Opinie

Opłata droit de suite i nie tylko

Dobry wieczór Panie JD,,

Dawno nie pisałem do Pana/na łamy bloga, a jest kilka tematów, który mnie od dawna intrygują i którymi chętnie zająłbym się mocniej, może z jakąś Pana pomocą…-?

O mojej pasji do sztuki kiedyś pisałem, zawodowo zajmuję się m.in. audytem finansowym (jestem biegłym rewidentem – taki nie znany szerzej wolny zawód, rola/jeden z tzw. zawodów zaufania publicznego, sprowadza się do certyfikowania sprawozdań finansowych firm, które mają odpowiednią skalę działania, narzucającą na nich obowiązek badania sprawozdań przez niezależnego eksperta, m.in. dla lepszej transparentności obrotu gospodarczego).

Otóż pierwszy z tematów jest związany z finansami – jak pan niewątpliwie wie, kiedy kupujemy na aukcjach w PL (i nie tylko, bo to regulacje wprowadzone we FR w latach 20tych i dalej rozpowszechnione w prawie unijnym), podmioty profesjonalnie sprzedające prace (prace nie pochodzące bezpośrednio od twórców lub ich spadkobierców – obrót wtórny/kolejne odsprzedaże) powinny pobierać (i odprowadzać) tzw. droit de suite – dość sprawiedliwa wg mnie partycypacja twórców/ich spadkobierców w ewentualnym wzroście wartości dzieła przy kolejnej odsprzedaży (zdarza się, że początkujący artysta sprzedaje coś za grosze, a potem nabiera to wartości – wg tego prawa droit de suite aż do 70 lat od śmierci twórcy, np. jego spadkobiercy mają prawo otrzymywać 5% (stawka jest degresywna w zależności od wartości dzieła) od ceny uzyskanej w kolejnej profesjonalnej odsprzedaży.

I polskie domy aukcyjne z reguły to pobierają. Tylko czy (zawsze) płacą dalej temu komu to należne? Te przepływy finansowe są niestety (dla umocowanych, nie dla DA) z natury dość skomplikowane do przeprowadzenia logistycznie.

Znalazłem taki tekst o umowie podpisanej przez ZPAP ze Stowarzyszeniem Antykwariuszy, zrzeszających x- DAukcyjnych

I tu ciekawe być może pytania:

Jak ja znam się na finansach, to jest łatwo te przykładowe 5% pobrać (co się z reguły dzieje), dużo trudniej logistycznie (na korzyść DA) to wypłacić, bo jak stwierdzić uprawnienia – komu, uprawnieni nie zgłaszają się itp. (musi to po jakimś czasie dawać czysty przychód dla DA, nawet jeżeli tworzyliby rezerwy, to po jakimś czasie do rozwiązania); to porozumienie z linka było podpisane w 2018, warto poznać jego treść, a też co z wcześniejszymi transakcjami? (jak czytam teksty prawników, to zobowiązanie ważne 3 lata od transakcji….); nie widać tam wielu spośród znanych, dużych domów aukcyjnych, np. D.U. – może warto dla transparentności rynku odpytać jak działają te i inne D.A. w tej materii, przecież pobierają DDS i co dalej? na jakich zasadach np. ten ZPAP to dystrybuuje, czy trafia to do umocowanych?; sam kupiłem np. w jednym z domów aukcyjnych wymienionych na liście, nie tak dawno, pracę artysty, za prawie 20 tys pln więc normalnie należne DDS około 1tys zł, którego spadkobierców miałem okazję niedawno zapytać osobiście, czy coś dostali z tytułu DDS- w ogóle o czymś takim nie wiedzieli…. nie zapisali się do ZPAP itp.

Może chciałby Pan coś opublikować (popytać) o tym DDS na swoich łamach?- jeżeli to interesujące to mógłbym jakoś to spróbować dostępnie opisać.

Inny temat, który mnie dręczy, to to ile te polskie muzea trzymają ciągle w magazynach, bez przymusu pokazania, nigdy nikomu nie pokazując tego (np. ze sztuki współczesnej, co prawda, jak się wydaje to nie jest Pana “konik”, ale myślę, że jest tam wiele wartościowych prac, które są tylko “magazynowanym dziedzictwem”); może warto jakąś presję zacząć wywierać na tych wszystkich naszych muzealników na eksponowanie tego co mają w magazynach, wietrzenie ich, rotację przez wystawy, bo np. dziś w Warszawie, jak się chce zobaczyć jakąś lepszą (zmieniającą się co jakiś czas) sztukę, to często zostaje tylko odwiedzanie tych “wrednych” domów aukcyjnych… które są raczej od komercji/zapewniania sztuki do domu, tym których na to stać, a nie od pokazywania sztuki szerzej; a jednak tylko one często tę sztukę pokazują…. 

Może warto tym tematem kogoś drażnić też na blogu…   np. w ostatni weekend w M.Nar. Wwa nic z wystaw czasowych, tylko Starożytność, Średniowiecze i Renesans, potem nic…. zamknięte piętra, kurczę…!

 Nie wiem co Pan o tym myśli, ale może warto coś o tym popisać na blogu.

Pozdrawiam serdecznie,

MK (11/03/21)


Odpowiedź autora blogu:

Szanowny Panie MK,

Oba problemy, które Pana męczą mnie również męczą. Zacznijmy zatem od pierwszego.

Być może różnimy się w sprawie celowości droit de suite. To jest być może piękny cel by wspomagać artystów i kolejne pokolenia rodziny artysty…ale uważam to za kolejny wymuszony podatek przerzucony na klienta. Jest to ogólny trend każdego rządu, jaki by on nie był, by podnosić podatki i końca tego nie ma. Dlaczego akurat 5%, nawet jeśli zmniejszony jest w stosunku do wysokości sprzedaży. Ja uważam, że każdy powinien zająć się tym co potrafi robić i świadczyć usługi innych w zamian za pieniądze lub inny jakiś ich wymiennik. Czy powinniśmy wymagać od lekarza by pobierał dodatkowe  5% od udanej operacji? Dlaczego nie? Czy zawód ‘artysty’ jest czymś wyjątkowym? Jeśli chcemy ich wspomagać to kupujmy ich prace. Mieszkam akurat w USA i każdy z artystów walczy o swoje przetrwanie, tak jak aktorzy, jak teatry, których na Broadwayu żaden z rządów nie finansuje z budżetu. Teatr pani Jandy nie dałby rady w USA. Wąpię by zanalazła wsparcie we władzach jakiegoś miasta, nie mówiąc o stanie lub rządzie federalnym. A w Polsce domaga sie ona dotacji od rządu a następnie na niego pluje. Albo jest w czymś dobrym i da się żyć z tego talentu albo nie i wtedy należy się przekwalifikować. Oczywiście są częste sytuacje, gdy prace artysty za swego życia sprzedają się za grosze a po śmierci nabierają dopiero wartości, bo wtedy może łatwiej jest wylansować nieżyjącego, gdy już nie zawali więcej rynku swoimi pracami. Piszę trochę cynicznie ale chyba ta jest. Dla mnie te 5% droit de suite to nieuzasadniony podatek ale możemy się różnić co do celowości i dalej dyskutować. Jest jak jest i tego nie zmienimy. W USA tego podatku nie ma.

Ciekawe jest również dla mnie również co się dzieje w Polsce z tym podatkiem. Były na ten temat doniesienia prasowe. Czytałem w paru miejscach, że domy go pobierają ale daleko jest im do przekazania dalej rodzinie lub artyście. Jak dobrze idzie to księgują go, obracają pieniędzmi łatając różne dziury finansowe a raz w roku dokonują jakiegoś podsumowania. To w sumie bardzo szara strefa, którą mógłby Pan się zająć i to rozsupłać, zrobić audit np. w Desie-Unicum …i napiętnować, nagłośnić, przekazać sprawę do sądu, etc. Ta sprawa droit de suite nie jest rozwiązana wg założeń lecz ma jakieś swoje życie nikomu nie znane. Podobnie może być na rynkach europejskich. Mnie i innych osobników pytały kiedyś domy zagraniczne bym im podał adresy rodzin zmarłych polskich artystów by im wypłacić te pobrane 5%. Skąd mam je znać?

Wątpię by ten związ ZPAP rozwiązał sytuację. Jedynym rozwiązaniem byłoby zlikwidować ten podatek. Ten podatek jest fikcją w stosunku do artysty i rodziny. Przy takich obrotach w Europie, chyba jedynie dobrze mają się domy aukcyjne gromadząc ten podatek. Tylko, że kiedyś ktoś to zauważy, powstanie kolejne prawo podatkowe i raz jeszcze opodatkuje się te pieniądze. I tak będzie bez końca. [W dodatku, już po napisaniu do Pana okazało się, że MKIDZN rozwiązało umowę ze ZPAP i ten przestał zarządzać tym podatkiem. Wyszło na moje, czyli te 5% podatku, już pewnie wpływa do kasy rządu https://zpap.pl/zpap/index.php?option=com_content&view=article&id=2287&Itemid=251&lang=pl]

Desa-Unicum może nie należy do tej organizacji ale podatek pobiera. Nie mam pojęcia jak do tego podejść prócz tego by nagłośnić, robić audyty domów pod tym kątem. Wymieniony Związek pewnie sam nie wie co z tym zrobić. Proszę sobie wyobrazić jak bogaci winni być potomkowie Kossaków, Fałata, etc. I pewnie te pieniądze, gdyby nawet  je dostali, zostałyby raz jeszcze opodatkowane. I tak bez końca. Po to są te podatki i nowe sprytne sposoby pobierania by je znowu przemielić.

