywiezioną z aukcji zagranicznej do Polski. Proponuję, by ktoś założył stronę autorską poświęconą jedynie polskim katalogom, polskim galeriom i opiniował rynek wytykając niedorzeczności. Pole takie stoi szerokim otworem bo wiele portali jedynie ‘cmoka’ przyjacielsko. Może ktoś zdecyduje się ‘zabłysnąć’? Póki co, proszę dalej wylewać tutaj swoje żale. Może w końcu z tej nicości powstanie nowa jakość.

Pozdrawiam, John Doe (Polish Art Corner). 04/13/21.

List p. P. G. (04/13/21)

“Szanowni Panowie,

Chciałbym wtrącić się do dyskusji, ale nie będzie to raczej wypowiedź z tych “pośrodku”, ponieważ sam jestem zagorzałym krytykiem obecnych patologii na polskim rynku sztuki, co przedstawiałem dosadnie w poprzednich swoich wypowiedziach.
Pan Ekspert słusznie zauważył, że w całej debacie brakuje riposty strony krytykowanej, czyli domów aukcyjnych, ekspertów, itd. Jednak kiedy czytam pierwszy Jego tekst zastanawiam się właśnie, czy jest ekspertem niezależnym (istnieją tacy?), czy może kimś, z kogo usług korzystają domy aukcyjne, a więc osobą będącą po drugiej stronie barykady właśnie. Generalnie przekaz jaki płynie z Jego wypowiedzi można sprowadzić w uproszczeniu do stwierdzenia – nie ma się co tak ciskać, bo w Polsce jest tak samo źle, jak na zachodzie. To w takim razie ja zadaję pytanie “i co dalej, czy cały czas ma być tak, jak było?”. Obrazowo to ujmę w ten sposób, czy jak Pan Ekspert idzie ulicą i widzi, jak po drugiej stronie włamywacze okradają samochód, to odwraca głowę i idzie dalej, czy wszczyna alarm i stara się udaremnić tę kradzież? Nie każdy jest bohaterem i w pojedynkę musi naprawiać rzeczywistość, ale kiedy widać draństwo, należy z tym walczyć (najlepiej zbiorowo), a nie godzić się z patologiami, no chyba, że ma się w tym interes…
Czy jako ekspert z wieloletnim doświadczeniem nie ma Pan naprawdę żadnych propozycji na zmiany? Nazwał Pan pomysły p. Miliszkiewicza utopią, a tymczasem wspomniany pan robi właśnie coś konkretnego, jak choćby krytyka patologicznego wyceniania współczesnych serigrafii przez domy aukcyjne na przykładzie Tamary Łempickiej. Osobiście dodam, że bardzo podoba mi się ta presja na domy aukcyjne, stosowana również przez Autora bloga – przykład Bronisławy Rychter-Janowskiej. Widać, że domy nie działają w próżni i średnio sobie radzą z takim ciśnieniem. Moim zdaniem to jest właśnie pomysł na walkę z ich bezkarnością.
Co do wypowiedzi Pana K., rozumiem jego frustracje, ale pomysł z kupowaniem przez polskie rządy dzieł sztuki najwyższej klasy uważam za niezbyt trafny. Bardziej szedłbym w stronę praktyk promujących okresowe dzielenie się z publiką poprzez udostępnianie kolekcji gromadzonych przez prywatnych inwestorów. Ile dzieł sztuki znika na wiele lat zamkniętych w prywatnych sejfach, ile kupionych jest tylko po to, żeby zarobić na nich po pewnym czasie. Jeśli milionerzy zaczną zmieniać mentalność, sztuka stanie się bardziej dostępna. Pan Ekspert wymienił kilka nazwisk, które idą dobrą drogą.

Z poważaniem,
P.G.”

Riposta p. K. Z. (04/12/21)

Szanowny Panie W.,

Dziękuję za przesłany komentarz do mojego tekstu z  8 kwietnia, Jak na razie jedyny, bowiem nadal oczekuję na listy protestacyjne denuncjujące zawarte w nim herezje. Dzięki temu wiem przynajmniej że chociaż jedna osoba przeczytała ten tekst. Ubolewam jednakoż nad agresywnym jego tonem, bowiem wpadł Pan tu niczym czerkies na koniu z obrazu Wierusza siekać bez litości na lewo i prawo, nie oszczędzając szczególnie ekspertów, znawców, spekulantów, inwestorów i pseudo kolekcjonerów. Ponieważ ktoś tu musi zachować zimną krew, staram się odebrać tę wypowiedź jako wybuch nagromadzonych pretensji i frustracji, gdzie moja wypowiedź okazała się detonatorem, a mnie się dostało rykoszetem przy tej okazji. O tym świadczy też fakt że dwie trzecie tego co Pan pisze albo deformuje moje opinie albo porusza sprawy do których ja się nie odnosiłem. Moje przesłanie było proste : w Polsce mamy te same patologie jak w innych krajach i nie należy sądzić że gdzieś jest lepiej. Czy ja gdzieś gloryfikuję ten stan rzeczy ? Sam Pan pisze w pewnym momencie “zgoda, na zachodzie też jest bałagan” i odsyła mnie Pan do książki Watsona ‘Double Dealer’ w której opisana jest działalność przestępcza, przy której przypisywane nam grzechy to przedszkole. Jaki ja z tego mam wyciągnąć wniosek ? Nie rozumiem doprawdy co ja upraszczam i trywializuję, to Pan upraszcza wrzucając wszystko i wszystkich do jednego kotła.

Wypowiada się Pan też na temat ekspertów, co mogę interpretować dwojako.

Dopóki chce Pan powiedzieć że prawdziwe znawstwo nie jest równoznaczne z posiadaniem “papierka”  to muszę Pana rozczarować i powiedzieć ze Pan wyważa otwarte drzwi, bowiem mam na ten temat ten sam pogląd i zawsze broniłem “oświeconych amatorów”. Historia sztuki zna niezliczoną ilość takich przykładów : Ambroise Vollard, jeden z największych marszandów i znawców sztuki swojego pokolenia to prawnik z wykształcenia ; Daniel-Henry Kahnweiler, odkrywca i promotor kubizmu – urzędnik bankowy, zaś nasz wielki znawca sztuki japońskiej, Manggha Jasieński nie posiadający nawet matury.

Trochę się Pan jednak zagalopował z tą tyradą ‘antypapierkową’ bowiem chyba posiadanie dyplomu przez Pana Banacha, którego znam i bardzo cenię nie jest jakimś obciążeniem; z kolei nie znam z kolei nikogo kto by podważał kompetencje p. Dmochowskiego, wbrew temu co Pan pisze o lekceważeniu osób nie posiadających owych “papierków”.

Jeśli natomiast Pana dywagacje na ten temat mam odebrać jako atak osobisty, wówczas jest to zastępwanie pojedynku na argumenty próbami zdezawuowania oponenta. W tym momencie dalszy dialog staje się niemożliwy.

Także muszę powiedzieć że czepianie sie słów o ‘zabawie’ i ‘kolekcjonowaniu’ nie wnosi nic konstruktywnego do dyskusji. Już tłumaczę : znam dwie starsze panie, które od czasu do czasu chodzą na aukcje, żeby kupić jakiś obrazek albo bibelot. Dla nich to jest zabawa. Pyta Pan od jakiego progu zaczyna się kolekcjonowanie, nie wiem. 10.000 złotych rocznie Panu odpowiada ? A gdzie poza tym gdzie ja napisałem że prawdziwy kolekcjoner to nie jest pasjonat, który potrafi narazić domowy budżet na poważne niebezpieczeństwo ?

Nie wiem z jakich źródeł czerpie Pani formacje twierdząc że ja nigdy nic nie kolekcjonowałem. Otóż pierwszy mój obraz kupłem w Hôtel Drouot w 1975 roku. Nie pytam ile Pan miał wtedy lat. NIe jestem żadnym wielkim kolekcjonerem ale zdarzało się nam wypożyczać obiekty na wystawy w Bibliotece Polskiej w Paryżu, do Muzeum w Rennes, do Muzeum Narodowego w Warszawie, krakowskiej Cricoteki itd. Posiadałem także niegdyś jeden z najładniejszych zbiorów dawnego plakatu polskiego.

Inne poruszane przez Pana kwestie nie mają związku z przedmiotem tego sztucznego sporu, tym niemniej pozwolę sobie na dwa komentarze. Ubolewa Pan nad tym że Polska nie kupuje za miliony dzieł sztuki na rynku międzynarodowym. Czy mam przypomnieć jaki się podnósł raban kiedy prof. Gliński za psie pieniądze (nie obrażając psów) kupił kolekcję Czartoryskich ?

Jak też Pan chce żeby tu powstał rynek Rembrandta i van Gogha, kiedy tu tych obrazów nie ma, oraz nie ma fortun na miarę amerykańskich nie mówiąc o oligarchach ukraińskich i rosyjskich ? W jaki sposób można ich tu ściągnąć ?

Na zakończenie cieszę się i gratuluję że jest Pan aktywnym kolekcjonerem, jakich wciąż jest za mało. Jakoś tak się dzieje iż mimo apokaliptycznych wizji świata snutych przez niektórych (wpływy Beksińskiego?) można zbudować coś bardzo wartościowego, czym można się dzielić z innymi, jak to pokazują przykłady Wojciecha Fibaka, Krzysztofa Musiała, Bogdana Jakubowskiego czy Marka Roeflera.  

Z poważaniem,

K. Z.

Odpowiedź na poniższy list (04/09/21)

Szanowny Panie K.Z. niestety ale w wielu aspektach nie ma Pan zupełnie racji a inne bardzo Pan spłyca.

Po pierwsze nie pamiętam zdania żadnego z forumowiczów który miałby domy aukcyjne za instytucje charytatywne, wręcz przeciwnie chyba każdy z tutaj obecnych zdaje sobie sprawę , że są to zwykłe firmy lub pseudo korporacje działające na konkretnym rynku. Natomiast firmy te nie handlują zwykłym towarem, ich własnym produktem z ich logo i znaczkiem jakości , one handlują sztuką i tutaj zaczyna się problem a w zasadzie cały peleton problemów, nadużyć i nieprawidłowości a czasem zwykłych kłamstw.

Zacznijmy od określenia ekspert. Co to słowo oznacza ? Kto jest , kto może być ekspertem ? Jak zostać ekspertem w zakresie dzieł sztuki ? Ja chcę żeby ktoś mi to klarownie wyjaśnił .
Czy Pan Piotr Dmochowski z wyksztalcenia adwokat , jest lub może być ekspertem w zakresie twórczości Beksińskiego , mimo , że nie ma wykształcenia związanego z historią sztuki ? Chyba nikt nie ma wątpliwości , że obok Pana Banacha nie ma drugiej osoby która byłaby lepszym ekspertem w tej dziedzinie . A więc wiedza , obcowanie z oryginałem , otwarty umysł , lata pracy , umiejętność analizy czyni człowieka ekspertem , nie papierek z uczelni.
Jeśli ktoś takiego papierka nie posiada to pomimo ogromnej wiedzy w danej dziedzinie  będzie traktowany jako samouk a w domyśle ktoś gorszy , niegodny zaufania – tak to niestety wygląda w praktyce.

Kolejny temat to domy aukcyjne. Zgoda, na zachodzie też jest bałagan ale dlaczego mamy się oglądać na innych ? Polecam książkę Petera Watsona – ‘W podwójnej roli ‘ gdzie opisuje wiele ciekawych zagrywek największych domów aukcyjnych , jak na przykład ratują sie przed tak zwanymi ‘spadami’ z aukcji itp.

Przecież w Polsce wszystkim wielkim graczom zależy , żeby na naszym rynku sztuki był jak największy bałagan bo wtedy odpowiedzialność się rozmywa na innych, nie ma żadnych regulacji np dotyczących falsyfikatów , błędnych ekspertyz itp. , ale nie mam siły o tym mówić.
 Ludzi takich jak ja boli , nie to , że domy aukcyjne skupują obrazy , ‘robią ceny’ , manipulują ludźmi , oszukują na przeróżne sposoby – nas boli to , że dorabiają do tego ideologię.
W mediach mainstreamowych ich przedstawiciele opowiadają bajki o stale rozwijającym się polskim rynku sztuki, nieograniczonych możliwościach inwestowania , obcowania ze sztuką która ma niezwykłą, często wzruszającą historię. O tym jak to współpracują z muzeami , niosą kaganek oświaty – wręcz uczą całe społeczeństwo, kultury obcowania ze sztuką. To jest taki bullshit , że cięzko mi to było napisać.

