Opinie



To jest w zasadzie powtórzenie tego co napisałem o tym obrazie rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego w dziale Handlarze. Wpisuję raz jeszcze w dziale Opinie, gdyż jest pewna wielowątkowość związana z tą pracą; nie tylko problem autentyczności ale również ‘przymierzania’ się Desy-Unicum do aukcji starych mistrzów. Wygląda na to, że Desa stara sie zająć miejsce obok wielkich międzynarodowych domów aukcyjnych. Pytanie jakie trzeba sobie zadać to czy mają odpowiednich ekspertów. Dlatego, ostrożność klientów winna być w tym przypadku podwójna. O ile w przypadku prac polskich artystów Desa trzyma pewnien standard dość wysoki i stara sie nie dopuszczać do wprowadzania falsów, to czy podoła na innym polu?

Moja opinia na temat oleju rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego (1659 – 1729), który był już dwukrotnie sprzedany w Dorotheum: w 2013 roku za 7,500 euro oraz ze strata właściciela w 2019 roku za 6,400 euro. Olej ten pojawił sie właśnie w Desie Unicum (Liczykrupa) na aukcji 6 pażdziernika 2020 (lot # 1) z ceną wyjściową 34,000 złotych (ok 7,500 euro) i wyceną 40,000 – 55,000 złotych (ok. 8.900 – 12,200 euro). Pisałem wczesniej na blogu o tym obrazie: https://polishartcorner.com/2019/12/09/krzysztof-lubieniecki-1659-1729-4/ .

Pierwsza uwagą narzucającą się jest chęć obecnego właściciela pozbycia się tego obrazu za wszelką cenę, czyli za cenę kupna w Dorotheum. Może Polacy mało znają się nz tzw ‘ starych mistrzach’ holenderskich i przyjmą z pokorą długi i nudny opis zamieszczony w katalogu Desy-Unicum. Zwykle tak jest, że długim opisem pokrywa się jakiś defekt, który usiłuje się ukryć.

Druga uwaga to zamaskowanie faktu, iż olej ten nie jest sygnowany. Proszę jednak wgryźć się w prace tego właśnie Lubienieckiego (proszę nie mylić ze starszym bratem Bogdanem Lubienieckim) by przekonać się o niezwykle pięknie kładzionej jego sygnaturze oraz datowaniu na jego innych, znanych obrazach. Krzysztof Lubieniecki nie wstydził sie swoich prac i je sygnował, pięknie sygnował. Proszę mi jednak nie sugerować, że sygnatura została zmyta w czasie konserwacji obrazu. To byłaby bzdura w jaka absolutie nie należy wierzyć.

Trzecia uwaga to brak proweniencji. Można założyć, że obraz ten mógł być namalowany w przedziale ok 1690-1720 roku. Informacje o tym obrazie pojawiają się w Dorotheum w 2013 roku z uwagą, że znajdował się przedtem w prywatnych rękach w Austrii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na inny obraz Krzysztofa Lubienieckiego jaki został sprzedany w Christies w 2018 roku (https://polishartcorner.com/2019/06/01/krzysztof-lubieniecki-1659-1729/ ) a cenę 125,000 funtów brytyjskich. W tej cenie sprzedaży kryje się właśnie znakomita proweniecja.

Zatem biorąc powyższe trzy uwagi byłbym niezwykle ostrożny w przypisaniu tego obrazu Krzysztofowi Lubienieckiemu. Potrzebne są dodatkowe badania i kwereda. Równocześnie mogę się zgodzić, że obraz te posiada atrybucje malarstwa tego malarza. Jednak, w Holandii w owym czasie diałało setki malarzy i nie jest wykluczone, że obraz powstał w warszatacie innego artysty.

Zatem ‘hold your horses’ i niech rozum działa na aukcji a nie emocje.