Proszę o tym problemie napisać w formie eseju, listu a chętnie go opublikuję. Temat bardzo ciekawy i wielowątkowy. Proszę jednak nie spodziewać się by któryś z domów aukcyjnych wysłał na te łamy jakieś wyjaśnienia. Trzeba być realistą pod tym względem. Jestem dla nich niebytem i Polish Art Corner dla nich nie istnieje. Znęcam się czasami nad nimi, atakuję by podali mnie do sądu ale nic się nie dzieje. Tak było za komuny, gdy cenzura zakazywała wspominania pewnych nazwisk i problemów i tak jest teraz w niepodległej Polsce w dziedzinie sztuki i jej handlu.

Ten drugi temat jest równie ciekawy. Właśnie przeczytałem artykuł w DoRzeczy o losie obrazu Wojciecha Gersona ‘Odpoczynek w szałasie tatrzańskim’, odzyskanym dwadzieścia lat temu (strata wojenna), obraz cudo i….schowany do magazynu, https://dorzeczy.pl/historia/218467/wojciech-gerson-arcydzielo-odzyskane-odpoczynek-slow-kilka.html . Można ten temat rozwijać na różne sposoby. Dobrze Pana rozumiem, mogę się pod tym podpisać ale nic z tego nie wyniknie. W sumie dobrze, że istnieją kolekcjonerzy i muzea. Jako kolekcjoner pokazuję to co mam i na co mi pozwala mi powierzchnia ścian i niczego nie trzymam w piwnicy. Muzea trzymają większość prac w magazynach i tyle. Jak rąbnie w to jakaś bomba, będzie pożar (Notre Dame), to będzie tragedia narodowa. Ja spali się Muzeum w Sanoku z pracami Beksińskiego to zostanie to co jest na rynku. Zresztą większość z tych zmagazynowanych prac nie zostało nigdy opublikowanych i dobrze jest jeśli znane są jedynie opisów katalogowych.  Proszę też o tym pisać i rozwijać wątek.

Blog żyje jak żyje. Mam coraz mniej nań czasu bo praca zawodowa i konieczność zarobienia pieniędzy na życie mnie do tego zmusza. Z drugiej strony sam wszystko robię manualnie a czytelnicy jedynie czytają i nie udzielają się. Przywykłem do tego i nie mam zastrzeżeń. Słowem, jeśli chce Pan dokonać jakiegoś fermentu umysłowego to zapraszam na łamy. Mogę pomyśleć nawet o osobnej dla Panie stronie na blogu, tak jak ma ją p. K. Z. Trzeba by jednak być wtedy pokazać aktywność swoją, choćby raz w miesiącu.

Pozdrawiam i dziękuję za list,

Tzw. ‘John Doe’ czyli prowadzący PAC. (11/04/21)

Szanowny Panie, Wygląda z tego linku i z obserwacji, że faktycznie to dds nabiera już tylko formy czystego podatku, na ktorym rękę kładzie państwo (albo D.A.)… 
Połączenie pobranej opłaty z kontem uprawnionych faktycznie może często nie być po prostu fizycznie możliwe i nikt z “poborców” (ani tym bardziej państwo) nie będzie zainteresowany, żeby to połączenie za każdym razie zapewniać. Tym niemniej jest to pobierane, zmniejsza dostępność prac dla kolekcjonerów. Stała rubryka nie jest raczej na tym etapie dla mnie, dziękuję w każdym razie za tę myśl, zastanowię się jak te tematy dalej drążyć.  A jeżeli chcialby Pan po prostu opublikować na początek tę naszą, trochę polemiczną wymianę poniżej, to z mojej strony nie ma obiekcji. Ukłony, mk (11/04/21)

Odpowiedź p. Krzysztofa Zagodzkiego:

Szanowny Panie,

Z przyjemnością odnotowuję wkład p.MK do rubryki Opinie, gdzie porusza istnienie kontrowersyjnej opłaty ‘droit de suite’. Takich konkretnych wypowiedzi na tych łamach przydało by się więcej, w miejsce lamentów ‘jaki ten rynek jest straszny’.

Podaje on tu przykład jednego z odgórnych zarządzeń państwa które « chce wszystkim dobrze », a które nie koniecznie sprawdzają się w życiu. Oczywiście idea jest jak zwykle szlachetna, jak pisze p. MK jest to “dość sprawiedliwa partycypacja twórców/ich spadkobierców w ewentualnym wzroście wartości dzieła przy kolejnej odsprzedaży ». Tyle że zastosowanie tego przepisu nastręcza poważne trudności techniczne, a i rezultaty tego są dyskusyjne. Jednym z zarzutów jakie stawia się tej opłacie jest to że przynosi ona wymierny dochód grubym rybom posiadającym wysokie notowania, zaś grosze mało znanym artystom, których egalistyczna teoria chciała by wesprzeć. Drugim problemem poruszonym przez p.MK jest problem dystrybucji tej daniny. W założeniu  domy aukcyjne/galerie powinny mieć dostęp do wszystkich artystów bądź ich spadkobierców, co jest oczywicie utopią. Tam gdzie istnieją instytucje zajmujące się oficjalnie przekazywaniem tego podatku jest to w jakimś stopniu zracjonalizowane. Taką instytucją we Francji jest ADAGP (Stowarzyszenie twórców sztuk graficznych i plastycznych), która trudni się zbieraniem należności z tytułu praw autorskich i przekazywaniem go artystom. Teoretycznie aby nikt nie został pominięty, na stronach ADAGP znajduje się rubryka ‘Avis de recherche’ gdzie poszukiwani są artyści lub spadkobiercy którym należą jakieś sumy. Dla próby wprowadzam do wyszukiwarki nazwisko Meli Muter i znajduję że ‘wiszą’ tam należności za obraz sprzedany we Francji w 2017 roku oraz dwa w Danii z 2020 roku. Tu z kolei powstaje pytanie : jeśli Muter figuruje w tej rubryce, to znaczy że ADAGP nie zna ‘namiarów’ spadkobierców, tylko że w tym przedziale trzech lat przez rynek przedefilowało kilkadziesiąt jej prac, podczas gdy tu zarejestrowano ich tylko trzy. Czyżby sito stowarzyszenia było aż tak dziurawe?

W przypadku znanych artystów sciąganiem opłat zajmują się często sami spadkobiercy, lub też rozmaite towarzystwa i fundacje przez nich założone.

Faktem jest że wielka część braci artystycznej do żadnego stowarzyszenia nigdy nie należała, Tymczasem domy aukcyjne owe droit de suite pobierają nierzadko na konto artystów, o których  nie wiadomo dobrze gdzie i kiedy się urodzili i zmarli, zaś odszukanie ich lub ich spadkobierców wymagało by zaangażowania biura detektywistycznego. Z drugiej strony nie należy też przeceniać wpływów z tego tytułu, wiele domów aukcyjnych chętnie by się pozbyło tego obowiązku i ten motyw dodatkowego biurokratycznego obciążenia jest również podnoszony w polemikach na ten temat.

I wreszcie, to co zauważył w aneksie sam p. MK, takie okładanie rynku rozmaitymi opłatami « zmniejsza dostępnośc prac dla kolekcjonerów ». A przecież my tu jeszcze mamy rozmaite VATy, opłatę za « plus-value » czyli wartość dodaną (proszę mnie oświecić czy to istnieje również  w Polsce), daninę wyjątkowo perfidna, gdzie osoby z nożem na gardle zmuszone sprzedać coś za pół ceny, płacą podatek za to że poniosły straty. Wszystkie te opłaty razem skumulowane odstraszają od oficjalnego rynku sztuki – aukcji i galerii – oraz zachęcają do szukania innych sposobów przeprowadzania transakcji.

Jak przeczytałem na tych stronach, inicjatywa ZPAP stworzenia takiej organizacji w Polsce zakończyła się jej samorozwiązaniem. Pozwolę sobie wysnuć tezę że ojcowie założyciele zorientowali się że kontrolowanie tej gigantycznej ilości, idącej w tysiące sytuacji, gdzie prawo nakazywało by pobranie daniny, to nie jest zajęcie dorywcze. Przypominam przy okazji że ADAGP to potężna maszyna stworzona w 1953 roku. Ale to nie wszystko : w 1995 roku dokonała fuzji z konkurencyjną SPADEM, a ta powstała w roku 1913…

Zagrodzki

(11/12/21)


Próba oszustwa w Desie-Unicum na ‘Konarskiego’ vel Wierusza-Kowalskiego

List od czytelnika:

Po przeczytaniu Pańskiego artykułu na temat pracy Władysława Rossowskiego ucznia Jana Matejki na nadchodzącej aukcji Desy, zajrzałem na stronę tegoż zacnego domu aukcyjnego i stwierdzam ,że hiperinflacja cenowa znana nam z lat 90 zawitała do Desy na dobre. Chyba już się przyjęło narzucanie marży w wysokości 100% na sztukę pochodzącą/przywiezioną z poza granicy RP.