Gdyby nasz rynek się tak rozwijał jak nam to opowiadają , to wraz z nim rozwijałby się art banking , ubezpieczenia ekspertckie i cała machina finansowo kredytowa związana ze sztuką. Nigdy nasz rynek nie przyciągnie poważnych kolekcjonerów zza granicy bo u nas nigdy nie pojawią się dzieła Rembrandta , Fransa Halsa , Rubensa , Manierystów włoskich , Van Gogha , Rotkho  czy Pollocka. Więc jak możemy mówić o rozwoju ?,Ceny będą rosły i będzie więcej prac , ale nic poza tym .
Dlaczego domy aukcyjne nic nie mówią o traktowaniu pracowników , bezpłatnych nadgodzinach itp ? Skąd taka obłuda ? Dlaczego się o tym nie  mówi w poważnych mediach ? Nie będę więcej o tym pisał , marzy mi się debata np. na youtube z tymi wszystkimi ekspertami , znawcami , spekulantami , inwestorami , pseudo kolekcjonerami. Chętnie ‘pojadę’ z wami ‘a cappella’ na żywo, żeby ludzie widzieli waszą obłudę.

Już ostatnia rzecz i zajmę się inną kwestią. Jeśli pisze Pan , że kolekcjonowanie to w dużym stopniu zabawa lub do pewnego momentu zabawa – to chyba nigdy nic Pan nie kolekcjonował.
Kiedy lub od jakiej kwoty – kończy się zabawa a zaczyna kolekcjonowanie ? Chciałbym to wiedzieć .
Kolekcjonowanie to pasja dla której poświęca się nie tylko czas i pieniądze , ale też rodzinę i samego siebie.
Nie raz brałem kredyt konsumencki na zakup dzieła , bo wiedziałem, że jesli tego nie kupię w tym konkretnym momencie to nie kupię już pewnie nigdy, często swoje aukcje i postąpienia planuję na wiele dni czy tygodni wcześniej , zabezpieczam środki , walczę z innymi kolekcjonerami. Także proszę tego nie spłycać i trywializować.

I ostatni temat , przepraszam za długość ale muszę coś jeszcze powiedzieć.

Wszystkie rządy w Polsce po 1989 r , są dla mnie obłudnikami i leniami bo dla sztuki nie robią zupełnie nic.
Dlaczego ciągle płaczemy , że druga wojna światowa zdewastowała i unicestwiła nasze zbiory ? Dlaczego nie robimy planowych zakupów, kiedy muzea z całego świata takie zakupy robią ?
W 2017 roku słynna “wojna o Parmigianina” dlaczego nie wzięliśmy w niej udziału ? Za 150 mln PLN mogliśmy kupić dzieło o wartości , porównywalnej z dziełami Leonarda czy Rafaela . Ktoś powie , że to szalone pieniądze , że za to można wybudować szpital itp. Jeśli stać na na drukowanie kart do głosowania za 70 mln czy elektrownię węglową do rozbiórki za miliard czy autostrady prowadzące do nikąd – pieniądze marnotrawimy w tym kraju dosłownie na wszystkie możliwe sposoby , to dlaczego nie stać nas na zakup dzieł światowej klasy ? Przecież to jest inwestycja w kolejne pokolenia Polaków i rozwój naszego kraju.

Z poważaniem

 K.

List Eksperta (04/08/21)

Szanowny Panie,

Pozwolę sobie nawiązać do niedawnej serii wypowiedzi jaką wywołała opinia czytelnika podpisującego się ”W”. Opadł już wprawdzie zapał polemiczny użytkowników PAC, a mnie przyszła do głowy taka refleksja. W całej tej gorącej wymianie uwag, oskarżeń pod adresem domów aukcyjnych i ekspertów oraz  pretensji do całego świata, czegoś mi tu zabrakło, a mianowicie reakcji z drugiej strony barykady. Wygląda na to iż rzeczone istytucje i jednostki przyjęły tę krytykę do wiadomości i przeszły nad nią do porządku dziennego. Tymczasem wydaje mi się że zamiast chować głowę w piasek, dobrze było by pewne rzeczy wytłumaczyć lub sprostować.

Pisze zatem wspomniany czytelnik iż sądził że tylko na polskim rynku jest bałagan, a tymczasem znajduje sie to samo wszędzie, czytaj na Zachodzie. Jest to bardzo słuszne stwierdzenie, bowiem po dziesięcioleciach życia w przekonaniu (w dużej mierze słusznym) że wszystko jest lepsze gdzie indziej, czas uzmysłowić sobie że Polska jest krajem takim samym jak inne i w którym rządzą te same prawa ekonomii, które często spychają na margines sprawy etyki. Mit o doskonałości systemów pod innym niebem rozpowszechnia Janusz Miliszkiewicz, sugerując że jest możliwe za pomocą odpowiednich regulacji zlikwidować całkowicie niekompetencje ekspertów, balansowanie domów aukcjnych na granicy uczciwości, oszustwa spadkobierców (o tym się mało mówi ale to poważny problem) i temu podobne. To niestety utopia. Może pod tym względem jeszcze Francja wypada tu najlepiej, gdzie tzw. Commissaire priseur, czyli aukcjoner jest urzędnikiem zaufania publicznego i sprzedaje wyłącznie powierzony towar (tak zresztą jak ekspert). Ale i to nie zapobiega licznym pomyłkom, reklamacjom a także procesom.

Polskie domy aukcyjne, po okresie dopasowywania się do nowej rzeczywistóści funkcjonują tak jak inne domy w krajach naszej strefy. Nadejście kapitalizmu i wolnego rynku przyniosło swoje “plusy dodatnie i plusy ujemne”. Do tych ostatnich należy fakt że domy aukcyjne to domy handlowe nie zaś instytucje charytatywne, z czym wielu dyskutantów nie może się pogodzić. Stąd np. pretensje że domy aukcyjne nie podają informacji o niesprzedanych wcześniej pozycjach. Pominąwszy fakt że jest to dziś na ogół łatwe do sprawdzenia, tak dla porównania proszę powiedzieć jaka firma handlowa będzie się chwaliła że wypuściła niegdyś produkt który okazał się być klapą? Zresztą kwestia niesprzedanych prac to osobny wątek, o którym innym razem. Do tej samej serii marzeń należy sugestia aby stworzyć jakiś organ, który by ustalał estymacje objektów proponowanych na aukcje. Może Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Wycen Przedmiotów Przeznaczonych na Licytację Publiczną ? Odnajduję tu jakąś nostalgię za ubiegłą epoką, kiedy wszystko było reglamentowane i kontrolowane, co poniekąd zwalniało od myślenia i wysiłku, podczas kiedy dziś jest to wolna gra popytu i podaży. Z tej samej serii odnotowuję irytację kolekcjonera gotowego iść z donosem na policję, bowiem pani z domu aukcyjnego złożyła mu propozycję nie do zaakceptowania. Biorąc pod uwagę że chodziło tu o doświadczoną dorosłą osobę a nie niepełnoletniego młodzieńca pod kuratelą ani też ubezwłasnowolnioną staruszkę z Alzheimerem nie bardzo wiem pod jaki paragraf mogła by podpaść ta sytuacja. Tu pozostało tylko podziękować za współpracę i obrócić się na pięcie.

Niech ten głos nie zostanie potraktowany jako pochwała istniejących stosunków, lecz jako opis świata w jakim żyjemy. Ja również chciał bym widzieć domy aukcyjne całkowicie transparentne nie kryjące niczego, ekspertów absolutnie bez skazy, ale także kolekcjonerów realnie oceniających posiadane dzieła. Zbieranie jest przedsięwzięciem indywidualnym, które do pewnego poziomu można traktować jako zabawę. Ale w gruncie rzeczy kolekcjoner jest jednostką samotną która ostatecznie podejmuje decyzje za siebie, nawet jeśli spotka po drodze dobrych doradców, albo korzysta z rad takiego portalu jak niniejszy. Nie należy zatem szukać jakichś nieistniejących kompletnych i definitywnch źródeł informacji na temat rynku sztuki, które przeprowadzą amatora bezpiecznie przez ten zaminowany teren. Na tę wiedzę składa się indywidualna praca nad sobą polegająca na obserwacji rynku, kontaktach z osobami kompetentnymi, wizytach w muzeach, konsultowaniu literatury fachowej.

Jeszcze o praktyce wykupywania przez polskie domy aukcyjne obrazów za granicą i proponowanie ich na polskim gruncie po zwielokrotnionych cenach, co stanowi cheval de bataille gospodarza niniejszych stron. To oczywiście może irytować kiedy jakiś obiekt jest wystawiony na aukcji w Warszawie za 50.000 euro podczas kiedy został kupiony w Paryżu za 20.000. Niestety jest to prawo kapitalistycznej dżungli że mocniejsi biją słąbszych. Zresztą dziś informacja o aukcjach jest dostępna na całej planecie i można się zapytać dlaczego ktoś nie walczył o daną pozycję wówczas gdy licytacja toczyła się na poziomie 20-tu tysięcy? A polski dom aukcyjny jeśli przesadził, zostanie z obrazem w rękach.

Nie zgadzam się natomiast z buńczucznymi wypowiedziami że nie należy niczego kupować w Polsce. Doświadczony kolekcjoner powinien być pragmatyczny, a poza tym do licha, chyba nie wszystkie obrazy sprzedawane w kraju pochodzą z zagranicznych aukcji  ?

Tyle na razie – osobno o ekspertach, awangardzie rosyjskiej oraz narodowości artystów.

K.Z.

Odpowiedż autora blogu na pytania zawarte w listach (03/17/21):

Skoro zostałem wywołany do tablicy, pragnę nawiązać do kilku spraw, które poruszyli czytelnicy a jakie dotyczą blogu, czyli mojej osoby. Padło kilka pytań/propozycji, które podaję kursywą.