Na zakończenie, drobna moja złośliwość w stosunku do Desy-Unicum. Zauważyłem, że nagle Desa-Unicum „wzięła się” za mistrzów holenderskich. Widać, ustawianie domowych aukcji już co 2-3 dni nie wystarcza. Pospiech, pośpiech, pośpiech kosztem jakości. Spodziewam się, że wkrótce pojawią się aukcje malarstwa włoskiego, francuskiego, hiszpańskiego, etc. Może dla uwiarygodnienia należałoby podać nazwiska ekspertów/rzeczoznawców by kupujący spali spokojniej? Nie ma przecież wstydu by Desa Unicum pochwaliła się wybitnymi ekspertami.

09/23/2000



Jan Matejko. Portret Karola Gilewskiego. Obraz kupiony za ok 334,000 euro (1.4 mln złotych). Sprzedany w Polswissat za 7,000,000 złotych.

Nie sposób nie ustosunkować mi się do artykuł p. Mai Narbutt zamieszczonego wPolityce (https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/505597-banka-spekulacyjna-na-polskim-rynku-aukcyjnym ). Autorka na podstawie jednego głośniego przykładu, sprzedaży oleju Jana Matejki (https://polishartcorner.com/2015/09/22/jan-matejko-1838-1893-2/ ), pisze o patologiach polskiego rynku antykwarycznego.

Moim zdaniem, każdy kto zarobił uczciwie pieniądze ma prawo je wydać w dowolny sposób. Wiele razy o tym pisałem, że własne pieniądze można rozdać innym, przejeść i przepić lub można np. kupić pracę malarstką dowolnego artysty, płacąc i przepłacając za nia tyle ile nam sie podoba, lub kupić np. luksusowy samochód czy willę na Riwierze.

Po co jednak zawracać sobie głowę aukcjami w Polsce? Ta grupa bogatych ‘kolekcjonerów’ w Polsce (ok 100 wg. p. Narbutt) powinna dojść do porozumienia między sobą, skatalogować prace trzymane w piwnicach Desy-Unicum i innych domów aukcyjnych/banków, wystawić certyfikaty posiadania i handlować certyfikatami między sobą. Nie będzie potrzebny żaden pośrednik w postaci domu aukcyjnego. Wystarczy mini-gielda tych certyfikatów dla wybranych i wtajemniczonych i ewentualne podanie wyników. Można wyeliminować marżę za pośrednictwo. Jeśli te osoby rzeczywiście dbają by nie przepłacać to tylko zyskają na moim pomyśle.

Pisałem również wielokrotnie o traktowaniu malarstwa jako worków kartofli. Handlarzy (drobnych) jest wielu i każdy z nich chciałby zarobić parę złotych. To moge zrozumieć, choć tego nie lubię. Za duże sumy kupują jedynie duże domy aukcyjne, wyłącznie na sprzedaż. Kiedyś licytowałem telefonicznie pracę w Europie, przegrałem a po aukcji dostałem przez pomyłkę z domu aukcyjnego rachunek do zapłacenia wystawiony Desie-Unicum. Dowiedziałem sie w ten sposób, że z nią walczyłem na aukcji i ….chyba nie miałem prawa wygrać. Praca jaką przegralem pojawiła się wkrótce na ich aukcji w Polsce. Tych kilka domów aukcyjnych napędza ceny mając na oku wyłącznie tę wąską grupę ludzi bogatych, dla których malarstwo to jedynie ‘towar’. Jeśli ci bogaci rzeczywiście, jak pisze p. Narbutt, nie lubią przepłacać to dlaczego jednak przepłacają? Przykładów jest wiele z ostatniego roku; np kroczące rzeźby Magdaleny Abakanowicz, kupione w Sotheby’s w pażdzierniku 2018 r za $471,000 (ok. 1,800,00 zlotych) https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html?locale=en  

Magdalena Abakanowicz. CAMINANDO (20 WALKING FIGURES). Kupiona za ok 1.8 mln złotych i sprzedana w Desie-Unicum za ponad 8 mln złotych.