Osobiście mam problem z wyceną pracy J.Konarskiego przez te zacne grono wybitnych specjalistów na cenę 80.000 – 100.000 tys PLN! Bardzo chciałbym się dowiedzieć czym sugerowali się ci wybitni specjaliści przy wycenie pracy kopisty (F.Bujakiewicza) ? Broń Boże nie podejrzewam ich o chęć zysku , chciwość i zachłanność 🙂 …

Drążąc temat zerknąłem na opis artysty J.Konarskiego na stronie naszego lokalnego giganta Desy Unicum i sprawa się rozwiązała. Ci wybitni specjaliści chyba nadal uparcie wierzą w to ,że J.Konarski to pseudonim A.W.K i tym mydlą oczy początkującym, zagubionym kolekcjonerom. Że by nie być gołosłownym podsyłam wycinek z opisem ze strony Desy:

Istnieje hipoteza ,że obraz J.Konarskiego , a właściwie F.Bujakiewicza posiada ramę ze szczerego złota – przyznam ,że tego jeszcze nie sprawdziłem, a jest to prawdopodobne 🙂 , chyba tylko to tłumaczyło by wycenę z kosmosu ,, Sky is the limit’’

Pozdrawiam,

J.W.

dodam ,że pytałem DESĘ skąd taka wycena? W odpowiedzi uzyskałem ,że należy domniemywać ,iż w późniejszym okresie twórczości A.W.K sygnował swoje prace jako J.Konarski , gdy zapytałem czy zapoznali się z książka p.Elzbiety Ptaszyńskiej o Monachijczykach w odpowiedzi uzyskałem, że moja informacja zostanie przekazana do osób zajmujących się wyceną prac przyjmowanych na aukcje..

Gdy zapytałem Pana z którym pisałem czy poleciłby zakup tej pracy swojej rodzinie za 100.000 PLN w odpowiedzi uzyskałem ,że jest to cena estymacyjna , a praca sama w sobie jest bardzo dobrze zachowana i posiada duże walory estetyczne..

Tak czy inaczej J.Konarski czyli F.Bujakiewicz to kopista prac Mistrza A.W.K i tylko kopista. Takie jest moje zdanie i zdaje sobie sprawę ,że każdy wydaje swoje prywatne pieniądze  na co tylko ma ochotę , ale taka wycena za Konarskiego nie mieści mi się w głowie.

Idąc tym tropem za kilka miesięcy Konarski może dołączyć do panteonu wybitnych artystów szkoły Monachijskiej i będzie stawiany w jednym szeregu z Brandtem , Wieruszem itd.

Pozdrawiam

J.W

Dodam ,że pytałem DESĘ skąd taka wycena? W odpowiedzi uzyskałem ,że należy domniemywać ,iż w późniejszym okresie twórczości A.W.K sygnował swoje prace jako J.Konarski , gdy zapytałem czy zapoznali się z książka p.Elzbiety Ptaszyńskiej o Monachijczykach w odpowiedzi uzyskałem, że moja informacja zostanie przekazana do osób zajmujących się wyceną prac przyjmowanych na aukcje..

Gdy zapytałem Pana z którym pisałem czy poleciłby zakup tej pracy swojej rodzinie za 100.000 PLN w odpowiedzi uzyskałem ,że jest to cena estymacyjna , a praca sama w sobie jest bardzo dobrze zachowana i posiada duże walory estetyczne..

Tak czy inaczej J.Konarski czyli F.Bujakiewicz to kopista prac Mistrza A.W.K i tylko kopista. Takie jest moje zdanie i zdaje sobie sprawę ,że każdy wydaje swoje prywatne pieniądze  na co tylko ma ochotę , ale taka wycena za Konarskiego nie mieści mi się w głowie.

Idąc tym tropem za kilka miesięcy Konarski może dołączyć do panteonu wybitnych artystów szkoły Monachijskiej i będzie stawiany w jednym szeregu z Brandtem , Wieruszem itd.


Osobiście jestem przekonany iż DESA wie ,że J.Konarski to F.Bujakiewicz , informacje na ten temat nie są trudne do odnalezienia, a jeżeli tego nie wiedzieli to ich dzisiaj o tym uświadomiłem. Jeżeli maja jeszcze resztki godności w co szczerze wątpię , to powinni zmienić opis pod pracą Konarskiego, czy tak zrobią ? Czas pokaże – ale życie mnie nauczyło ,że będzie tak jak było – czyli status quo zostanie zachowany.

Moim zdaniem jest to przestępczy proceder zakrojony na niedoinformowanego kolekcjonera – grabież w białych rękawiczkach w biały dzień.

Pozdrawiam

J.W

(10/07/21)

——–

Komentarz prowadzącego blog:

Jak zauważył czytelnik, opis w katalogu Desy-Unium jest mylący i naprowadzający zagubionych i początkojących kolekcjonerów w zaułek, czyli do kupna obrazu J. Konarskiego jako Alfreda Wierusza-Kowalskiego za bardzo duże pieniądze. Desa zrobiła unik by nie zaytować opinii p. Elizy Ptaszyńskiej, na której zdanie powołuje się często Sotheby’s i Christie’s. Załaczam zatem odpowiedni fragment z jej książki na temat Wierusza-Bujakiewicza-Konarskiego [Artysta (Wierusz) oznaczał obrazy tylko swoją sygnaturą, odpowiedzialnie traktując swoje rzemiosło]. Może ‘eksperci’ Desy również czegoś się nauczą. Nie czytają widać książek a przeglądają ten blog – stąd też mogą czerpać wiedzę, którą powielam. Swoją droga, 80,000 – 100,000 złotych za obraz nieznanego Konarskiego, czyli Bujakiewicza to wielkie zdzierstwo i oszustwo klientów.

Gwoździem do trumny dla niewierzących stanowi książka Elizy Ptaszyńskiej „Alfred Wierusz Kowalski 1849 – 1915” wydana  roku 2011 w Polsce przez wydawnictwo DIG. Tam też na stronie 261 autorka (kustosz w Muzeum Okręgowego w Suwałkach) rozprawia się z mitem o Janie Konarskim vel Alfredzie Wierusz-Kowalskim. Warto bardzo dokladnie przecztać ten niewielki fragment na stronie 261 i zapamiętać, że Wierusz nie sygnował swoich prac pseudonimami.

(10/07/21)

O litografiach w polskich domach aukcyjnych

Zacznę od zacytowania końcowego fragmentu artykułu Pana K. Z. ‘O litografiach raz jeszcze’ opublikowanego kilka dni temu na jego autonomicznej stronie Offside (https://polishartcorner.com/offside/:

Natomiast jeśli chodzi o edycje pośmiertne, sygnowane przez rodziny, jest tu (Pierre Cabanne) bezlitosny; “Oszustwa na rynku sztuki są częste i rozliczne, jedno z najnowszych polega na wystawianiu na sprzedaż reprodukcji litograficznych reprezentujących dzieła autentyczne”. Tu następują przykłady prac Renoira podpisanych przez wnuka malarza oraz pośmiertnych litografii sygnowanych “za Roberta Delaunay Sonia Delaunay”. To było pisane 43 lata temu. Tu czas stanął w miejscu.

Obiecałem sobie, że wrócę do tego tematu z perspektywy polskiego rynku aukcyjnego. Mamy obecnie październik 2021 a niedługo będzie wysyp aukcji w Polsce i ludzie zaczą polować ewentualnie na prezenty pod Choinkę. Takimi prezentami mogą być litografie a wśród nich będą oszustwa jakich dopuszczają się w chwili obecnej domy aukcyjne. Nie będę gołosłowny i podam przykłady. Dodam, że życzę polskim domom aukcyjnym zdrowia, dobrych zarobków lecz również usunięcia z katalogów brudnych oszustw. Sprzedajecie śmieci w cenie złota a w najlepszym przypadku kolorowe plakaty warte być może 100 złotych.

Ciekawi mnie, czy właściciele domów aukcyjnych śpią spokojnie ze świadomością przyjmowania na aukcje i sprzedawania praktycznie bezwartościowych wydruków? Czy śpią spokojnie z wiedzą, że oszukali kolejnych klientów? Skończcie „współpracować” z osobami donoszącymi wam plakaty podpisanymi przez dzieci, wnuczków artystów lub nawet dyrektorów muzeów. Wytłoczona sucha pieczęć nie świadczy o autentyczności pracy a jedynie jest to brudny chwyt by sprzedać wspólczesny i pośmiertny wydruk na papierze za duże pieniądze. Jak widać, niektóre rodziny artystów nie maja innego sposobu na życie prócz rozmnażania tego typu bezwartościowych kopii.


Największe oszustwa litograficzne na polskim rynku z nadchodzących aukcji lub z dopiero co zakończonych:

1.Tamara Łempicka. Art in House. VII Aukcja Klasyków Współczesności. 5 listopada 2021. Portret Iry Perot, 2014, inkografia, papier, 80×125 cm

Praca wykonana w technice gouttelette, wydana przez Felix Rosentiel’s Widow & Son we współpracy z Chelsea Green Editions jako egzemplarz 27 ze 100. Potwierdzona certyfikatami obu wydawnictw oraz Museum Masters International NYC The Lempicka Estate New York, z podpisem wnuczki artystki, Victorii de Lempicka. W prawym dolnym rogu sucha pieczęć Chelsea Green Editions. Cena wywoławcza 30,000 złotych. Wycena: 45,000 – 60,000 złotych.

Podpis wnuczki artysty, technika gouttelette czyli atramentowa kopia na papierze wydrukowana przez drukarkę w 2014 roku, kilka bezwartościowych certyfikatów i bezwartościowa sucha pieczęć. Cerntyfikat WNUCZKI artystki. Za dwadzieścia lat będą funkcjonowały certyfikaty prawnuków. To wszystko Art in House wycenia na 60,000 złotych, czyli około rocznej polskiej pensji. Jest to kopia wykonana w 2014 roku!!!!. Czy Art in House działa pod wpływem narkotyków?