  1.  Jak znaleźć rzetelne źródła informacji na temat konkretnych obrazów w polskich i zagranicznych domach aukcyjnych?’. Odpowiadam, że szukam głównie w katalogach aukcyjnych i te przeglądam w dużych ilościach. Systematyczność popłaca bo czasami trafią się polskie nazwiska bardzo zniekształcone a w dodatku mogą to być nierozpoznani autorzy z wysokich półek. Miałem w przeszłości też dużo sukcesów przeglądając zagraniczne (oczywiście) galerie, które nie wystawiaja na aukcjach a jedynie oferują prace po stałych cenach. Można się wtedy potargować i kupić ciekawą prace malarską za wynegocjowaną cenę. W takich przypadkach trzeba mieć jednak trochę szczęścia by inni nie ubiegli a galernik by był podatny na nasze perswazje. Są też i inne metody znajdywania lecz nie byłaby to odpowiedź na zadane pytanie.
  2. Nie znam żadnego krytycznego źródła oprócz Pańskiego bloga’. Dziękuję za komplement ale na blogu to są jedynie moje opinie i to bardzo subiektywne. Moj blog jako źródło krytycznych informacji to sprawa bardzo, bardzo cienka i jest to złe podejście. Mam swoje ograniczenia i swoje preferencje. Wolę np. Brandta od Fangora ale nie znaczy, ze mam bezwzględną rację. Inni myślą na odwrót. Jest wiele źródeł, zwłaszcza książkowych, gdzie można się wiele nauczyć i to w dodatku od autorytetów z odpowiednim wykształceniem. Polecam równiez literaturę popularno-naukową, np. choćby bardzo ‘rasistowski’ tytuł ‘Malarstwo Białego Człowieka’ pióra Waldemara Łysiaka. Zgodzę się, że blog daje mi swobodę walenia tego co myślę, gdy inni blogowicze są poprawni w ocenach i boją się kogokolwiek urazić. Ja na publikacjach blogu nie zarabiam lecz do niego dokładam. Miałem prozycję z firm polskich bym dla nich pisał ale nie zgodzili się bym pisał jak to robię do tej pory, ale pod ich klienta. Dlatego zostałem przy swoim. Proszę jednak koniecznie przeglądać inne źródła by mieć inne spojrzenie.
  3. Może kolekcjonowanie nie jest dla mnie? Może występują błędy w moim podejściu, może ono jest nierealistyczne? Chętnie przeczytałbym Pańską opinie.’ Podchodzę do kolekcjonowania jak do hobby i zabawy a nie do zawodu. Nie każdą rzadką monetę mogę kupić (bom za biedny) i tak samo jest z malarstwem. Trzeba przyjąć, że inni mają większe możliwości, niezależnie czy kupują dla siebie czy handel, i z tym trzeba żyć. Są oczywiście patologie ale do mnie również codziennie dzwonią różni oszuści.
  4. Jakie czynniki w polskich realiach wpływają na szacowanie ceny obrazu? To złożony temat i pewnie byśmy długo dyskutowali i spierali się. Większość z listów tutaj opublikowanych dotykała tego tematu i widziano głównie zło polskich domów aukcyjnych i handlarzy napędzających ceny. Nie ma na szczęście jeszcze przymusu kupowania dzieł sztuki, zatem jeśli oszacujemy, że praca jest za droga to nie kupujmy jej. Może inni też nie kupią. Chciałoby się aby rynek o tym decydował a nie monopole (OPEC vel wymieniona trójca warszawska w jednym z listów).
  5. Czy są jakieś choćby o minimalnej precyzji wytyczne wg jakich kryteriów ustalać cenę dzieła?’ Myślę, że marszandzi, eksperci powini się tutaj wypowiedzieć. To też bardzo szeroki temat do dyskusji i na pewno zawadzimy wtedy o Desę Unicum w Warszawie. Można oczywiście zająć się matematyką i jak to zrobił żartobliwie jeden z czytelników by liczyć cenę za cm kwadratowy pracy. By podać inny przykład, w 1995 roku płótno mojego ulubionego malarza, Fangora, było wycenione $0.12/cm2, zaś w 2017 roku podobnej wiekości było wycenione już za $17 cm2. Można tak mierzyć jak powierzchnię mieszkania. To jest oczywiście absurd, bo wiadomo, że każde z wirujących kół daje inne wrażenia oczopląsu.
  6. Czytając Pańskie wpisy zazdroszczę wiedzy, która umożliwia Panu formułowanie tak klarownych i szczegółowych sądów i opinii o obrazach.’ Aż się oblizałem na skutek tej małmazji. Prawda jest prosta: w moim przypadku jest to ta trzecia prawda góralska wg. księdza Tisznera. Lubię obśmiewać, choć czasami piszę na serio. Bawię się.
  7. Może czas coś zmienić , zamiast wylewać żale w internetach ? Może trzeba STWORZYĆ wolny rynek/portal sztuki bez pośredników na którym będzie można zawierać transakcje pomiędzy kupującym i sprzedającym na wzór portali zajmujących się kruszcami i metalami szlachetnymi , może to zmusi kolekcjonerów do nauki , odrobienia zadania domowego, szkolenia się ,bycia ekspertami i doskonałymi znawcami w danym temacie – bo to będzie naturalne narzędzie obrony przed falsami i podrobionymi dziełami i zmniejszy popyt na opinie u niedouczonych ‘ekspertów’ , którzy są ekspertami absolutnie od wszystkiego , od każdej epoki i każdego artysty…  ‘. Jest to pytanie poniekąd również do mnie. Wolny rynek sztuki bez pośredników istnieje cały czas. Czasami kupuję od znajomych i umawiamy się co do ceny. Jeśli czytelnik myśli o instytucji to taka instytucja będzie miała swoje ramy z przychodami i odchodami (fe!) i wtedy wrócimy do starego. Próbowałem rok temu nieśmiało stworzyć takie forum wymiany na blogu (Buy/Sell) ale nie udało się i zamknąłem z wielu powodów. Jednym z nich był wiary, że to nie jest oszustwo. Kolekcjonowanie potrafi być sprawą bardzo hermetyczną i nie każdy chce ujawnić swoje zbiory. To trudna sprawa postawiona w pytaniu i można temat kontynuować tutaj a może dojdziemy do jakiegoś nowego pomysłu?
  8. za granicą jest taniej, ale już też nieracjonalnie”. Sam pisałem wielokrotnie, ze za granicą jest taniej to muszę się do tego odnieść. Może nie jest tak w każdym przypadku, ale chyba nadal jest taniej, bo skąd Desa (znowu ten przykład powtarzany przez innych) brałaby te prace na swoje aukcje? Również sam kupuję jedynie poza granicami a nie w Polsce. Płacę tyle ile mnie na to stać, ani centa więcej.
  9. W tej sytuacji zmuszony jestem wystosować apel do Autora blogu’. Autor istu prosi bym umieszczał wpisy dopiero po aukcji. Mogę tak zrobić, ale to chyba na wiele się nie zda bo, jak napisał inny czytelnik, każdy nosi w kieszeni internet a w dodatku są inne portale o podobnych charakterze (np. krakowskie ‘Sztuki Piękne’), które dają w dodatku czysty graficzny symbol: kupić czy nie kupić i wtedy sprawa jest jasna. Mogę oczywiście wstrzymać wpisy, tytułem próby, np. do końca marca i zobaczymy. Nie sądzę bym miał jakiś wpływ (przykład ostatnio pracy Wasilkowskiego) ale obiecuję do końca marca zachowywać się dobrze by wszyscy mieli jednakowe szanse.
  10. W ten sposób doprowadzimy do zaniknięcia grupy ludzi chcących być kolekcjonerami, ale nie posiadających środków, które narzucają trzęsące rynkiem domy aukcyjne i żyjąca w symbiozie z nimi grupa handlarzy.’ To było do mnie w kontekście abym ewentualnie opóźniał wpisy i wprowadzał je dopiero po aukcji lub w dniu aukcji. Nie będę się rozpisywał bo już o tym pisałem wyżej, że mój wpływ jest jednak marginalny. Raz jeszcze powtórzę: do końca marca spróbuję zamilknąć by sprawdzić tezę czytelnika o mom wpływie. Jestem bardzo sceptyczny, że mam jakikolwiek wpływ.
  11. Czy jego (moje!) wpisy pomagają spekulantom i handlarzom? Jasne, że tak. Ale nie tylko im. Pomagają też mniej wprawnym kolekcjonerom, mają walor edukacyjny. Poza tym chyba siła sprawcza autora wpisów jest trochę przeceniona. Bardzo bisko! To lubię. I love you!

To tyle na temat bezposrednich pytań i zaczepień. Bardzo się cieszę z tego zamętu jaki powstał. Dowiedzielismy się o patologiach jakie mają miejsce na rynku w Polsce bo sam nie wierzę w dobroć i bezinteresowność domów aukcyjnych.

Sam byłem niedawno zdziwiony i stałem jak gapa z otwartymi ustami po tym gdy zobaczyłem, że rzeźby Magaleny Abakanowicz kupione w październiku 2018 roku przez Desę w Sotheby’s (https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html) za $471,000 (ok 1,800,000 zlotych) zostały przez nią sprzedane po roku za 6,800,000 zotych (https://desa.pl/pl/archiwalne-aukcje-dziel-sztuki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/magdalena-abakanowicz/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?qsearch=1) . Duży kapitał to duże możliwości. Obecny właściciel mógł te rzeźby kupić taniej, bezpośrednio z Sotheby’s oszczędzając ponad 5 milionów złotych.

Forum jest otwarte dla czytelników jak też domów aukcyjnych. Proszę się nie bać pisać i spróbować się wyładować a wszystko opublikuję. Jedynie proszę: bez wulgaryzmów bo te nie przejdą.

Gdyby ktoś chciał inaczej podsumować to łamy stoją otworem.

(Tekst ten zmodyfikowałem, gdyż niesłusznie napisałem, iż rzeźby Magdaleny Abakanowicz zakupiła Fundacja Staraków. Tak nie było o czym powiadomiła mnie sama Fundacja. Za mylny wpis przepraszam zaintersowanych. 03/29/21)

List od czytelnika (03/11/21)

Szanowny Panie,

jestem czytelnikiem bloga. Próbuje w publikowanych przez Pana tekstach szukać wskazówek praktycznych na temat kolekcjonowania malarstwa, w szczególności czego nie kupować, jakich sytuacji unikać, jak nie dać się „naciągnąć” itd.

Moim podstawowym pytaniem do Pana byłoby:
Jak znaleźć rzetelne źródła informacji na temat konkretnych obrazów w polskich i zagranicznych domach aukcyjnych?

Wydawało mi się kiedyś, że w Polsce (wiadomo – demolud itd.) jest burdel a na zachodzie ład i porządek. Nic bardziej mylnego. A przynajmniej nie na rynku sztuki. Burdel jest wszędzie. Obowiązuje kult pieniądza i wszechobecna poprawność.

Chciałem wpierw kolekcjonować mniej istotne działa konstruktywistów, przede wszystkim rosyjskich. Rok korespondowania na temat różnych obiektów na trzech kontynentach. Wnioski porażające. Ekspertyzy to pic. Bez względu czy z Londynu, Paryża, Moskwy czy Tel Awiwu. Są pisane na zamowienie. Za opłata jest dorabiana tym dziełom proweniencja. Nie chcę uczestniczyć w cyrku związanym z rynkiem prac rosyjskich, ukraińskich, białoruskich. Tam są przerażajace mnie koterie. Jedna w Paryżu z gronem własnych ekspertów druga w Petersburgu i Moskwie. Obie oskarżają się wzajemnie o nadużycia. Właściwie jedyne bezpieczne i wiarygodne prace to Kandinsky. Na to mnie jednak nie stać. Mając więc do wyboru nieosiągalnego Kandinsky’ego i ciemną dziurę jak chodzi o proweniencję prac kilkudziesięciu przynajmniej mniej znanych artystów, powiedziałem pas. Nie mam zamiaru codziennie zastanawiać się czy mam na ścianie oryginał czy po prostu świetną podróbkę do której użyto nawet materiałów z epoki, konkretnych farb z epoki itd. Podróbkę wspartą bardzo łatwo podważalną proweniencją. Przykładem całkiem niedawny proces w Niemczech „marszandów” z Izraela – daje wyobrażenie o skali możliwych nadużyć.

Drugie podejście trwa obecnie. Zgłębiam, ze wszystkimi ograniczeniami charakterystycznymi dla amatora, wybranych czeskich i polskich malarzy. To znów duże uproszczenie bo połowa z tych „Czechów” okazuje się być Niemcami a połowa „Polaków” Żydami lub obywatelami świata połączonymi z Polską jedynie przez miejsce urodzenia i dzieciństwo.
Odwiedzam w wolnym czasie domy aukcyjne czeskie typu Kodl, Adolf Loos i polską święta trójcę w Warszawie, także Wiedeń. Rozmowy z pracownikami domów aukcyjnych w moim osobistym odczuciu to pic i chucpa (może miałem pecha). Bezkrytycznie zachwalają wszystkich i wszystko, o czym tylko wspomnę, że mógłbym być zainteresowany.
Dodajmy do tego bańkę na rynku sztuki (właściwie mamy chyba bańkę na wszystkich aktywach dzięki bankom centralnym). Beneficjentami bańki są domy aukcyjne i najbardziej majętna grupa klientów.

Nie znam żadnego krytycznego źródła oprócz Pańskiego bloga. Taka Desa nie jest w stanie nawet oznaczyć informacji, że dane dzieło było u nich na aukcji rok czy dwa lata wcześniej. Trzeba ryć ziemię niczym kret w poszukiwaniu każdej istotnej informacji bo na żadna rzetelność nie można liczyć. Przeglądam estymacje poszczególnych dzieł tego samego artysty, domy aukcyjne nie chcą ze mną dyskutować na temat dlaczego dany obraz jest wyceniany na taką a nie inna kwotę. To tak jakbym obraził świętość, jakbym z mieczem ruszył na częstochowski święty obrazek.

Moim pośrednikiem (z konieczności bo przecież nie z wyboru) jest dom aukcyjny który przecież nie jest wyłącznie pośrednikiem ale wielkim graczem i spekulantem na rynku. Wystarczy wspomnieć choćby wykupywanie obrazów i ściąganie ich do kraju. Ich budżet i mój to kopanie się z koniem. Znam przykład dzieła Nowosielskiego które zostało wykupione na aukcji przed osobę związana z domem aukcyjnym bo nie wydawało żeby ten konkretny „obrazek„ nie sprzedał się. To wszystko odrzuca mnie od tego rynku.

Może kolekcjonowanie nie jest dla mnie? Może występują błędy w moim podejściu, może ono jest nierealistyczne? Chętnie przeczytałbym Pańską opinie.

Pozdrawiam,
W.