sprzedano w Desie-Unicum z hukiem po roku z za 6,900,000 złotych (ponad 8 milionów z opłatami), czyli poczwórną(!!!) cenę (https://desa.pl/pl/wyniki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?fsearch=1 ). Czy te bogate osoby są głupie? Wygląda, że tak, choć dodam, że tylko w stosunku do znajomości polskiego malarstwa. A może nie mają czasu na takie głupstwa jak śledzenie aukcji i kupowanie osobiście ‘za ½ , czy ¼ ceny’. Proponuję, że w ich imieniu będę licytował i im kupowal to co sobie życzą. Moja opłata to jedynie 5% wartości zakupionej a nie 100%-400% domów aukcyjnych. Fair? Bogate osoby, dotrzyjcie do mnie a pominiecie pośrednika jakim jest Desa, Agra, Polswissart, etc, etc. Mój adres jest podany na blogu. Dyskrecja zapewniona.

Polskie domy aukcyjne rzeczywiście chyba dochodzą ze sobą do porozumienia odnosnie windowania cen. Przykładem jest ostatnio malarstwo monachijskie windowane w wiekszości domów aukcyjnych. Groteskowo Agra-Art wyceniła jedno płótno Wierusza

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca wyceniona w Agrze Art na 2-2.5 mln złotych

na 2-2.5 miliona złotych (obraz spadł dzisiaj), kupione 2015 roku za ok $163,000 (https://polishartcorner.com/2013/12/12/affred-wierusz-kowalski-1849-1915/). Szykuje się teraz na aukcję w Polsce, wspomniana w artykule p. Narbutt, inna praca Wierusza,

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca sprzedana w USA za $500,000.

kupiona w USA za $500,000 (https://polishartcorner.com/2020/05/11/alfred-wierusz-kowalski-1849-1915-44/ ). Groteska i aberracja cenowa. Ciekawe, że olej Brandta, o jakim niedawno pisałem (https://polishartcorner.com/2019/05/30/jozef-brandt-1841-1915/ ), spadł dzisiaj w Agrze. Pisałem również na blogu o tych dwóch Wieruszach. Może jednak ludzie docierają na mój blog i zaczynają się zastanawiać? God bless them!

Ostatnia sprawa to czy rzeczywiście inwestorzy zastąpili kolekcjonerów. Chyba jednak nie. Kolekcjoner cieszy się ze swojego zakupu, ogląda pracę na ścianie, czyta o malarzu, uczy się o nim, czasami pisze o nim, gdy znajdzie coś ciekawego. Inwestor składuje prace, jak kartofle, ryż i węgiel czyli ‘towar’. Na ‘towarze’ można stracić, jak Holendrzy na cebulkach tulipanów. What’s go up must go down. Składowane obecnie przez inwestorów prace w piwnicach Desy kiedyś gwałtownie pojawią się na rynku. Tyle, że ceny będzie dyktował wtedy rozumny kolekcjoner.

Moim zdaniem jest rzeczywiście spora bańka (bubble) na polskim rynku. Pęknie kiedyś bo tak uczy historia. Dlatego zawsze zalecam rozsądek przy zakupach, wyznaczenie sobie ceny jakiej jesteśmy gotowi do zapłacenia. Jak nie uda się kupno tej pracy to będzie wkrótce inna. Przeglądając od ponad 25 lat katalogi aukcyjne widzę, jak bardzo lokalną wartość nad Wisłą ma polskie malarstwo, na miarę Europy i reszty.

Nie martwiłbym się, że muzea polskie nie mają pieniędzy na zakupy. Niech kupują prace kolekcjonerzy, cieszą się z nich i udostepniają (jeśli chcą) na wystawach w muzeach lub własnych domach. Muzea polskie mają zawsze prawo pierwokupu wylicytowanej przez kolekcjonera pracy w polskim domu aukcyjnym. To winno wystarczyć. Kupno pracy przez polskie muzea na rynkach pozakrajowych musi być wielkim przedsięwzięciem logistycznym. Tak wielkim, że czasami boją się brać za to. Kolekcjoner bedzie zawsze sprawniejszy od machiny ministerialnej.

06/21/2000