2. Tamara Łempicka. Andromeda. Polswissart. 19 październik 2021.

Andromeda, 1929/2018, serigrafia, papier, 98,5 x 61,5 cm ed: 163/175, p.d.: pieczęć Tamare de Lempicka Kizette de Lempicka 1998 (Praca posiada certyfikat córki artystki Baronessy Kizette de Łempickiej). Wycena 25,000 – 35,000 złotych

Kolejna serigrafia na papierze z pieczęcią i certyfikatem nieżyjącej już córki Tamary Łempickiej. Czy właściciele i pracownicy Polswissart są doprawę tacy głupi, że nie zdają sobie z tego sprawy? Odbitka z 2018 roku z pieczęcią Tamary Łempickiej, zmarłej w 1980 roku oraz pieczęcią córki, Kizette Łempickiej, zmarłej w 2001 roku. Obie potwierdzają autentycznośc po swojej śmierci? Absurd i wstyd w Polswissart.

3. Tamara Łempicka. Sopocki Dom Aukcyjny. 22 wrzesień 2021. Femme a la Colombe

serigrafia barwna, papier, 42,5 x 32,5 cm (zadruk), sucha pieczęć l.d.: TAMARA de LEMPICKA, numerowana l.d.: 151/175, p.d.: PUBLISCHED BY DK ART. PUBLISCHING INC. / PRINTED BY KOLIBRI ART STUDIO. INC. Wycena 30,000 – 40,000 złotych. Sprzedano za 50,000 złotych.

Zdumiewa mnie pazerność Sopockiego Domu Aukcyjnego. Kolejna serigrafia, czyli odbitka na papierze, sprzedana została kilka dni temu za 50,000 złotych a teraz kolejna z tej samej serii. Czy właściciele i pracownicy SDA mogą spojrzeć prosto w oczy temu kupującemu? Szokujące, ale prawdziwe.

4. Sopocki Dom Aukcyjny . Mojżesz KISLING (1891-1953). Akt

litografia barwna, papier, 58,5 × 47 cm (kompozycja), 75 × 53,5 cm (arkusz) l. d. ołówkiem: „H.C. R/25” oraz p. d.: owalny wycisk „ATELIER KISLING” i podpis ołówkiem: „Jean Kisling”. Estymacja 10,000 złotych

Jest to pośmiertna litografia, wykonana na zlecenie syna artysty, z zawodu pilota samolotowego, sygnowana właśnie przez niego nie przez Mojżesza Kislinga. Kartka papieru nosi stempel ‘Atelier Kisling’. Tego typu litografii można spotkać wiele na aukcjach francuskich każdego tygodnia z wyceną około 100 euro. W SDA wycena to 10,000 złotych, czyli ok. 2,200 euro. Oszustwo w SDA w biały dzień. We wrześniu identyczną odbitkę SDA udało sie sprzedac za 7,500 złotych. Jak raz się uda to może i drugi raz się uda.

5. Pojawiły się na aukcjach również różne odbitki prac Jerzego Dudy- Gracza sygnowane przez rodzinę (Agata Duda-Gracz). Są też odbitki prac Beksińskiego z pieczęcią Jserafin (Dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku – wyłącznego posiadacza praw autorskich do dzieł Zdzisława Beksińskiego). Jest to rozwadnianie spuścizny po artystach. Może zamiast sprzedawać po kilka tysięcy złotych ustalić cenę na np 50 – 100 złotych? To i tak dużo.


Otrzymałem w przeszłości kilka listów z Desy-Unicum, Sopockiego Domu Aukcyjnego oraz innych domów aukcyjnych i galerii. Wiem z różnych źródeł, że blog ten jest przez nich przeglądany. Otwieram zatem łamy Polish Art Corner dla Polswissat, Sopockiego Domu Aucyjnego, Art in House, Desy-Unicum i innych by przekonali mnie i czytelników do tych praktyk litograficznych. Zadziwia mnie ich milczenie bo pisałem już o tym wielokrotnie. Milczenie to tak jak przyznanie się do winy.

JD (10/03/21)



Znów niestety o przekrętach

Jesienno-zimowy sezon aukcyjnybw Polsce dopiero się rozpoczyna. Poruszam tutaj kilka przekrętów jakie snują się tam już od lat.

Nie zajmuję się przedstawianiem prac jakie pojawiają się na polskim rynku a jedynie pokazuję czasami czasami te, które są ściągane na ten rynek zza granicy. Przeglądam jednak katalogi polskich domow aukcyjnych i znajduję w nich sporo bezrozumnego działania domów na ich własną niekorzyść spowodowanego pędem do pieniędzy, z odrzuceniem rzetelności. Co gorsza jestem przekonany, że te domy aukcyjne o tym wiedzą bo w sumie pracują tam osoby inteligentne. Domyślam się jednak, że działają jedynie pod kątem własnego zarobku, gotowe na skok na kasę niezorientowanego klienta by wynicować takiego z pieniędzy oprawiając to w słowo ‘sztuka’. Kilka przykładów podaję poniżej z nadchodzących tam aukcji. Będzie mowa o nieśmiertelnych rzeźbach Igora Mitoraja, zwłaszcza Perseuszach i Asklepiosach. Żaden z polskich domów aukcyjnych nawet nie wspomni półgębkiem, że Perseusza wytłoczono we Francji 7,000 egzemplarzy a Asklepiosa 6,000 egzemplarzy. Domy milczą i wyceniają te prace do równowartości samochodu (80,000 zł, $20,000). Proszę sobie wyobrazić rzeźbę Katarzyny Kobro lub Augusta Zamoyskiego w takim nakładzie. Byłby wielki krzyk!

Inna sprawa to najróżniejsze plakaty prac Mojżesza Kislinga i Tamary Łempickiej. Pisałem o tym wielokrotnie i nadal będę pisał i ostrzegał. Te pierwsze zostały wydrukowane na zlecenie syna artysty i są wyceniane w Polsce do 10,000 złotych, choć było już i drożej. Plakatów prac Tamary Łempickiej jest również dużo a polskie domy aukcyjne kierują się sygnaturą córki lub wnuczki artystki. W tym przypadku rodzina artystki może sobie żyć spokojnie z polskiego naiwnego klienta.  Niedawno pan K. Z. w swoim dziale Offside dobitnie wyraził się o tym procederze : „jako skrajny purysta za te Wasze odbitki Kislinga nie dał bym nawet dziesięciu złotych”. Nie trzeba być purystą by zrozumieć, że jest to oszukiwanie klienta (40,000 złotych za plakat T. Łempickiej? Koń by się uśmiał). Dodam, że oczywiście potrafię odróżnić autolitografie, wykonane przez samych artystów, od tych wykonanych po ich śmierci przez nienasyconą chlebem rodzinę. Proponowałbym, aby rodzina napisała kilka wspomnień o artystach, dodała trochę fotografii, detali biograficznych. Te biografie są jednak trudne do pisania, w dodatku trzeba mieć talent do pisania zaś drukowanie plakatów jes o niebo łatwiejsze i można to zlecić drukarce.

Zastanawiam się na jakie ofiary polują pod tym kątem polskie domy aukcyjne. Chyba nie na tych, których stać na wydanie kilkuset tysięcy złotych na obraz bo oni nie kupią takiego erzatza. W tym przypadku, domy aukcyjne polują chyba na drobngo klienta, który ma maleńkie zrozumienie malarstwa i który być może chciałby zainwestować trochę pieniędzy. Wystarczy taką osobę omotać i kasa wpłynie na konto. Jest to oszustwo w białych rękawiczkachi w dodatku bezkarne. Policja w Polsce łapie oszustów działających ‘na wnuczka’ ale stroni przed łapaniem ‘na Mitoraja, Kislinga, Łempicką’, …a chyba powinna. Oceniam taki proceder jako bezczelne wyłudzanie pieniędzy.

Żyjący artyści niech sobie drukują plakaty w takich nakładach jakie chcą i niech sygnują je własnym nazwiskiem. Gorzej, gdy po śmierci malarza rodzina zaczyna sobie dorabiać w ten sposób (jak to określił p. K. Z. jest to ‘dolewanie wody do pierwszorzędnego burbona’). Tak to widzę w przypadku, Kislinga, Łempickiej, a obecnie nawet Jerzego Dudy-Gracza. Przykłady poniżej.

A może by tak polskie muzea zaczęły wydawać reprodukcje swoich zbiorów z suchą pieczęcią i certyfikatem autentyczności za 40,000 złotych (np. Dama z łasiczką, Zatruta studnia, Stańczyk, etc)? Widac tu absurd? Czyż nie jest podobnie w wymienionych przeze mnie przypadkach?

Desa Unicum, dość bezceremonialnie stara się wyłowić osobę naiwną lecz z, kasą i oferuje plakaty Mojższa Kislinga z Atelier Kisling, czyli pośmiertne rozwodnienie twórczości ojca przez syna z wyceną 7,000 – 10,000 złotych (Akt kobiety, lot 10, 22 wrzesień, 2021). Jest też tańsza Cyganka tegoż malarza i tegoż Atelier (lot 9, 3,000 – 4,000 zł). To tak jak sprzedawanie akcji Brooklyn Bridge.

Mojżesz Kisling. Akt kobiety. Atelier Kisling. XLII/L. Źródło: Desa Unicum. Aukcja 22 wrzesień 2021, lot 10. Wycena 7,000 – 10,000 złotych

Z kolei Sopocki Dom Aukcyjny sprzedaje Asklepiosa (lot 1) na aukcji 22 września 2021 w Warszawie za cenę wyjściową 35,000 zł lecz wycena to już 60,000 – 80,000 złotych. Praca jest oznaczona symbolem C383 co oznacza, że jest egzemplarz 4,383 sposród 7,000 wyprodukowanych (pierwszy tysiąc nie miał numeracji, potem każdy następny tysiąc nosił literową numerację A, B, C, D, E).