(imie i adres mailowy czytelnika zachowuję dla siebie)

Nadeszła pierwsza replika od innego czytelnika (03/12/21):

Szanowny Panie,

Również jestem czytelnikiem bloga a także kolekcjonerem amatorem. Podzielam obawy i frustracje przedmówcy na temat sytuacji na rynkach sztuki w Polsce i za granicą.

Chcąc zakupić prace danego artysty – ufam Tylko własnym oczom ,
szukam materiałów(książek) poświęconych danemu artyście – przeglądam ogólnodostępne prace (najlepiej muzealne), jak również w razie potrzeby pisze do Muzeów Narodowych z prośbą o informacje. Pracownicy muzeów zawsze odpisują – co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Jeżeli chodzi o Polski rynek sztuki , to traktuje go tylko jako odnośnik w celu weryfikacji cen, lub jako bazę danych z pracami artystów , którzy mnie interesują. Jeżeli chodzi o ceny(rekordowe) prac Polskich artystów na rynku – to podzielam zdanie Pana Miliszkiewicza – że to wszystko może okazać się bańką.
Podejrzewam, że nie tylko w Polsce mamy do czynienia z taką patologią – tam gdzie w grę wchodzą duże pieniądze trzeba być bardzo czujnym – ufać tylko sobie lub prawdziwym autorytetom , pasjonatom w dziedzinie sztuki, których jest coraz mniej , a i kontakt z nimi nie zawsze bywa łatwy(starsi ludzie nie zawsze posiadają adres mailowy).Nie mniej jednak oczekuje od Polskich domów aukcyjnych znajomości Polskich artystów i 100% wiarygodności/autentyczności w sprawie sprzedaży /zakupu dzieła.

Podsumowując moje obserwacje – jeżeli coś kupuje to tylko z poza Polski, bo taniej (zdarza się , że za 1/4 ceny w odniesieniu do rynku Polskiego) A jeżeli chodzi o proweniencje , to dla mnie osobiście nie wiele to znaczy, domy aukcyjne podają ,że prace wystawiane należały do wybitnych koneserów malarstwa, ale właściciel nie może tego potwierdzić ponieważ zazwyczaj już nie żyje..

Wszystkim, którzy zajmują się hobbystycznie kolekcjonowaniem sztuki radzę wyszukiwać prac Polskich artystów na zagranicznych aukcjach(bo po co przepłacać) – unikać Kanadyjskiego domu aukcyjnego 888 ,
a w razie niepewności pytać wszystkich ludzi godnych zaufania i skłonnych do bezinteresownej pomocy.

Pozdrawiam
J.W

I jeszcze jeden list (03/12/21):

Szanowny Panie, 

bardzo dziękuję za wiadomość. 

Jakie czynniki w polskich realiach wpływają na szacowanie ceny obrazu? 

Czy dobrze sobie to wyobrażam, że jest to zazwyczaj  brudny deal marszanda, domu aukcyjnego z rynkiem, który w warunkach szału i hossy (bańki) na dziełach sztuki i tak kupi wszystko? A nawet jak nie kupi rynek to przecież dzieło można uratować przed „spadnięciem” licytując przez podstawione osoby? Chciwość i nic więcej?

Czy są jakieś choćby o minimalnej precyzji wytyczne wg jakich kryteriów ustalać cenę dzieła? 

Interesuje mnie przykładowo czeski kubizm, jako mniej znany i przez to osiągalny cenowo (ostatnio z uwagi na bańkę w Czechach jeszcze większa niż w Polsce coraz mniej osiągalny) i jakościowo dobry. Wprawiłem w konsternację pracownika w czeskim domu aukcyjnym Kodl, kiedy poirytowany i znudzony jego bezrefleksyjnym i bezkrytycznym podejściem, rozpływaniem się i zachwytami nad geniuszem artysty i wybitnością dzieła oraz geniuszem czeskiego malarstwa – kończąc chucpę – zapytałem po prostu jak pierwszy lepszy idiota dlaczego cm2 tej martwej natury jest 50% droższy niż cm2 tej drugiej martwej natury. Pewnie brzmi to idiotycznie ale po prostu wziąłem powierzchnie dwóch obrazów tego samego artysty w cm2 i podzieliłem dolna granicę estymacji uzyskując cenę za cm2 każdego z obrazów (chodziło o dwa obrazki typu Zatiši czyli martwa natura Emila Filli licytowane na aukcji nr 84 w Kodl)

Brzmi to pewnie kuriozalnie ale spróbowałem tym sposobem (ceny za cm2) od tego marszanda wyciągnąć jakieś miarodajne informacje na temat procesu szacowania wartości, może jedno dzieło ma lepsza proweniencję a może drugie wyjątkowo kiepską? Może jakieś błędy warsztatowe? Inne relewantne informacje? Była to próba odpowiedzi na pytanie jak wy w ogóle te estymacje wyliczacie, na podstawie czego? Próba merytorycznej dyskusji nie wchodziła w grę. Taka jest cena i koniec a jak nie odpowiada to przecież może Pan nie licytować. 

W Pradze ceny prac Toyen czy Kupki czy Preisler’a odleciały w kosmos. Rynek przy tym oczywiście zawiera transakcje po każdej cenie. 

Media dodatkowo nakręcają atmosferę pisząc o spodziewanych kolejnych, nowych rekordach. Tam już nie ma wielu kolekcjonerów tylko wielcy spekulanci, handlarze, inwestorzy wyjmujący z kont bankowych oprocentowane na 0% środki i kupujący jak leci dobre nazwiska. Jak na obrazie Wojtkiewicza „Cyrk wariatów”, nie wiem już czy kupuje sztukę czy handluję wieprzowym półtuszami – bo formy, schematy i zagrywki te same. 

Śmieszą mnie też rzekomo „cudownie odnajdywane” płótna Toyen i Kupki. Im wyższe wyceny tym więcej cudownie odnalezionych, cudownie ocalonych itd. Często „cudownie odnalezione” w Sotheby’s itp. kilka kwartałów wcześniej i kilka razy taniej.. Nie mam dowodów na manipulacje podażą ale po tym czego dowiedziałem się o handlu i spekulacji rosyjskimi konstruktywistami nie zdziwi mnie nic. 

Zgadzam się – nie da się rywalizować na aukcji z domem aukcyjnym. Zawsze mnie ta myśl dręczy gdy widzę okazyjnie wycenioną polską pracę za granicą. Tym bardziej, że zagraniczne wyceny polskich artystów wydaja się urealnione i zachęcające przy tym całym krajowym szale. Wiem, że powiniennem się tam wybrać a to zazwyczaj Wiedeń, Londyn, Paryż, Niemcy. To jeszcze akceptowalne ale nie raz jest to Nowy York. Lecieć pooglądać dzieło, poświecić czas a na koniec i tak przegrać z domem aukcyjnym typu trójca warszawska i sdm, z którymi gram znaczonymi przez nich kartami. Oni licytują i może już nawet wiedzą jakiemu miliarderowi czy jego fundacji dane dzieło wcisną i za ile. 

Ale podobnie proszę zwrócić uwagę na takich kupujących jak wielkie fundacje rodzimych miliarderów typu Fundacja Staraków czy krakowski marszand Starmach itp. Jak zechcą kupić Andrzeja Wróblewskiego to przeciętny kolekcjoner nie ma żadnych szans. Kiedyś chciałem kupić obrazek „Kłosy” Strzemińskiego. Zobaczyłem estymacje około 180-240k PLN i stwierdziłem, że znając lokalnych miliarderów, wycenę pokryje jeszcze bardziej absurdalna cena sprzedaży. Potem przeżyłem szok gdy przeczytałem cenę wylicytowaną 95k.

Oglądałem niedawno w Desie martwą naturę Leopolda Gottlieb’a na najbliższą aukcje 18 marca 2021. Jakaś młoda uśmiechnięta dziewczyna przekonywała mnie w krótkiej wymianie zdań, że to wyjątkowo rzadki a przy tym całkowicie nowy obraz w ich ofercie.  Pogrzebałem w internecie i po chwili wiedziałem już, że ta rzekoma „nowość” pochodzi z Christie’s z 2017 roku, potem była w Desie w 2017 i została wylicytowana za 55k, rok później znów w Desie za 55k. Po niecałych 3 latach estymacja 70-90k plus 20%. A pracownica Desy uważa, że ten obiekt to nowość. Zatrudniają po prostu studentki to obsługi głupców. Desa nie uznała nawet za konieczne umieścić pod obrazem tych kluczowych informacji, że był on już dwukrotnie licytowany w ich własnym domu aukcyjnym. 

Może jakiś potencjalny kolekcjoner widząc te informacje zastanowiłby się czy każda kolejna wyższa estymacja w krótkim i średnim terminie nie wynika po prostu z przerzucania kolejnych kosztów transakcji i kolejnych marż na kolejnych „kolekcjonerów” – w tak krótkim okresie czasu. 

Przy okazji wspomnianego wczoraj Streitt’a natknąłem się w tym samym momencie na Muter –  portret mężczyzny z fajką, przeznaczony na aukcję 21 marca. Dzieło wzbudziło moje zainteresowanie w Agrze. Tylko gdyby Pan był uprzejmy zwrócić uwagę – renomowany rzekomo dom aukcyjny – a co tam jest w opisie dzieła za przynajmniej 50k € czyli kwotę już w polskich realiach ze średniej półki. Tam nie ma nic! Życiorys M.Muter – chucpa. I jakaś opowieść, wg której Muter znała kogoś kto mógł znać kogoś, kogo ona mogła sportretować a ta osoba to może być wspomniany mężczyzna, określony jako Senegalczyk. 

O tym obrazie lepsze historie być może wywróżyłaby mi uliczna cyganka, z pewnością byłyby bardziej przekonujące. Przede wszystkim zaś po cygance mógłbym spodziewać się wciskania mi kitu i chucpy ale rzekomo profesjonalny podmiot rynkowy? Mogli napisać po prostu w kwestii  proweniencji: czarna dziura, brak informacji, nie wiemy nic, nie mamy pojęcia.  Ale to zapewne znów źle by się sprzedawało. 

Poza tym brakuje mi kompetencji. Czytając Pańskie wpisy zazdroszczę wiedzy, która umożliwia Panu formułowanie tak klarownych i szczegółowych sądów i opinii o obrazach. Pisze Pan o jakimś dziele jako o „przeciętnym dziele” danego autora, „wyjątkowo dobrym” albo „wyjątkowo słabym”, potrafi Pan osadzić estymację w jakiś realiach. Zazdroszczę tych umiejętności bo ja nie wiem nawet ile dany obraz jest wart. Ceny jakie godzą się niektórzy zapłacić są absurdalne ale wtedy wchodzę w pozycje dyskutującego z faktami. Z drugiej strony widzę manipulowane i coraz wyższe estymacje domów aukcyjnych. Jedyną właściwie wskazówką są dla mnie wcześniejsze zawarte transakcje tej samej pracy w różnych badź tych samych domach aukcyjnych na przestrzeni lat. Które to wcześniejsze aukcje też przecież mogą być w rozmaity sposób manipulowane a wyceny wypaczone. Tym sposobem wracam do punktu wyjścia. 

Pozdrawiam,

W. 

Kolejny list (03/13/21):

Niestety większość czytelników Pańskiego bloga prowadzi pasożytniczy tryb życia,
żerują na Pańskiej wiedzy i informacjach podawanych na blogu nie dając nic w zamian.
Nie każdy czytelnik jest specjalistą i posiada wiedzę na dany temat , ale czysta przyzwoitość nakazuje też dawać coś od siebie,
a nie tylko brać. Wystarczy niekiedy krótki komentarz świadczący o zainteresowaniu tematem prowokujący do dalszej polemiki. 

Przesyłam Panu swoje przemyślenia do działu Opinie :
Intuicja pozwala twierdzić , że na cenę obrazu wpływa : rozmiar , stan zachowania , tematyka ,okres powstania (wszyscy wiemy , że dany artysta miał płodniejsze lata kariery , wiec prace z tego okresu będą droższe od prac wykonanych u schyłku swego żywota. Dochodzą do tego dodatkowe atuty w postaci proweniencji i nobilitacji w postaci wystawiania danego obrazu na wystawie w Muzeum.
Wydaje mi się , że takie kryteria powinny wpływać na cenę. Z obserwacji jakie poczyniłem wynika , że na cenę estymacyjną ma wpływ handlarz sztuki , który udając się do domu aukcyjnego ustala minimalną cenę za którą będzie gotów sprzedać posiadany obraz – bo jak nie u Was to pójdę do konkurencji.
Do puki nasz rynek nie zostanie uregulowany odpowiednimi przepisami prawnymi jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii to patologie cenowe będą normą i codziennością.

Dajmy na to ,że dom aukcyjny X wystawia prace artysty Y z ceną astronomiczną (jak wirujące kółko Fangora) obraz osiąga rynkowy rekord , a nabywcą zostaje anonimowy kupiec. Informacja o rekordowej sprzedaży idzie w świat , a tenże anonimowy nabywca nie zgłasza się po odbiór wylicytowanego przedmiotu – dom aukcyjny oczywiście nie informuje o tym fakcie opinii publicznej , bo jak podpowiada intuicja – była to zagrywka lobbingowo-marketingowa mająca na celu wywindować cenę z góry ukartowana przez dom aukcyjny.. W taki sposób odbywa się windowanie ,a raczej odlatywanie w cenowy kosmos.
Po upływie 1-2 lat dom aukcyjny wyciąga tenże rekordowo sprzedany obraz z szafy i umieszcza go na licytacji , doliczając oczywiście od 10-20% więcej do ceny ,,poprzedniej sprzedaży” bo inflacja.

Pracownicy domu aukcyjnego proponują tenże cudowny obraz bogatemu i nie do końca świadomemu nabywcy jako świetną inwestycje za okazyjną cenę i kasa się zgadza/ interes się kreci- mamy kolejny rekordowy roczny dochód/przychód i tak rok do roku.

Odnośnie Desy która jest niewątpliwie molochem na Polskim rynku sztuki i ogromną maszynką do robienia pieniędzy – z częstotliwością aukcji 7 dni w tygodniu (już nawet 2-3 razy dziennie)spodziewam się wszystkiego poza rzetelną informacją na temat wystawianych prac. Czekam z utęsknieniem na powstanie programu telewizyjnego dostępnego 24/7 w postaci tzw. telezakupów MANGO z cogodzinnymi super promocjami.

Wszystkim pasjonatom sztuki radzę przeglądać nie tylko znane renomowane zagraniczne domy aukcyjne, bo pracownicy tych że domów wiedzą co wystawiają i maja świadomość panujących cen .
Prawdziwe perełki odnajduje się w mało znanych zagranicznych domach aukcyjnych – niekiedy obrazy Polskich artystów zostają błędnie opisane , lub poza zdjęciem obrazu który przypomina/znamionuje pracownie artysty nie ma żadnego opisu i taką prace można kupić za symboliczne pieniądze względem rynku polskiego.

Pozdrawiam
J.W

Nastepny list (03/13/21):

Polski rynek jest płytki. Kilka podmiotów co do zasady zdominowało obrót dziełami sztuki. Skupiło w około siebie popleczników i klakierów w postaci znanych postaci życia publicznego, akademików z uczelni artystycznych, rzeczoznawców. Każdy przecież chce zarobić. 
W połączeniu z fatalnymi regulacjami prawnymi mamy szerokie pole do nadużyć. 
Potrzebowali tylko iskry żeby te fajerwerki odpalić i iskra się pojawiła w postaci ujemnych stop procentowych. Teraz maja bańkę i złoty okres żniw. 
Blog Pański jest ostoją rozsądku ale zmarginalizowaną, a właścicielki domów aukcyjnych na zdjęciach z celebrytami balują w stolicy i śmieją się nam w twarz. 
Jakaś garstka zdroworozsądkowych kolekcjonerów, która nie uległa temu postmodernistycznemu cyrkowi i chucpie stoi raczej z boku, będą woleli się nie wypowiadać bo w końcu tez korzystają od czasu do czasu z usług wspomnianych ekspertów i domów aukcyjnych, często znając te osoby osobiście.
Patrzę tak teraz na te artykuły dotyczące rekordu Matejki, rekordów Fangora, Malczewskiego i jak wyobrażę sobie, że cześć tych prac to ordynarnie podbijane ceny w zmowie właścicieli z pośrednikami, że za tym mogły nie stać realne zakupy, że cześć tych transakcji mogła być pozorna, wie Pan, robi mi się niedobrze, ogarnia mnie niesmak i obrzydzenie do tego rynku. 
Ale dopóki wszyscy są zadowoleni (rosną ceny, przychody, zyski) – cyrk wariatów będzie trwał. Do czasu aż pierwszy nabity w butelkę pracą za kilka milionów nie znajdzie nabywcy na swoje dzieło. Wtedy istnieje ryzyko, że nakręci aferę jak ci ponabijani przez Agrę i Polswiss, jak żona Jerzego Urbana itd.Druga możliwość to faktycznie wzrost stop procentowych do poziomów umożliwiających ciułaczom powrót do banków i lokat. Wtedy z rynku uciekną „inwestorzy” i będzie trzeba te wszystkie kupowane w szale i w bańce dzieła sprzedawać prawdziwym kolekcjonerom i nastąpi urealnienie wycen 🙂

Pozdrawiam,W. 

Od innego czytelnika (03/13/21):

Dzień dobry  

Jestem stałym czytelnikiem Pana bloga ale dopiero teraz postanowiłem coś napisać.   

Po pierwsze jestem świadomym kolekcjonerem i doskonale wiem jak działa rynek sztuki , szczególnie nasze rodzime bagienko , ale o tym za chwilkę.  

Kolekcjonuję sztukę absolutnie niepopularną w Polsce wręcz zapomnianą i zniszczoną przez zaborów i wojny – mianowicie ryciny Starych Mistrzów od 1500 do 1750 roku , a co do sztuki współczesnej najbardziej interesuje mnie BEKSIŃSKI. Właśnie na przykładzie Beksińskiego widać jak “robi się” ceny w Polsce.   

SDA, aukcja listopad 2020 – rekord cenowy za ‘Czarną Rozpacz’ – 737 000 PLN już z opłatą aukcyjną, nic nie wiadomo o kupującym ale myślę sobie no ok , kupił jakiś kolekcjoner to był ‘wypadek’ , ale co się dzieje dalej ? SDA idzie za ciosem i w następnej aukcji z lutego 2021 – obraz który miałem kiedyś oferowany za około 30 000 USD (mówię serio) jest wystawiany za cenę wywoławczą na poziomie 280 000 PLN i ‘robi’ magiczne 500 000 PLN znowu tak zwany kolekcjoner na telefon , ale co dzieje się dalej ? POLSWISS 9 marca 2021 obraz z serii Z , czyli tak zwanego słynnego zamówienia Dmochowskiego ( obraz nazywany przez samego BEKSA odgrzewanym kotletem namalowany na zamówienie o czym nie ma ani słówka w opisie aukcyjnym ) z kosmiczną estymacją 600 – 700 tys PLN , ‘robi’ tylko 550 tys PLN . Przypominam , że do listopada 2020 najdroższym obrazem Beksińskiego był obraz Bez tytułu z 1971 sprzedany za marne 330 tys PLN . Cyk pyk i magicznie cena będzie się podwajać we wszystkich domach aukcyjnych w Polsce, tak to się robi Panie i Panowie. To nie ma znaczenia , że prace tego artysty przez ostatnie 20 lat kosztowały od kilkunastu do 150 tys PLN, a dopiero ostatnie trzy lata zaczęły windować ceny – To se ne vrati … Wywoławcza ma być 500 tys bo na ostatniej aukcji obraz za tyle się sprzedał i już ! Koniec kropka.  Dzięki Bogu , że Beksiński namalował bardzo dużo obrazów i można ich szukać na innych rynkach bardzo daleko od naszego kraju mlekiem i miodem płynącego.  

Kilka słów od DESIE. Pan Windorbski lubi pokazywać swoją buzię na youtube , w mediach typu onet i kreować się na szlachetnego biznesmena który podźwignął polski rynek sztuki z otchłani bylejakości. Ale prawda jest taka , że uśmiechnięta buzia i piękne słówka to tylko fasada – proszę poczytać opinie o tej firmie byłych pracowników na portalach dotyczących pracy , bardzo szybko znikają i są usuwane bo są zatrważające . Robienie aukcji czyli sztuczne ustalanie cen dzieł sztuki które nie opuszczają magazynu, skupowanie dzieł na zagranicznych aukcja i oferowanie ich w Polsce za 150% – 200% ceny zakupu to chleb powszedni.  Aukcje kilka razy w tygodniu , czasami 2- 3 dziennie o coraz niższych standardach i jakości . Czekam z niecierpliwością na aukcje typu ‘Old Masters prints’ wtedy będzie się działo (może coś kupię do swojej kolekcji ?) , bo już  nieśmiałe ubiegłoroczne aukcje Old Masters w Desie były kuriozalne i żałosne.   

Może czas coś zmienić , zamiast wylewać żale w internetach ? Może trzeba STWORZYĆ wolny rynek/portal sztuki bez pośredników na którym będzie można zawierać transakcje pomiędzy kupującym i sprzedającym na wzór portali zajmujących się kruszcami i metalami szlachetnymi , może to zmusi kolekcjonerów do nauki , odrobienia zadania domowego, szkolenia się ,bycia ekspertami i doskonałymi znawcami w danym temacie – bo to będzie naturalne narzędzie obrony przed falsami i podrobionymi dziełami i zmniejszy popyt na opinie u niedouczonych ‘ekspertów’ , którzy są ekspertami absolutnie od wszystkiego , od każdej epoki i każdego artysty…  

Z poważaniem   K

List od czytelnika (03/14/21)

“Szanowny Panie, Szanowni Forumowicze,  

Jestem kimś, kto chciałby nazwać się kolekcjonerem polskiej sztuki, ale w wyniku tego, co dzieje się od jakiegoś czasu na rodzimym i zagranicznym rynku, nie jestem w stanie poczuć się kimś takim. Dysponując środkami, które powinny pozwolić na tworzenie małej kolekcji artystów, którymi się interesuję (i nie są to topowi polscy twórcy), ponoszę porażki na każdym froncie.  

Chciałbym dołożyć kilka słów po kilkuletniej obserwacji rynku dzieł sztuki w Polsce i za granicą. Wszyscy wiemy, jakie są grzechy polskich domów aukcyjnych. Podsumowałbym to w następujący sposób: 1) Fikcyjne transakcje i podbijanie ceny przez podstawionych kupujących. Są to praktyki stosowane przez duże i mniejsze domy aukcyjne. Jako przykład podam proceder zaobserwowany w niejakim Warszawskim Domu Aukcyjnym. Proszę prześledzić historię sprzedaży obrazu Władysława Serafina, pt. Pejzaż tatrzański. Oto link https://onebid.pl/pl/archive/1/0/0/0/serafin Obraz spada w 2015 r. w Rempexie, a później bierze go już “w obroty” WDA. I tak: listopad 2019, cena wywoławcza 2000 – brak ofert; luty 2020 – sprzedany za 1652 zł z opłatami – wydawałoby się, że to będzie koniec historii, przynajmniej na jakiś czas, a tu nagle: czerwiec 2020, 1900 zł – brak ofert; wrzesień 2020, 1500 zł – brak ofert; luty 2021 – sprzedany za 2360 zł i wreszcie marzec 2021 – spada w Galerii Vratislavii (wrocławskiej córce WDA). Podsumowując, w przeciągu 1,5 roku obraz pojawia się 6 razy na aukcji, w tym dwukrotnie zostaje sprzedany, a to z pewnością jeszcze nie koniec historii… To samo dzieje się z innymi pozycjami w tym domu. Oczywiście większe domy aukcyjne dokonują takich praktyk w bardziej wysublimowany sposób i nie z tak ordynarną częstotliwością. 2) Przyjmowanie na aukcje pozycji, które dopiero co zostały nabyte za granicą i “czyszczenie” proweniencji do lakonicznego hasła “własność prywatna” – fatalny i nagminny proceder, nie muszę podawać tu przykładów, ponieważ autor tego bloga pokazuje to dobitnie. Szacuję, że około 30-40% dzieł sprzedawanych jest w ten sposób. Mafijna symbioza pomiędzy domami aukcyjnymi a handlarzami, uniemożliwiająca zakup w racjonalnych cenach komuś spoza układu. Ciekaw też jestem, czy ci handlarze wykazują sprzedaż tej swojej własności prywatnej w deklaracji podatkowej – sprzedaż poniżej pół roku od nabycia obciążona jest podatkiem dochodowym. Komentarz nasuwa się sam… 3) Zbójeckie prowizje domów aukcyjnych – w polskich realiach 18% hammer od kupującego (jakby tego było mało Desa Unicum i SDA 20%) i 25-30% (a może więcej – kwestie indywidualne) od sprzedającego. W rezultacie, oprócz niebotycznych zysków dla domów, powoduje to sztuczny przyrost ceny przy następnej sprzedaży dzieła – trzeba uwzględnić koszty, które się poniosło i prowizję, którą się poniesie. Przypominam, że większość zachodnich domów aukcyjnych pobiera około 30% prowizji od ceny młotka od kupującego, ale już nic od sprzedającego. 4) Nabywanie dzieł sztuki na zagranicznych aukcjach przez domy osobiście. Wiadomo z czym to się wiąże, drobni kolekcjonerzy tacy jak ja, nie mają szans z takim kapitałem. Domy aukcyjne praktycznie nie ryzykują niczym. Po nabyciu obrazu za granicą, dyktują swoje ceny, na które znajdują się chętni na rodzimym rynku. Kiedyś można było jeszcze powalczyć o dobrą pozycję za granicą w racjonalnych cenach, ale teraz przy rozpychaniu domów wespół z handlarzami, staje się to praktycznie niemożliwe – ten wątek chciałbym rozwinąć w dalszej części wypowiedzi. 5) Praktycznie zerowa odpowiedzialność karna i finansowa za sprzedanie falsyfikatu i korzystanie ze “swoich” rzeczoznawców przez domy aukcyjne. Temat dobrze znany i zaprezentowany szeroko choćby w reportażu “Zjawa”. Brak przepisów prawnych i pojedyncze sprawy sądowe ciągnące się latami, sprawiają, że domy czują się bezkarne i stosując wszystkie wspomniane przeze mnie praktyki osiągają rok rocznie rekordy obrotów przy aplauzie i podnieceniu analityków finansowych. 6) Prosiłbym o podzielenie się jeszcze innymi patologiami zaobserwowanymi na polskim rynku sztuki…  