Igor Mitoraj. Asklepios. C383. Źródło: SDA. Aukcja 22 września 2021. Lot #1. Wycena 60,000 – 80,000 złotych

Asklepios nie był do tej pory wyceniany nigdzie tak wysoko, choć dwa lata temu zdarzały sie wyceny do 40,000 złotych. Myślę, że na Gwiazdkę będą już nam oferowali te same rzeźby z wyceną 100,000 złotych. Kto nie wierzy ten niech poczeka na szał grudniowy.

Tamara Łempicka. Femme a la Colombe. 151/175. Źródło: Sopocki Dom Aukcyjny, lot #6. Aukcja 22 września 2021. Wycena 30,000 – 40,000 złotych.

Podobnie ta sama firma, czyli SDA dostała amoku z plakatem Tamary Łempickiej i jej serigrafią Femme a la Colombe (serigrafia barwna, papier, 50 x 60 cm (zadruk), sucha pieczęć l.d.: TAMARA de LEMPICKA, numerowana l.d.: 151/175, p.d.: PUBLISCHED BY DK ART. PUBLISCHING INC. / PRINTED BY KOLIBRI ART STUDIO. INC). Została ta litografia wyceniona na 30,000 – 40,000 złotych (cena wyjściowa 20,000 złotych). Płaci się tutaj za bezwartościowy certfikat nieżyjącej już córki artystki, która najwyraźniej kiedyś znalazła sposób na (leniwe) życie drukując prace matki, opatrując je swoim autografem.

Polski dom aukcyjny Black Art sprzedaje Asklepiosa i Perseusza z ceną wyjściowa 38,000 zł i wyceną 60,000 – 75,000 zł. Aukcja 16 września 2021.

Jerzy Duda-Gracz. Marzenie chłopca. 3/20. Źródło: Black Art. Lot #27. Aukcja 16 września 2021. Wycena 2,300 – 3,200 złotych

Pojawiły się również w Black Art wydruki prac Jerzego Dudy-Gracza opatrzone znakiem ‘Copyright’ i opisie ‘druk Digigraphie z certyfikatem autentyczności Epson’ i z pieczęcią ’archiwum kolekcji Jerzego Dudy Gracza’ oraz sygnaturą ręczną Agaty Dudy-Gracz. Cena wyjściowa 1,700 złotych a estymacja 2,300 – 3,200 zł. Nakład 20 sztuk. Na razie nieduży nakład i stosunkowo niska cena lecz wygląda to jedynie na sondowanie rynku. Dodam od siebie, że certfikat autentyczności Epson oznacza, że wydrukowano te plakaty na określonym wybranym papierze, na drukarce firmy Epson wyposażonej w atrament tej firmy. W sumie ta nazwa Digigraphie śmiechu nie warta. Proszę sobie obejrzeć cenniki wydruków: http://wydrukfoto.pl/cennik/cennik-wydrukow-fine-art/ i zorientować się, że gotowi są tam powielać cokolwiek za jedyne 300 złotych/m2 wydrukowanej powierzchni.

Te wszyskie prace jakie wymieniam widziałbym raczej w dawnym MPiKU a nie w obecej galerii lub domu aukcyjnym.

Tych kilka powyższych przykładów objąłbym wspólnym mianownikiem ‘TURD POLISHING’. Proszę sobie samemu przetłumaczyć. Przekonany jestem, że ciąg dalszy wkrótce nastąpi.

(09/06/21)

Komentarz czytelnika:

Witam,

Od kilku lat jestem czytelnikiem Pańskiego bloga i z ogromną ciekawością czytam artykuły na temat ogólnych problemów rynku sztuki w Polsce jakie zgłaszają kolekcjonerzy/pasjonaci , jak również Pan prowadzący bloga.

Pyta Pan czemu żaden z domów aukcyjnych nie chcę się wypowiedzieć na temat zarzutów  o których można przeczytać na blogu? Odpowiedz jest prosta – ciężko jest polemizować z oszustwami jakich podejmują się domy aukcyjne, ostatni artykuł pokazuje to dobitnie czarno na białym- kto co i za ile sprzedał/sprzedaje – tu nie ma się jak obronić. Nie ma znaczenia , że nawet sygnatura nie taka – zawsze się znajdzie jakiś Jeleń , któremu można wmówić ,że jest to świetna inwestycja. Początkujący kolekcjoner ulegnie sugestii wielkiego domu aukcyjnego – patrona moralnego, mecenasa sztuki – ludzie uwierzyli w AMBER GOLD tak jak wierzą w nieskazitelność DESY.

To jest tylko kropla w morzu hipokryzji , która jest po części ujawniana na łamach Pańskiego bloga i tylko Pańskiego bloga. Co jakiś czas w artykułach Pana Miliszkiewicza można przeczytać o windowaniu cen , jak również o wycenach litografii podpisanych przez dzieci lub wnuków artysty – które zapewne powstały już po jego śmierci.

Pan K.Z napisał bardzo ważne zdanie w artykule o Litografiach, którym powinien kierować się każdy szanujący się kolekcjoner: ,,czy odbitka nosi podpis syna czy sąsiada nie ma znaczenia – to nie jest dla mnie autentyk ” – AMEN !

Całe te grono wspaniałych ekspertów sztuki pracujących dla największych domów aukcyjnych jest umoczona w tym procederze. Naciągają klientów z pełną świadomością,  brak jakichkolwiek skrupułów – o moralności już nie wspomnę. Jestem ciekaw czy mogą jeszcze na siebie spoglądać w lustro. Jak to śpiewał wokalista DZEMU-Ryszard Riedel ,, Zawsze warto być człowiekiem . Choć tak łatwo zejść na psy”. Dzisiaj pewnie by zaśpiewał ,, Bo tak trudno być człowiekiem , a tak łatwo zejść na psy”

Każdy kolekcjoner w Polsce, który ceni własne pieniądze nigdy nic tam nie kupi, co najwyżej sprzeda , żeby dobrze zarobić.  Sztuka ma to do siebie , że wciąga i poszerza horyzonty – prędzej czy później dotrze do nich  , że zakup jakiego dokonali to jakaś farsa i co wtedy?

Pozdrawiam, J.W

09/08/21



O autentyczności prac i ekspertyzach oczami właściciela antykwariatu

(…) Wydaje mi się, że ta korespondencja oraz Pański/Pani blog dają asumpt do poruszenia bardzo istotnego problemu na polskim, (i nie tylko) rynku sztuki, (ten polski to bardziej: ryneczek).

W mojej pracy, poświęcam na dokładne oględziny i analizę dzieła kilka godzin – do kilkunastu dni – spoglądam na nie codziennie i pracuję. Czasami czuję się trochę jak ojciec Maxa Bauma z Ziemi Obiecanej… Gdy tymczasem w domach aukcyjnych oględziny pracy zajmują kilka minut a czasem kilkanaście sekund, decydujących o przyjęciu lub odrzuceniu obrazu. Co istotne, nie mówię tutaj o ewidentnych, naiwnych falsyfikatach, tworzonych przez prostych ludzi, którzy zwyczajnie nie wiedzą, że “malować, to trzeba umieć”, że zacytuję nieodżałowanego Bogusława Szefera. Problem jest jednak poważny, ponieważ kiedy taki obraz zostaje “opluty”, bez żadnego uzasadnienia, o jakiejkolwiek analizie nie wspominając, jego los jest raczej przesądzony – ląduje za grosze w altance na działce lub skazany jest na jakąś inną śmierć…  jeżeli to pomnożyć przez ilość odrzucanych obrazów, to proszę sobie wyobrazić skutki dla dziedzictwa materialnego… pomijając narażenie wielu ludzi na wielkie straty.

Nie ma nieomylnych biegłych, tak jak nie ma nieomylnych ludzi… 

W naszej dziedzinie mamy zasadniczy problem natury epistemologicznej – wzajemną nieprzekładalność mediów. Obraz nigdy nie będzie możliwy do opisania werbalnego w 100, a być może nawet 1 procencie, (tego nie da się zbadać). Po drugie, jeżeli biegły nie dysponuje wiarygodną proweniencją, to musi pamiętać – a zazwyczaj nie pamięta – o tym, że każdy obraz, ( na przykład Olejny malowany na płótnie), jest jednym, jedynym egzemplarzem na świecie!!! zapisem jednej chwili w życiu artysty, będącego w określonym nigdy w 100% niepowtarzalnym momencie i kontekście. Biegli zwłaszcza ci, którzy mocno wierzą w swoją nieomylność, traktują artystę jak maszynę, która może działać tylko w określony i skatalogowany, (przez nich!), sposób. Świadczy to o braku szacunku do sztuki, do artysty i chyba do samego siebie?… Bo mit o możliwości stwierdzenia, autentyczności, chociażby: sygnatury artysty, po pół minutowych oględzinach jest , moim zdaniem, jest właśnie rozpaczliwą próbą odbudowania szacunku do samego siebie.

Dlatego też nie wypowiem się ostatecznie o żadnym dziele bez bezpośrednich jego oględzin. Pamiętam też, że moja opinia jest “ostateczna” tylko w cudzysłowiu, gdyż nie ma opinii ostatetcznych, o czym powinni pamiętać wszyscy zainteresowani.

Przepraszam za tę, nieco przydługą, epistołę ale może zainteresuje Panią/Pana to stanowisko. Ciekaw jestem Pańskiej/Pańskiego zdanie.