W drugiej części wypowiedzi chciałbym odnieść się do stwierdzenia, które często tu pada, także przytaczane przez samego Autora blogu – za granicą jest taniej. W obecnej sytuacji nie mogę się z tym zgodzić, teraz powiedziałbym, że “za granicą było taniej” albo bardziej “za granicą jest taniej, ale już też nieracjonalnie”. Po zdominowaniu rynków zagranicznych przez domy aukcyjne i handlarzy, ceny tam również stały się niedostępne dla kogoś, kto chciałby na własną rękę ominąć zbójecki rynek polski. W tej sytuacji zmuszony jestem wystosować apel do Autora blogu, którego cenię za działalność non profit dla Niego, ale niestety przynoszącą niemały profit handlarzom. Chciałbym opisać sytuację, jaka miała miejsce całkiem niedawno. Pragnę nadmienić, że kiedy wyszukuję polskie dzieła za granicą, robię to zawsze na własną rękę. Poświęcam swój czas i wiedzę, żeby odszukać coś wartościowego. Jakiś czas temu znalazłem ciekawą ofertę. Kiedy dawałem ją do obserwowanych, były tam jeszcze dwie osoby. Oczywiście do terminu aukcji było jeszcze daleko i liczyłem się z tym, że liczba obserwujących wzrośnie, ale to, co stało się później tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że walczę z wiatrakami. Po jakimś tygodniu obraz został “wygrzebany” przez portal podejmujący tę samą tematykę co Autor blogu (z którymi często polemizuje). Po tym ukazaniu liczba obserwujących skoczyła do kilkunastu. Wreszcie Autor też opisał ten obraz jakoś tydzień przed terminem aukcji i obserwujących zrobiło się już prawie trzydziestu. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam już szans na kupno. Ile było tam handlarzy, można się tylko domyślać. A oto opisywany przykład https://polishartcorner.com/2021/03/11/jakub-glasner-1879-1942/ . Mam żal, ponieważ wcześniej dokonałem wszelkich starań, żeby powalczyć o obraz. Ustaliłem koszty przesyłki – dzieło było duże i dom aukcyjny nie wysyłał na własną rękę. Chciałem przeznaczyć środki powyżej górnej granicy estymacji domu aukcyjnego. Jaki był efekt – ten piękny Glasner został sprzedany za 1800 EUR plus 30% opłat plus jakieś 200 EUR za przesyłką. W przeliczeniu na polskie jakieś 11000 zł. Niedługo pewnie pojawi się na którejś aukcji z estymacją na poziomie 20-25 tys. zł. Z drugiej strony była sytuacja, kiedy Autor nie wspomniał o obrazie przed aukcją i tamten sprzedał się w bardzo dobrej cenie https://polishartcorner.com/2021/02/10/stanislaw-podgorski-1882-1964/ . Proszę zatem Autora, aby przemyślał rozwiązanie, w którym przedstawiać będzie dzieła po aukcji, ewentualnie w dniu aukcji, kiedy nie będzie już czasu na zarejestrowanie w domu aukcyjnym. Obecna praktyka, to podawanie handlarzom obrazów na tacy, którzy tylko na to czekają i nie muszą wykazywać odrobiny zaangażowania w poszukiwania na własną rękę. Oczywiście świadomy jestem, że mamy wolny rynek i konkurencję, ale nie ułatwiajmy sprawy tym, którzy mają już przewagę. W ten sposób doprowadzimy do zaniknięcia grupy ludzi chcących być kolekcjonerami, ale nie posiadających środków, które narzucają trzęsące rynkiem domy aukcyjne i żyjąca w symbiozie z nimi grupa handlarzy.  

Na koniec zgodzę się z tymi, którzy nawołują do bojkotu polskich domów aukcyjnych. Nie spodziewam się tego po milionerach, ale jeżeli odpłynie klasa średnia, zacznie się coś dziać i domy na pewno odczują taki brak zainteresowania. Powoli musimy przebić tę bańkę i wrócić do racjonalnych cen za dzieła sztuki.  

Z poważaniem,   P.G.”

List również z dnia 03/14/21

Szanowny Panie,
Pozwalam sobie przesłać kolejny komentarz w nawiązaniu do toczącej się dyskusji: 

Proszę zwrócić uwagę, że rozmawiamy w kręgu kolekcjonerów i te nasze uwagi są dla takiego audytorium trafne i aktualne. 

Przez kolekcjonerów mam na myśli ujecie zaproponowane przez Jerzego Stelmacha, czyli coś w rodzaju „uporczywego upodobania”, emocjonalnego związku z elementami swojej kolekcji, pewnego wewnętrznego przymusu jej powiększania, wymieniania prac, osiągnięcia pewnego rodzaju biegłości w zakresie naszych ulubionych twórców, których kolekcjonujemy. 

Po drugiej stronie jest jednak większość rynku i większość kapitału czyli inwestorzy i spekulanci. Inwestorzy są dawcami kapitału i finansują cały ten cyrk nakręcany przez pośredników. A pośrednicy i klakierzy na ich usługach (odpłatnie rzecz jasna ), dorabiają do całego przedsięwzięcia historię, typu rynek i sztuka z mottem „Sztuka inwestowania w sztukę”. 

Co się za takim mottem kryje? Nic nadzwyczajnego, obrót i handel, pośrednictwo, podbijanie cen i coraz wyższe marże przy spadającej jakości obsługi. I niezachwiana wiara w to, że ceny ciagle będą rosły. Czasami to już  czysta spekulacja gdy ten sam obraz jest wystawiany w ciągu kilku lat kilka razy z coraz wyższa estymacją. 

Inwestorzy są różnego typu i różną też maja płynność, z tymi najlepszymi właściciele domów aukcyjnych fotografują się w mediach i tworzą osobiste relacje. Kupcie Państwo kilka obrazów już za 100k PLN w jednym domu aukcyjnym i zobaczycie jak staniecie się klientem innej już kategorii będą do Państwa pisać, dzwonić, probować skracać dystans, stosować wszystkie znane ordynarne techniki manipulacji. 

Zmierzam do tego, że dla inwestorów nasze uwagi nie są prawdopodobnie ani trafne ani aktualne bo inwestor i spekulant ma w nosie obraz jaki kupuje, jego walory artystyczne, nie ma żadnej emocjonalnej więzi z dziełem, właściwie to nie obchodzi go pewnie ani estymacja ani rzetelność pośrednika. Ma więź emocjonalna z ceną kupna dzieła. Ma być po prostu kupione taniej a sprzedane drożej. 

I tym kontekście dość złowieszcza jest ta uwaga przedmówcy, że „to se ne vrati”. Faktycznie tak może być, społeczeństwo się bogaci, będzie coraz więcej inwestorów i spekulantów i bańka może trwać w najlepsze wiele lat. 

Ale chyba zgodzicie się Państwo, że gdzieś jest górna granica wartości każdej pracy, w tym  Fangora, Beksińskiego itd? Bo jak nie ma to niech domy aukcyjne w ogóle nie podają górnej granicy estymacji tylko niech piszą: do plus nieskończoności 😉 

Podsumowanie patologii prawnych dość rzetelnie zostało wykonane w krótkim artykule cywilisty z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego. Artykuł „25 lat rynku sztuki w Polsce z perspektywy prawnika” autorstwa Piotra Steca. 

Czy autor bloga powinien dalej publikować  kolekcjonerskie odkrycia na zagranicznych aukcjach? Nie wiem. Realistycznie patrząc, autor bloga może publikować cokolwiek uzna za stosowne i jest zgodne z tematyką bloga. Czy jego wpisy pomagają spekulantom i handlarzom? Jasne, że tak. Ale nie tylko im. Pomagają też mniej wprawnym kolekcjonerom, mają walor edukacyjny. Poza tym chyba siła sprawcza autora wpisów jest trochę przeceniona. Spekulantów z największych domów aukcyjnych stać na zatrudnienie studentów (raczej studentek) przeglądających światowe rynki aukcyjne. Internet umożliwia każdemu zorientowanemu korzystanie z narzędzi wyszukiwania, ci bardziej majętni jak spekulanci i domy aukcyjne mają czas i pieniądze aby te dzieła wygrzebywać w sieci. Z blogiem czy bez, spekulanci dalej będą uprawiać swoją grę. 

Zagraniczne domu aukcyjne mają wyższe ceny, większy obrót i większe zyski.  Poza kryteriami etycznymi, które pewnie nikogo w tym biznesie nie interesują i niszczeniem rynku kolekcjonerskiego dla polskich prac, zagraniczne domy aukcyjne też nie maja interesu by przeciwdziałać procederowi. 

W.

Być może ostatni to list na dzien dzisiejszy (03/14/21) lecz zobaczymy:

Witam,

Dołożę swoje 5 groszy do dyskusji wywołanej kilka dni temu na temat różnych aberracji polskiego rynku malarskiego. Sprawy poruszone mogą być bardziej złożone od stawianych przez innych, jednak przyznaję z własnego doświadczenia, że patologie istnieją. A gdzie ich nie ma? Proszono o dodatkowe przykłady z polskiego podwórka. Oto jeden jaki mogę potwierdzić miejscem zdarzenia, dniem i godziną rozmowy oraz nawet nazwiskiem osoby, która ze mną rozmawiała.

Jestem kolekcjonerem od ponad 30 lat głównie polskiego malarstwa i żadnej z prac nie sprzedałem do tej pory. Naturalnym biegiem życia myślę, że podaruję kiedyś kolekcję dzieciom lub ją sprzedam dzieląc między nich pieniądze. Wygląda na to, że to drugie jest bardziej potrzebne od podarunku obrazów. Wybrałem się zatem do Desy w Warszawie na Piękną 1a, jeszcze przed wylewem tego cholenego wirusa, by porozmawiać o tym co mam (głównie XIX/XX malarstwo, dobre nazwiska, lecz nie z najmodniejszej obecnie półki, trochę również współczesnego). Umówiłem się, zostałem zaproszony do maleńkiego pokoiku, po schodach w dół na prawo, poczęstowano mnie szklanką wody (odmówiłem kawy, stąd woda) i rozwinąłem swoje fotografie. Dyskusja była miła ale zainteresowanie odczułem takie sobie -być może to były to za wysokie progi dla mnie i może powinienem był wybrać inny dom aukcyjny w Warszawie. Nie mam Fangora, Łempickiej, Wierusza czy Brandta. W sumie nie ma tam falsów ale mówimy o dość rzetenym malarstwie i chyba nietuzinkowych pracach. Pani pod koniec rozmowy powiedziała jednak, że chętnie kupi od mnie wszystko, całą kolekcję. Miała widać autoryzację by wydać taką decyzję na miejscu. Dobra wiadomość? Pełen sukces? Chyba w sumie nie, bo oferowała mi cenę 30-50% wartości rynkowej tłumacząc, że to na tzw. ‘inwestycję’ firmy, widzi spore ryzyko i dlatego tyle może mi oferować.