Mój antykwariat funkcjonuje niezmiennie od 36 lat i w tym czasie miałem zaszczyt poznać wielu historyków sztuki, których opinie, pomimo dorobku naukowego, są dziś kwestionowane przez ludzi, którzy takim dorobkiem pochwalić się nie mogą. Są wyrobnikami, za którymi stoją duże pieniądze, więc czują się bezkarni. To psuje rynek. Poza tym wyraźnie zaznaczyłem, że nie chodzi o falsyfikaty naiwne, które odrzucić można po dwu minutach. 

Jeżeli czytam w “ekspertyzie” negatywną opinię na temat sygnatury, zawartą w jednym zdaniu, to traktuję to jako oszustwo. Zlecam ekspertyzę grafologowi sądowemu, wyspecjalizowanemu w dziedzinie sygnatur  artystów i po dwóch miesiącach otrzymuję ekspertyzę na 13 stron opracowaną przez zespół naukowców, z której jednoznacznie wynika, że grafizm jakim jest badana sygnatura został wykonany przez tego konkretnego artystę. Co wtedy?…

Serdecznie pozdrawiam

S.C.

09/01/21



Nowe wątki: eksperci, doradztwo, gdzie kupować: w galeriach czy w domach aukcyjnych.

Dzień dobry, 

jak zawsze trafny tekst Pana Janusza Miliszkiewicza, którego opinie osobiście bardzo cenię. 

Na początek chciałabym podać przykład sprzed 100 lat. Według mnie,  nic się nie zmieniło z biegiem lat.  

Po zakończeniu wojny domowej Stany Zjednoczone stały się pierwszym dużym pozaeuropejskim centrum popytu. Wcześni amerykańscy przemysłowcy – „baronowie rabusiów” – budowali rezydencje naśladujące Wersal i kupowali europejską sztukę, starą i nową, na ponadrynkowym poziomie, czego kulminacją było przejęcie przez amerykańskiego dealera Jamesa F. Suttona Millet’s Angelus podczas wyprzedaży Secrétan w 1889 roku za ponad pół miliona franków, a w 1911 r. w zakupie przez Petera AB Widenera z Anglii The Mill Rembrandta za tę samą kwotę w dolarach.

Po drugie zwrócić uwagę na kilka kwestii, a dokładnie na strukturę rynku. Nie mam na myśli rynek pierwotny i wtórny. 

Polski rynek kręci się na ogół wokół domów aukcyjnych, które de facto zajęły pierwsze miejsce na piedestale handlu dziełami sztuki. A gdzie są inne gracze? Patrząc na rozwinięte rynki , m.in. w Stanach oraz Zachodniej Europy , brakuje w Polsce niezależnych i to podkreślam, niezależnych doradców, ekspertów, którzy mogą pomóc kupującemu na przykład  w racjonalnej wycenie dzieła sztuki lub zwrócić uwagę na warsztat, pozycjonowanie dzieła w dorobku artysty,  itp. Dlaczego obecni marszandzi z klasą i wiedzą, a jest ich o wiele za mało,  nie są w stanie przekonać kupującego że zakup w galerii jest tak samo dobry (a nawet lepszy) od licytacji w domach aukcyjnych?

Dla mnie jest nonsensem kierowanie się wyłącznie opinią pracownika domu aukcyjnego przy zakupie obiektu na aukcji. Przecież jego obowiązkiem jest jak największa ilość sprzedanych prac. Znam kilku, którzy potrafią powiedzieć kupującemu, że nie warto kupować dzieła z aukcji, ale to są nieliczni.  

Dotknęłam kropli w morzu pytań, niejasności, jakie budzą te lub inne działania na rynku dzieł sztuki, a raczej ich brak. 

Dopóki rynek nie zostanie bardziej rozbudowany, dzięki nowym podmiotom – nowym specjalizacjom, nie złapie minimalnego balansu, wciąż będzie dużo pytań, budzących wątpliwości transakcji…

Pozdrawiam. 

OB

(08/25/21)



Olej Zygmunta Sidorowicza – moje wątpliwości.

21 sierpnia a aukcji w Sopockim Domu Aukcyjnym będzie licytowany obraz Zygmunta Sidorowicza pt „Pejzaż z chatami”, olej na płótnie, wymiary 22,4 x 44 cm. Obraz opisany jest w katalogu jako mający ‘nieczytelny napis’ w lewym dolnym rogu (chyba mowa o synaturze?) oraz kilka nalepek z tyłu, włączywszy jedną z Monachium (ramiarza?). Cena wywoławcza to 27,000 złotych a wycena 40,000 – 50,000 złotych może odzwierciedlać zagraniczną cenę za atrakcyjna pracę tego malarza.

Zygmunt Sidorowicz. Pejzaż z chatami. Źródło: Sopocki Dom Aukcyjny

Na podstawie danych z artinfo.pl naliczyłem, że jest to już chyba siódma sprzedaż lub próba sprzedaży tej pracy na polskim rynku od 2018 roku. Nie mam subskrypcji na artinfo.pl i jedynie podaję informacje jakie zdołałem wyszukać w sieci: w 2020 roku (6 czerwca) został sprzedany w krakowskim Polskim Domu Aukcyjnym Śladowskiego za 14,000 złotych, przy wycenie 15,000 – 18,000 złotych, a dwa lata wcześniej (6 marca 2018 roku) był na aukcji w Polswissart z ceną wyjściową 15,000 złotych i z wyceną 18,000 – 20,000 złotych i spadł. W 2021 roku był już dwukrotnie na aukcjach w Polsce, choć trudno jest mi zlokalizować miejsce, prawdopodobnie w SDA, (17 stycznia i 8 maja, 2021) – na aukcji styczniowej podana jest przez Onebid cena wywoławcza 7,701 euro (zmieniają tam złotówki na euro), czyli około 35,000 złotych. Daje się w sumie zauważyć wyraźny wzrost ceny tego obrazu, sprzedanego rok temu(!) za ‘marne’ 14,000 złotych. Co będzie za kolejny rok? Odpowiedź kąśliwa jest prosta: w takim tempie wycena dojdzie do 100,000 złotych by zadowolić zarobki domów aukcyjnych, bo chyba nie klientów.

Piszę jednak w innej sprawie bo gdybym miał pisać o wycenach to musiałbym zmienić profil blogu. Niepokoi mnie, że tę pracę przypisano Zygmuntowi Sidorowiczowi. Dodam w tym miejscu, że według jednego z opisów katalogowych „Pejzaż z chatami” posiada poświadczenie autentyczności p. Adama Konopackiego, historyka sztuki z Warszawy, właściciela firmy ART Konsultant, zajmującej się badaniem autentyczności obrazów i antyków oraz ich wyceną. Jest to chyba jedyna firma podchodząca poważnie do oceny i wyceny antyków. Chylę czoła przed tą firmą mającą wielkie uznanie na rynku od ok 1990 roku…i w dodatku podobno mającą ubezpieczenia OC na wypadek nietrafności ekspertyzy. Innymi słowy, domy aukcyjne mogą polegać na ekspertyzach ART Konsultant a ewentualne kaprysy i wątpliwości kupujących będą kierowały do p. Konopackiego i jest to idealna dla nich sytuacja.

Ja mam prawo mieć odmienne zdanie odnośnie autentyczności tej pracy i z tym tutaj wychodzę. Praca ta, wg. opisu katalogowego, posiada jakąś szczątkową sygnaturę, określoną przez SDA jako ‘napis’. Sidorowicz sygnował swoje oleje niezwykle dokładnie i dość grubo nieco kwadratowymi literami swojego nazwiska, rzadziej kursywą. Dodawał też często datę powstania pracy. Jednak, nie sygnatura a sam obraz i temat ma świadczyć o autentyczności. Uważam, że olejowi brakuje tutaj charakteru pejzaży Zygmunta Sidorowicza. Artysta malował pejzaże bardzo nastrojowe (stimmungowe) na których był zarejstrowany często moment końca dnia z chmurami zasłaniającymi słońce i równocześnie partiami czystego nieba dla podkreślenie efektu słońca, srebrzystością delikatnej mgły świadczącej o wilgoci, obecnością drobnego sztafarzu nie wypychającego się jednak z pejzażu na pierwszy plan.

Co widzę patrząc na tę pracęz aukcji w SDA? Jest to dla mnie dość pospolity landszaft z dwiema chatami i osobą idącą polną droga. Architektura chat nie wygląda na polską, choć to może być w porządku bo Sidorowicz koniec życia spędził w Austrii i Niemczech. Tak ciężkich, wielkich i koszmarnych chat nie ma na pracach Sidorowicza (proszę popatrzeć na inne prace Sidorowicza by zobaczyć jakie chaty malował!). Niebo jest całkowicie zachmurzone a chmur takich monotonnych i nudnych nie widziałem na jego płótnach. Brakuje jakiejkolwiek romantyczności, zadumy nad naturą, podkreślenia wielkości i ważności krajobrazu jako podmiotu. Tematem tej pracy są te dwie chłopskie chaty a na dodatek z komina jednej z nich widzimy ten nieszczęsny kręcący się dymek. Malarz nie zapomniał o plamce światełka (chyba lampy lub świecy) w oknie jednej z chat, sugerując w ten sposób zmierzch dnia. Przyroda na tej pracy nie gra a jedynie grają nienaturalnie ciężkie chaty. Kąśliwie: jedyna zaletą tej pracy jest jej niezła rama:

Może p. Konopacki miał rację a może jej nie miał. Trudno jest mi spierać się z osobą majacą, wykształcenie historyczne, o niebo większą wiedzę i doświadczenie ode mnie i to w dodatku gdy ja oceniam patrząc jedynie na fotografię gdy on miał tę pracę w swoim ręku. Moim zdaniem, tej pracy jednak nie namalował Zygmunt Sidorowicz. Pal sześć brak sygnatury, która mogła zostać uszkodzona przy zmywaniu starego werniksu – nie widzę ducha artysty w pracy, bardzo subtelnego i potrafiącego wydobyć z krajobrazu strzeliste drzewa, mokradła, prześwit słońca zza chmur a nie chaty z dymkiem z komina. Taki obraz jak ten za aukcji mógł namalować niejeden europejski (niemiecki?) landszaftysta i tam moim zdaniem należy szukać autorstwa tej pracy. Czytelnikom radzę popatrzeć na prace Zygmunta Sidorowicza na portalach muzeów, niektórych portalach sztuki (http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Sidorowicz/Index.htm , http://artyzm.com/artysta.php?id=606 ), nawet na łamach tego blogu (https://polishartcorner.com/category/sidorowicz-zygmunt/) etc., by wyostrzyć sobie oko do jego malarstwa. Najlepiej obejrzeć je na żywo w muzeum…lub ewentualnie tak jak ja to robię czyli u kolegi ścianie.

Nic w tym złego by kolekcjonowac nietypowe prace konkretnego malarza ale trzeba mieć jednak pewność, że wyszły spod jego pędzla. Zainteresowanie tą pracą z jest chyba żadne, skoro po raz siódmy jest ona wrzucana na rynek jak gorący kartofel. Mimo to, od poprzedniego roku jej wycena wzrosła już dwukrotnie. Podsumowując, ktokolwiek kupi ten pejzaż to po jakim czasie będzie miał wątpliwości, straci do niego serce i …wstawi na aukcję.

Sopocki Dom Aukcyjny wpadł moim zdaniem we własne sidła chęci sprzedaży i zarobku, opierając się na certyfikacie p. Konopackiego. Nie znam ekspertów SDA ale chętnie opublikowałbym ICH rzeczową ocenę tej pracy jak również fotokopię tego certyfikatu z ART Konsultant. Czy ktoś jest w stanie rozpoznać rękę Sidorowicza na tym oleju nie znając opinii p. Konopackiego? Proszę o szczerą odpowiedź.

Poniżej, charakterystyka malarstwa Zygmunta Sidorowicza ze Słownika Artystów Polskich.

(08/14/21)

Obraz sprzedano za wyjściowe 27,000 złotych. (08/21/21)



Wątpliwy (bardzo) obraz Władysława Szernera na aukcji w Sopockim Domu Aukcyjnym

Na nadchodzącej aukcji w Sopockim Domu Aukcyjnym zauważyłem bardzo wątpliwą pracę przypisaną Władysławowi Szernerowi przez ekspertów tego domu (lot 56, aukcja 21 sierpnia 2021), https://www.sda.pl/aukcja/obiekty/wladyslaw-szerner-pejzaz-wiejski,34520,pl . Właściciele i eksperci tej firmy dopatrzyli się w tej pracy ręki naszego monachijczyka jak też wyraźnie napisali o sygnaturze położonej w lewym dolnym rogu ‘Władysław Szerner’, chyba czytelnej skoro mamy pełne imię i nazwisko

Władysław Szerner. Pejzaż wiejski. olej, płótno naklejone na tekturę, 37 × 58 cm w świetle ramy, sygn. l. d.: „Władysław Szerner”. Źródło: katalog Sopockiego Domu Aukcyjnego

Cena wywoławcza tego obrazu to 20,000 złotych (ok. $5,000) a estymacja jest aż trzykrotnie wyższa (40,000 – 60,000 złotych, ok $10,000 – 15,000).

Ciekawi mnie skąd ta pewność wybitnych ekspertów Sopockiego Domu Aukcyjnego, że to jest praca Władysława Szernera? Gratuluję sokolego wzroku przy odczytaniu PEŁNEJ sygnatury tej pracy, czyli raz jeszcze powtarzam ‘Władysław Szerner” w lewym dolnym rogu.

Obejrzałem dokładnie fotografię tej pracy i nasunęło mi się kilka spostrzeżeń. Praca ta jest czystym pejzażem, niezłym pejzażem, dobrze namalowanym pejzażem ale trudno znaleźć w nim ducha Władysława Szernera, który dodawał zwykle wojaka (towarzysza pancernego, Kozaka, ect) na koniu, z koniem, pieskiem, etc i były to zwyke scenki rodzajowe. Nie oznacza to oczywiście, że nie mógł malarz namalować pracy bez sztafarzu bo mógł. Myślę, że w przypadku tak stosunkowo wysokiej ceny za nietypową pracę dom aukcyjny winien coś napisać o proweniencji pracy. Jednak …ani słowa w katalogu. Myślę rownież, w tym przypadku dom aukcyny powninien pokazać na osobnym zdjęciu PEŁNĄ sygnaturę, tę z lewego dolnego rogu. Władysław Szerner zwykle śmiało kładł zawijaną sygnaturę swojego imienia i nazwiska. Przyglądałem się katalogowej fotografii ale ani rusz nie potrafiłem odczytać tej sygnatury. Co innego sokole oczy ich ekspertów, którzy bezwarunkowo ją odczytali a chyba również na tej podstawie przypisali pracę temu malarzowi.

Do czego dążę? Chcę wykazać, że Sopcki Dom Aukcyjny puścił bąka w przypadku tej pracy. Jeśli eksperci nie zapytali skąd obraz pochodzi to wypada im podać te informacje na tacy a także dodatkowe fotografie by przełknęli tę żabę.

Obraz ten pochodzi z niemieckiego ebay, gdzie był wystawiony około kwietnia z ceną 280 euro i można było ten obraz kupić za tę cenę. Sprzedający sugerował, że może to być praca Władysława Szernera (atribution). Do pracy było dołączonych szereg fotografii jakie otrzymałem dzięki uprzejmości czytelnika z którym korespondowałem na ten temat w owym czasie.

Obraz w ramie. Źródło: niemieckie ebay

Podaję poniżej fotografię ze SZCZĄTKOWĄ sygnaturą (fotografia jest kwietniowa z ebay, proszę nacisnąć na nią by powiększyć) na której trudno doszukać się pełnego imienia, nie mówiąc o jakiś literach nazwiska malarza. Zatem, jeśli obraz obecnie posiada PEŁNĄ sygnaturę to ktoś ją dodał. [- – – -]. Chciałbym obejrzeć tę sygnaturę taką jaka obecnie jest na tej pracy by ją porównać do tej kwietniowej. Jeśli jest identyczna, bez majstrowania, to kapelusz z głowy, sygnatury nie uzupełniono. Wtedy, raz jeszcze przekażę wyrazy głębokiego uznania ekspertom (ciekawi mnie jego/jej nazwisko) z SDA za jej pełne odczytanie. Jeśli natomiast obecna sygnatura jest odmienna to SDA winno podać jakieś wyjaśnienia.

Sygnatura. Źródło: niemieckie ebay

Inną sprawą jest oczywiście wycena tej pracy. SDA zajmuje trzecie miejsce w rankingu obrotów na polskim rynku aukcyjnym. Nie da się ukryć, że ten dom aukcyjny również posiada najwyższej klasy wyceniaczy prac malarskich. 60,000 złotych to sporo pieniędzy i duży tupet by bez wyjaśnień tak wyceniać. Wg mnie jest to scam. Gdy ktoś naciągnie nas ‘ na wnuczka’ czy ‘na policjanta’ to można zgłosić sprawę na policji. Scam ‘na Władysława Szernera’ ujdzie bezkanie – na razie nie ma poszkodowanych i może nie będzie też w przyszłości. Skok na kasę chyba się nie uda.

Hokus-pokus w SDA: z 280 euro (1,300 złotych) powstaje 13,100 euro (60,000 złotych). Magic!

Myślę, że trzeba czekać teraz na odpowiedź z SDA.

08/06/21

...i odpowiedź z Sopockiego Domu Aukcyjnego

Załaczam poniżej w całości list jaki dzisiaj otrzymałem z Sopockiego Domu Aukcyjnego:

Szanowny Panie,

W nawiązaniu do Pańskiego wpisu na blogu, dotyczącego obrazu Władysława Szernera, który znalazł się w ofercie aukcji Dzieł Sztuki, przesyłam zdjęcia obrazu, oraz zdjęcia z ujęciem samej sygnatury.

Zdjęcia są wykonane pod różnym kątem (nasz fotograf zrobił również ujęcie sygnatury na wprost, podobnie jak zamieszczone w Pańskim wpisie zdjęcie z ebay – na którym sygnatura jest najmniej czytelna).

Przesyłam Panu również zdjęcia w świetle UV, na którym wyraźnie widać, że w obrębie sygnatury nie ma widocznych żadnych przemalowywań.

Każda z prac, która do nas trafia podlega weryfikacji naszych ekspertów, zarówno merytorycznych jak i konserwatorów. Jeżeli pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości, dana praca nie zostaje przyjęta do naszej oferty. W przypadku obrazu Szernera wszystkie kwestie, w tym temat sygnatury, zostały wnikliwie przeanalizowane.

Sugestia, że Sopocki Dom Aukcyjny dopisuje sygnaturę do obrazu jest niedopuszczalna i uderza w nasze dobre imię.

Proszę więc o sprostowanie lub wyjaśnienie, iż praca ta została dokładnie zweryfikowana przez SDA i ponosimy pełną odpowiedzialność za jej autentyczność.

W przyszłości, jeżeli będzie miał Pan wątpliwości względem naszej oferty, bardzo proszę o wcześniejszy kontakt.