Prawdopodobnie powinienem udać sie na policję by zgłosić fakt próby wyłudzenia obiektów materialnych przez Desę. Być może istnieje jakiś paragraf w kodeksie karnym na takie zachowanie. Przyznam, że równie chętnie kupiłbym od Desy pełną zawartość któregoś ich katalogu, za 30-50% dolnych cen estymacyjnych na tzw. ‘inwestycję’ ale własną. Preferuję XIX/XX wiek. Co na to Desa? Ile takich propozycji złożono innym klientom? Wygląda mi na to, że taka oferta mieści się w modelu działalności firmy i jest moralnie (ładne słowo do prowadzenia biznesu!) tam akceptowana.

Mimo tego złego doświadczenia jestem optymistycznie nastawiony do możliwości zakupów i powiększania kolekcji w Polsce czy zagranicą. Fakt, że trudno jest konkurować z wielkimi handlarzami (domy aukcyjne) czy z drobnymi ale chyba miejsce dla każdego zawsze się znajdzie. Trzeba być cierpliwym, mieć jako-taką wiedzę o tym czego się szuka, wyznaczyć sobie cenę zakupu i uznać kolekcjonowanie za hobby, czyli dobrą zabawę. Nie wszystko musimy kupić, znajdą się zawsze bogatsi od nas. Czasami się uda a czasami się nie uda. Nie zawsze będziemy wygrywali jak Wałęsa w lotka.

Kwestja czy ten blog utrudnia kolekcjonerom zakupy czy nie. Jeśli nawet właściciel zadecyduje by opóźnić wprowadzanie informacji to znajdziemy na rynku inne platformy do których większość leniuchów się skieruje. Trudno coś ukryć mając w kieszeni internet do jakiego mają dostęp też inni. To jest chyba iluzoryczne rozwiązanie. To co każdego z nas może odróżnić i dać przewagę nad innymi to własna wiedza, ostrość wzroku i kojarzenie faktów.

Pozdrawiam, X. Y. Z.


Brakuje zwykłej przyzwoitości czyli o przekrętach rzeźb Igora Mitoraja w polskich domach aukcyjnych


Uparłem się by wyjaśnić serię pewnych rzeźb Igora Mitoraja, znakomitego polskiego współczesnego rzeźbiarza, konkretnie Perseusza i Asklepiosa, a także medali sprzedawanych głównie we Francji, potem pojawiających się w Polsce z wielkim przebiciem cenowym.

Igor Mitoraj. Perseusz

Intrygowało mnie pojawianie się, zwlaszcza tych dwóch modeli, w ogromnej ilości w obu państwach. Ile egzemplarzy zostało wyprodukowanych i w jaki sposób? Zwykle rzeźby powstaja w odlewniach, które produkują ograniczoną ich ilość, znakując każdy egzemplarz. To numerowanie wprowadzone zostało do celów podatkowych i chwała za to (za numery a nie za podatki) bo dzięki temu można rozwikłać zagadkę nakładu oraz ustosunkować się cen i oszustw cenowych w Polsce.

Igor Mitoraj. Asklepios

Zarówno Perseusz jak i Asklepios nie powstały poprzez odlew rzeźby z matrycy a poprzez wytłoczenie jej z blachy. Odlewanie rzeźby to proces po trosze artystyczny i wymaga dodatkowej obróbki po ostudzeniu modelu. Wytłoczenie wymaga matrycy, blachy miedzianej i silnego uderzenia do wykształecenia blachy. Wytłoczyć można z blachy ogromną ilość idenycznych egzemplarzy i można tłuc tak długo jak długo będzie popyt lub matryca się zniszczy.

Perseusze i Asklepiosy powstały poprzez wytłoczenie z blachy. Na każdej z matrycy znajdował się już dodatkowy numer ‘nakładu’ tj. „/1000” zarówno dla Perseusza jak i Asklepiosa. Numeracja egzemplarzy była dalej dokonana ręcznie. Pozornie, mogłoby się zatem wydawać, że wytłoczono aż po tysiąc egzemlarzy każdej z rzeźb. Takie myślenie jest jednak błędem. Perseusza wytłoczono już w ilości 6,000 sztuk zaś Asklepiosa naliczylem do tej pory 5,000 sztuk. Produkcja iście przemysłowa nie mająca nic współnego ze sztuką. Jakim zatem fortelem posłużono się by zamaskować te liczbę 1000 sztuk? Otóż, po wytłoczeniu pierwszych 1,000 egzemplarzy, numerowano znowu ręcznie kolejne 1,000 egzemplarzy dodając przed każdym numerem literę ‘A’. Po skończeniu 1,000 egzemplarzy serii ‘A’ zacżęto numerować kolejnych 1,000 egzemplarzy dodając literkę ‘B’. Spotkałem do tej pory egzemplarze z numeracja ‘E’. Zatem powstało 1,000 egzemplarzy bez literek i 5 serii A-E , każda po 1,000 sztuk, czyli w sumie 6,000 sztuk. Aby nie było wątpliwości, spotkałem już na rynku egzemplarze mające ten sam numer porządkowy lecz inne poprzedzjące litery i takie egzemplarze pokazywalem już na blogu i można je tu odszukać.

Z medalami o nazwie Articulations jest podobnie. Jedyna zmiana to tak, że oryginalnie na matrycy był cyfra ‘/500’. Dobijano ręcznie do nich numery oraz litery. Ostatnio widziałem na rynku medale z literkami ‘L’ oraz ‘M’. Jak łatwo policzyć, może być tego towaru już (14 liter x 500 sztuk) około 7,000 sztuk.

Igor Mitoraj. Articulations

O tym ‘tricku’ lub przekręcie literowym nikt nie pisał do tej pory oprócz mnie. Domy aukcyjne udają, że nic sie nie stało. Wytłoki produkowano jak części do samochodów. Wiadomo, że medale produkowano dla farmaceutycznej firmy Pfizer. Prawdopodobnie było identycznie z Perseuszami i z Asklepiosami. Myślę sobie, że Pfizer zmówił taką ilość na podarunki swoim ‘field salesmen’ a Igor Mitoraj wyraził zgodę na taką produkcję mając z tego jakiś profit. Nic złego do tej pory?

Igor Mitoraj. Articulations (M 4040/500)

Dochodzimy teraz do cen, do ukrywania faktu ‘produkcji’, do pompowania cen, zwłaszcza przez polskie domy aukcyjne. Ostatnio zauważyłem, że Desa-Unicum w Warszawie wycenia takiego Perseusza (aukcja 29 pażdziernika 2020) na 35,000 – 55,000 złotych (ok. 7,700 – 12,200 euro). Warto zwrócić uwagę, że górna wycena jest w tej chwili rekordową w Polsce – oderwanie od rzeczywistości. Nieco mniej wyceniony jest tam Asklepios (30,000 – 40,000 PLN). Dla ukrycia faktu ilości sztuk Desa posługuje się opisem: ‘D 692/1000 HC’; edition: 692/1000 (w przypadku Perseusza). Niby wszystko jest w porządku w opisie, lecz w detalach brakuje tej informacji, że jest to w sumie egzemplarz nr 5,692. Czy zatem klient (zgubiony i może mało znający się na sztuce) nie powinien znać całej prawdy? 55,000 złotych to spora suma, zwłaszcza, gdy ktoś nierozważnie kupuje na ‘inwestycję’. Dodam, że ceny tych rzeźb we Francji wynoszą zykle 1/3 ceny polskiej przy stałej ogromnej podaży, każdego prawie dnia. Pompowanie ceny w Polsce jest bardzo staranne i systematyczne. Po co kupować te rzeźby w Polsce???

Mam wrażenie, że polskie domy aukcyjne w tym konkretnym przypadku udają, że o niczym nie wiedzą. Jeśli rzeczywiście nie wiedzą to zatrudniają głupców i sami są głupcami. Jeśli wiedzą to oszukują klientów. Taka sytuacja doprowadzi kiedyś w końcu do otrzeźwienia ludzi i odwrócenia się od domów aukcyjnych. Myślę, że uczciwość byłaby wskazana.

Polskim domom aukcyjnym brakuje zwykłej przyzwoitości. Oszukują ludzi patrząc jedynie na zysk. Zostawiam ten wpis licząc, że klienci dotrą kiedyś tutaj (nawet po fakcie kupna) i zaczną ‘cholerować’ w Desie, Agrze, Polswissart i innych bo to powszechny jest tam taki złodziejski proceder, w przypadku wytłoczonych prac Mitoraja. (10/12/20)

DYSKUSJA:

Krakauer Edit

Szanowny Panie, pomimo, że z ogólnym przesłaniem co do dysproporcji cenowej prac Mitoraja w Polsce i na zachodzie się zgadzam to stanowczo chciałbym zwrócić uwagę na to, że bardzo mocno mija się Pan z prawdą i rozpowszechnia Pan nieprawdę co do sposobu powstania rzeźb “Perseusz” i “Asklepios”. Jeśli miałby Pan w rękach choć jedną z tych prac to z pewnością nie napisałby Pan że zostały one wytłoczone – każda z tych rzeźb to bardzo masywne odlewy z brązu i wykonanie ich metodą tłoczenia wymagałoby na prawdę gigantycznych technologii i urządzeń silniejszych niż przy produkcji maszyn i środków transportu. Polecam kontakt z jakimkolwiek odlewnikiem i konsultację tej kwestii – wykonanie tak dużej ilości odlewów nie jest akurat żadnym problemem, wszystko jest kwestią budżetu i popytu.
A jeszcze inną kwestią jest sprawa weryfikacji czy wszystkie wspomniane serie (powyżej litery C) były autoryzowane przez autora – odlewy z edycji A,B,C były wykonywane za pozwoleniem Mitoraja przez paryski Artcurial i to co je wyróżnia to znakomita patyna – nie do powtórzenia przez polskich odlewników (jest za to na rynku wiele odlewów o podejrzanie kiepskiej i nieudanej patynie.
A sam nakład – no cóż, to aberracja rynku sztuki od wielu lat. Równie dobrze można piętnować nakłady grafik Salvadora Dali gdzie każda grafika miała kolejne edycje na różnych rodzajach papieru i autoryzowanych, autentycznych odbitek są tysiące itd. itd
pozdrawiam
Krakauer

Reply:

  • 72blog104
  • Dziękuję Panu za błyskawiczna ripostę!
  • Na technologiach odlewniczych rzeczywiście się nie znam i zastanawiam się, jaka to matryca wytrzyma kilka tysięcy odlewów bez uszczerbków. Może zatem jest jak Pan pisze, i mijam sie z prawdą, choć dla mnie prostszym rozwiązaniem jest odcisk w stosunkowo miękkiej blasze, nawet grubej. Nie będę trwał w błędzie jeśli ktoś mnie przekona o odlewie – zostawiam zatem ten temat w zawieszeniu bo nie mam na podorędzieu osoby z odpowiednią wiedzą. Oszczekam, gdy zostanę przekonany. Przyrzekam. Próbowałem poprzez znajomą osobę dowiedzieć się czegoś więcej o tych rzeźbach bezpośrednio w paryskim Artcurial lecz odsyłąją do fundacji Mitoraja. Sami nic nie chcą powiedzieć i nie powiedzą. „Dysproporcja cenowa” to jest jednak nabijanie ludzi w butelkę, oszustwo i tak to widzę. Dlaczego polskie domy aukcyjne nie informują o ilości wyprodukowanych egzemplarzy? Dlaczego tak nieracjonanie w stosunku do klienta windują ceny? Niby nikt nikogo nie zmusza do kupna, lecz „wielu stałych klientów czołowych polskich domów aukcyjnych zareagowałoby bardzo ostro gdyby w jasny sposób im wytłumaczono co się dzieję z cenami dzieł, które kupują, w momencie gdy one przekraczają granice Polski” (z listu innego czytelnika). To nie jest, moim zdaniem, aberracja lecz spekulacja oparta na niewiedzy niezorientowanego (ew. początkującego) kolekcjonera. Mogę do pewnego stopnia zrozumieć, gdy ktoś natrafi za granica na jednostkowe dzieło artystyczne (malarskie, rzeźba), ważne, o dużej wartości artystycznej (cokolwiek to określenie oznacza) i przywiezie do Polski to sprzeda za dużo więcej niż zapłacił. Jak jednak uzasadnić i ocenić przesyłanie i sprzedawanie, jednego za drugim egzemplarzy odlewu czy wytłoku, jednego z paru tysięcy, z pełną świadomością braku ‘koszerności’ tego procederu, w dodatku przy milczącej zgodzie całego tego ‘łańcucha pokarmowego’? Przyznam, że pisałem to z myślą o tych naiwnych, wierzących w rzetelność pracowników handlu antykami bo trudno jest mi nazwać ich antykwariuszami czy historykami sztuki. Może jeszcze będzie okazja porozmawiać i pospierać się nt temat lub inny i na to liczę w przyszłości. Pozdrawiam, Warschauer

Krzysztof Lubieniecki w Desie-Unicum


To jest w zasadzie powtórzenie tego co napisałem o tym obrazie rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego w dziale Handlarze. Wpisuję raz jeszcze w dziale Opinie, gdyż jest pewna wielowątkowość związana z tą pracą; nie tylko problem autentyczności ale również ‘przymierzania’ się Desy-Unicum do aukcji starych mistrzów. Wygląda na to, że Desa stara sie zająć miejsce obok wielkich międzynarodowych domów aukcyjnych. Pytanie jakie trzeba sobie zadać to czy mają odpowiednich ekspertów. Dlatego, ostrożność klientów winna być w tym przypadku podwójna. O ile w przypadku prac polskich artystów Desa trzyma pewnien standard dość wysoki i stara sie nie dopuszczać do wprowadzania falsów, to czy podoła na innym polu?

Moja opinia na temat oleju rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego (1659 – 1729), który był już dwukrotnie sprzedany w Dorotheum: w 2013 roku za 7,500 euro oraz ze strata właściciela w 2019 roku za 6,400 euro. Olej ten pojawił sie właśnie w Desie Unicum (Liczykrupa) na aukcji 6 pażdziernika 2020 (lot # 1) z ceną wyjściową 34,000 złotych (ok 7,500 euro) i wyceną 40,000 – 55,000 złotych (ok. 8.900 – 12,200 euro). Pisałem wczesniej na blogu o tym obrazie: https://polishartcorner.com/2019/12/09/krzysztof-lubieniecki-1659-1729-4/ .

Pierwsza uwagą narzucającą się jest chęć obecnego właściciela pozbycia się tego obrazu za wszelką cenę, czyli za cenę kupna w Dorotheum. Może Polacy mało znają się nz tzw ‘ starych mistrzach’ holenderskich i przyjmą z pokorą długi i nudny opis zamieszczony w katalogu Desy-Unicum. Zwykle tak jest, że długim opisem pokrywa się jakiś defekt, który usiłuje się ukryć.

Druga uwaga to zamaskowanie faktu, iż olej ten nie jest sygnowany. Proszę jednak wgryźć się w prace tego właśnie Lubienieckiego (proszę nie mylić ze starszym bratem Bogdanem Lubienieckim) by przekonać się o niezwykle pięknie kładzionej jego sygnaturze oraz datowaniu na jego innych, znanych obrazach. Krzysztof Lubieniecki nie wstydził sie swoich prac i je sygnował, pięknie sygnował. Proszę mi jednak nie sugerować, że sygnatura została zmyta w czasie konserwacji obrazu. To byłaby bzdura w jaka absolutie nie należy wierzyć.

Trzecia uwaga to brak proweniencji. Można założyć, że obraz ten mógł być namalowany w przedziale ok 1690-1720 roku. Informacje o tym obrazie pojawiają się w Dorotheum w 2013 roku z uwagą, że znajdował się przedtem w prywatnych rękach w Austrii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na inny obraz Krzysztofa Lubienieckiego jaki został sprzedany w Christies w 2018 roku (https://polishartcorner.com/2019/06/01/krzysztof-lubieniecki-1659-1729/ ) a cenę 125,000 funtów brytyjskich. W tej cenie sprzedaży kryje się właśnie znakomita proweniecja.

Zatem biorąc powyższe trzy uwagi byłbym niezwykle ostrożny w przypisaniu tego obrazu Krzysztofowi Lubienieckiemu. Potrzebne są dodatkowe badania i kwereda. Równocześnie mogę się zgodzić, że obraz te posiada atrybucje malarstwa tego malarza. Jednak, w Holandii w owym czasie diałało setki malarzy i nie jest wykluczone, że obraz powstał w warszatacie innego artysty.

Zatem ‘hold your horses’ i niech rozum działa na aukcji a nie emocje.

Na zakończenie, drobna moja złośliwość w stosunku do Desy-Unicum. Zauważyłem, że nagle Desa-Unicum „wzięła się” za mistrzów holenderskich. Widać, ustawianie domowych aukcji już co 2-3 dni nie wystarcza. Pospiech, pośpiech, pośpiech kosztem jakości. Spodziewam się, że wkrótce pojawią się aukcje malarstwa włoskiego, francuskiego, hiszpańskiego, etc. Może dla uwiarygodnienia należałoby podać nazwiska ekspertów/rzeczoznawców by kupujący spali spokojniej? Nie ma przecież wstydu by Desa Unicum pochwaliła się wybitnymi ekspertami.

09/23/2000



Jan Matejko. Portret Karola Gilewskiego. Obraz kupiony za ok 334,000 euro (1.4 mln złotych). Sprzedany w Polswissat za 7,000,000 złotych.

Nie sposób nie ustosunkować mi się do artykuł p. Mai Narbutt zamieszczonego wPolityce (https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/505597-banka-spekulacyjna-na-polskim-rynku-aukcyjnym ). Autorka na podstawie jednego głośniego przykładu, sprzedaży oleju Jana Matejki (https://polishartcorner.com/2015/09/22/jan-matejko-1838-1893-2/ ), pisze o patologiach polskiego rynku antykwarycznego.

Moim zdaniem, każdy kto zarobił uczciwie pieniądze ma prawo je wydać w dowolny sposób. Wiele razy o tym pisałem, że własne pieniądze można rozdać innym, przejeść i przepić lub można np. kupić pracę malarstką dowolnego artysty, płacąc i przepłacając za nia tyle ile nam sie podoba, lub kupić np. luksusowy samochód czy willę na Riwierze.

Po co jednak zawracać sobie głowę aukcjami w Polsce? Ta grupa bogatych ‘kolekcjonerów’ w Polsce (ok 100 wg. p. Narbutt) powinna dojść do porozumienia między sobą, skatalogować prace trzymane w piwnicach Desy-Unicum i innych domów aukcyjnych/banków, wystawić certyfikaty posiadania i handlować certyfikatami między sobą. Nie będzie potrzebny żaden pośrednik w postaci domu aukcyjnego. Wystarczy mini-gielda tych certyfikatów dla wybranych i wtajemniczonych i ewentualne podanie wyników. Można wyeliminować marżę za pośrednictwo. Jeśli te osoby rzeczywiście dbają by nie przepłacać to tylko zyskają na moim pomyśle.

Pisałem również wielokrotnie o traktowaniu malarstwa jako worków kartofli. Handlarzy (drobnych) jest wielu i każdy z nich chciałby zarobić parę złotych. To moge zrozumieć, choć tego nie lubię. Za duże sumy kupują jedynie duże domy aukcyjne, wyłącznie na sprzedaż. Kiedyś licytowałem telefonicznie pracę w Europie, przegrałem a po aukcji dostałem przez pomyłkę z domu aukcyjnego rachunek do zapłacenia wystawiony Desie-Unicum. Dowiedziałem sie w ten sposób, że z nią walczyłem na aukcji i ….chyba nie miałem prawa wygrać. Praca jaką przegralem pojawiła się wkrótce na ich aukcji w Polsce. Tych kilka domów aukcyjnych napędza ceny mając na oku wyłącznie tę wąską grupę ludzi bogatych, dla których malarstwo to jedynie ‘towar’. Jeśli ci bogaci rzeczywiście, jak pisze p. Narbutt, nie lubią przepłacać to dlaczego jednak przepłacają? Przykładów jest wiele z ostatniego roku; np kroczące rzeźby Magdaleny Abakanowicz, kupione w Sotheby’s w pażdzierniku 2018 r za $471,000 (ok. 1,800,00 zlotych) https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html?locale=en  

Magdalena Abakanowicz. CAMINANDO (20 WALKING FIGURES). Kupiona za ok 1.8 mln złotych i sprzedana w Desie-Unicum za ponad 8 mln złotych.

sprzedano w Desie-Unicum z hukiem po roku z za 6,900,000 złotych (ponad 8 milionów z opłatami), czyli poczwórną(!!!) cenę (https://desa.pl/pl/wyniki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?fsearch=1 ). Czy te bogate osoby są głupie? Wygląda, że tak, choć dodam, że tylko w stosunku do znajomości polskiego malarstwa. A może nie mają czasu na takie głupstwa jak śledzenie aukcji i kupowanie osobiście ‘za ½ , czy ¼ ceny’. Proponuję, że w ich imieniu będę licytował i im kupowal to co sobie życzą. Moja opłata to jedynie 5% wartości zakupionej a nie 100%-400% domów aukcyjnych. Fair? Bogate osoby, dotrzyjcie do mnie a pominiecie pośrednika jakim jest Desa, Agra, Polswissart, etc, etc. Mój adres jest podany na blogu. Dyskrecja zapewniona.

Polskie domy aukcyjne rzeczywiście chyba dochodzą ze sobą do porozumienia odnosnie windowania cen. Przykładem jest ostatnio malarstwo monachijskie windowane w wiekszości domów aukcyjnych. Groteskowo Agra-Art wyceniła jedno płótno Wierusza

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca wyceniona w Agrze Art na 2-2.5 mln złotych

na 2-2.5 miliona złotych (obraz spadł dzisiaj), kupione 2015 roku za ok $163,000 (https://polishartcorner.com/2013/12/12/affred-wierusz-kowalski-1849-1915/). Szykuje się teraz na aukcję w Polsce, wspomniana w artykule p. Narbutt, inna praca Wierusza,

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca sprzedana w USA za $500,000.

kupiona w USA za $500,000 (https://polishartcorner.com/2020/05/11/alfred-wierusz-kowalski-1849-1915-44/ ). Groteska i aberracja cenowa. Ciekawe, że olej Brandta, o jakim niedawno pisałem (https://polishartcorner.com/2019/05/30/jozef-brandt-1841-1915/ ), spadł dzisiaj w Agrze. Pisałem również na blogu o tych dwóch Wieruszach. Może jednak ludzie docierają na mój blog i zaczynają się zastanawiać? God bless them!

Ostatnia sprawa to czy rzeczywiście inwestorzy zastąpili kolekcjonerów. Chyba jednak nie. Kolekcjoner cieszy się ze swojego zakupu, ogląda pracę na ścianie, czyta o malarzu, uczy się o nim, czasami pisze o nim, gdy znajdzie coś ciekawego. Inwestor składuje prace, jak kartofle, ryż i węgiel czyli ‘towar’. Na ‘towarze’ można stracić, jak Holendrzy na cebulkach tulipanów. What’s go up must go down. Składowane obecnie przez inwestorów prace w piwnicach Desy kiedyś gwałtownie pojawią się na rynku. Tyle, że ceny będzie dyktował wtedy rozumny kolekcjoner.

Moim zdaniem jest rzeczywiście spora bańka (bubble) na polskim rynku. Pęknie kiedyś bo tak uczy historia. Dlatego zawsze zalecam rozsądek przy zakupach, wyznaczenie sobie ceny jakiej jesteśmy gotowi do zapłacenia. Jak nie uda się kupno tej pracy to będzie wkrótce inna. Przeglądając od ponad 25 lat katalogi aukcyjne widzę, jak bardzo lokalną wartość nad Wisłą ma polskie malarstwo, na miarę Europy i reszty.

Nie martwiłbym się, że muzea polskie nie mają pieniędzy na zakupy. Niech kupują prace kolekcjonerzy, cieszą się z nich i udostepniają (jeśli chcą) na wystawach w muzeach lub własnych domach. Muzea polskie mają zawsze prawo pierwokupu wylicytowanej przez kolekcjonera pracy w polskim domu aukcyjnym. To winno wystarczyć. Kupno pracy przez polskie muzea na rynkach pozakrajowych musi być wielkim przedsięwzięciem logistycznym. Tak wielkim, że czasami boją się brać za to. Kolekcjoner bedzie zawsze sprawniejszy od machiny ministerialnej.

06/21/2000