Z poważaniem,

M. K.

Sopocki Dom Aukcyjny

(adres i email)

Otrzymałem w sumie 8 fotografii o rozdzielczości ok. 4 MB każda i przedstawiam te, które coś nowego wnoszą: a) fotografia obrazu po lampą UV, b) fotografia sygnatury pod lampą UV (została jedynie wycięta z większej fotografii dla przejrzystości, lecz bez zmiejszania rodzielczości), c) fotografia sygnatury ‘na wprost’, d) fotografia sygnatury pod kątem. Pozostałe fotografie niewiele więcej wnosiły do sprawy i ich nie załączam, choć za nie dziękuję. Każdą z fotografii można powiększyć, naciskając na nią myszką.

Obraz pod lampą UV. Źródło: SDA
Sygnatura ‘na wprost’. Źródło: SDA
Sygnatura pod kątem. Źródło: SDA
Sygnatura pod lampą UV. Źródło: SDA

Przyznam, że dostarczona fotografia z sygnaturą na wprost jest bardziej czytelna od tej z ebay, widać na niej większość liter, zwłąszcza nazwiska. Jak jest na fotografii z ebay to każdy może popatrzeć. Spora rozbieżność i nie potrafię sobie wytłumaczyć dlaczego tak duża rozbieżność. Fotografia pod kątem przedstawia pełną sygnaturę Władysława Szernera z, moim zdaniem, jego wczesnych prac. Pod lampą UV ta sygnatura nadal budzi moje wątpliwości: brąz niektórych liter imienia oraz praktycznie niebieskie (być może) litery nazwiska.

Podsumowując, podtrzymuję swoje stanowisko, że obraz jest dobrze namalowany lecz moje wątpliwości pozostają. Fotografia przesłanej mi sygnatury, zwłaszcza ta ‘pod kątem’ jest czytelna, lecz porównanie z tą z ebay prowadzi do dylematu: nie potrafię zrozumieć, dlaczego sprzedawca nie zdecydował się na wykonanie czytelnej fotografii, tj. dlaczego działał na swoją niekorzyść. Tematyka obrazu odbiega od znanych mi prac Władysława Szernera. Wycena tak nietypowej pracy (60,000 złotych), zakładając nawet Władysława Szernera (z czym się nie zgadzam) jest bezwstydna i nie ma w niej moim zdaniem żadnego rynkowego uzasadnienia.

Zgodnie z życzeniem SDA pokreślam fragment ich listu: Proszę więc o sprostowanie lub wyjaśnienie, iż praca ta została dokładnie zweryfikowana przez SDA i ponosimy pełną odpowiedzialność za jej autentyczność.

Ja pozostanę jednak przy swoich wątpliwościach. Skreśliłem z orginalnego swojego tekstu jedno zdanie bo rzeczywiście może to być uznane przez Wysoki Sąd za szkodliwe dla wizerunku SDA.

PS. Jeśli ktoś z czytelników chciałby wyrazić swoją opinię to łamy blogu są otwarte.

(08/09/21)

PS2. List z SDA opublikowałem w całości i nie miał on żadnych żadnych zastrzeżeń odnośnie możliwości lub niemożliości jego opublikowania. W przyszłości, proszę autorów korespondencji o wyraźne zaznaczenie czy list można opublikować czy też nie.

Obrazu nie sprzedano (08/21/21)



Jean Lambert-Rucki i ‘jego’ ULICA (RUE) w Desie-Unicum

Do napisania słów kilka na temat tej pracy skłonił mnie czytelnik swoją uwagą o wysokiej wycenie (40,000 – 60,000 złotych) małego obrazu Jeana Lambert-Ruckiego pt. Ulica (Rue), jaki pojawił się w Desie-Unicum na aukcji 25 sierpnia 2021 (lot 4314). Obraz rzeczywiście jest mały i drogi za to bajecznie kolorowy i w bajecznym stylu kubisycznym. Tyle, że pewnie nie jest to praca Jeana Lambert-Ruckiego lecz wyraźnie jego ‘Atelier’ o czym jest napisane na odwrociu pracy, być może wykonanaej przez jego córkę, Marę Rucką. Sugeruje to m.in. francuski eskpert Marc Ottavi oraz przestrzega również p. Krzysztof Zagrodzki w swojej recenzji książki o tym malarzu. O tym wszystkim niedawno pisałem na blogu: https://polishartcorner.com/2021/06/29/jean-lambert-rucki-1888-1967-65/.

Wolny rynek w Polsce zapewnia wolność domom aukcyjnym dyktowania (do)wolnych cen i to jest w zasadzie w porządku, bo nikt nikogo nie zmusza do kupowania. Jestem przekonany, że żaden z ‘rasowych’ kolekcjonerów tego obrazu nie kupi a zatem pozostanie klient przypadkowy, którego ktoś przekona, że to dobraz okazja, ewentualnie spodoba mu się ta praca bez niczyjego przymusu (‘nikt nie zadowolony ze swojej fortuny lecz każdy jest zadowolony ze swojego rozumu’). Taki klient to doprawdę skarb dla domu aukcyjnego bo kupi i pewnie nie odda z pretensją bo będzie się wstydził swojej naiwności i braku wiedzy. 40,000 lub 60,000 złotych to spora suma w Polsce. Trzeba nie mieć żadnych skrupułów moralnych by tak wyceniać. Kiedyś już raz napisałem i powtarzam teraz, że polskie domy auckyjne mają najlepszych na świecie wyceniaczy.  Tak wyceniac nikt lepiej nie potrafi! Szaleństwo bez kaftana bezpieczeństwa.

Pozostaje zatem do rozważenia, czy taka podpucha jest moralnie dopuszczalna. Odpowiedź zależy od tego czy patrzymy oczami Desy czy też nieświadomego pułapki klienta. Pułapka została zastawiona ale jeszcze nie wiadomo jeszcze jaka będzie cena wyjściowa lub cena za jaką dom aukcyjny zgdzi się ją sprzedać. Muszę dodać w tym momencie, że jednak nie wszystko jest koszerne w opisie tej pracy. Wydawałoby się, że należałoby to słowo ‘Atelier’ umieścić przy nazwisku malarza a nie przy opisie odwrocia deski. Wtedy byłoby wszystko w porządku. Zatem, element ukrycia prawdy (wybrakowania) mamy w opisie tego ‘towaru’ aukcyjnego.

Ile ten obraz może kosztować? Jeśli pogrzebać, to onajdziemy, że Desa-Unicum sprzedała go niedawno, bo 20 grudnia 2020 za 40,000 złotych (lot 49). Dlaczego zatem obraz jest po raz drugi na aukcji po tak krótkim czasie? Czy tamta zarejestrowana sprzedaż była fikcją czy też klient zwrócił pracę? Przydałaby się przejrzystość. https://desa.pl/pl/archiwalne-aukcje-dziel-sztuki/sztuka-dawna-xix-wiek-modernizm-miedzywojnie-kvy4/jean-lambert-rucki/i5ut/?fsearch=1

Na zakończenie dodam, że eksperci Desy-Unicum mogą mieć rację, że ten kubistyczny pejzaż uliczny wykonał Jean-Lambert-Rucki bo mogą mieć na to niezaprzeczalne dowody, których nie znamy. Zatem…proszę je przedstawić by zamknąć mi gębę oraz p. Ottaviemu i Zagrodzkiemu! Miejsce na blogu zawsze się znajdzie na odpowiedź.

PS. Obraz jest oprawiony w niezłą ramę a ta jest pomalowana z tyłu na brązowo, być może w ten sposób kolor sugeruje starość z jej oksydowania czynnikami atmosferycznymi od 1924 roku. Może jednak została pomalowana by ładniej wyglądała?

08/05/21

Ktoś (sucer) zdecydował się zapłacić 38,000 złotych za tę pracę nie-Lamberta-Ruckiego. Desa górą! (08/25/21)



Kolejny fałszywy obraz na aukcji warszawskiej Desy-Unicum. Fałszywy obraz ŻYJĄCEGO polskiego malarza na aukcji DESY.

Kolejny raz warszawska Desa Unicum wprowadziała na swoją aukcję falsyfikat. Tym razem był to obraz żyjącego malarza Leona Tarasewicza. Obraz pojawił się na aukcjiw dniu 29 czerwca 2021 roku Sztuka Współczesna. Klasycy Awangardy po 1945. Trudno go odszukać na stronach Desy w jej wyszukiwarce a wygląda, że i artinfo.pl również go usunęło (lot 22). Pozostał jednak katalog w którym odnalazłem ten obraz pod numerem 22 (LEON TARASEWICZ 1957 Bez tytułu, 2019 akryl/płótno, 50 x 50 cm sygnowany, datowany i opisany na odwrociu: ‘L. Tarasewicz 2019 | Acrylic on canvas | 50 x 50’ estymacja: 20 000 – 30 000 PLN 4 500 – 6 800 EUR).

Leon Tarasewicz. Falsyfikat na aukcji Desy Unicum w dniu 29 czerwca 2021

Jak do tego dochodzi, że tak ‘renomowany’ dom aukcyjny, #1 odnośnie sprzedaży w Polsce, nie zapytał żyjącego malarza by ten potwierdził autentyczność swojej pracy? Widzę dużą nieudolność pracowników Desy i chyba braki w wykształceniu ich ‘ekspertów’. Jedyni eksperci to ci, którzy wprowadzają w szaleńczym tempie kolejne obrazy na aukcje, aukcje które odbywają się w amoku już dwa razy w ciągu dnia. Nic dziwnego, że nikt tego nawału prac nie jest w stanie kontrolować. Liczy się ilość ilość aukcji i sprzedaż towaru a nie ich jakość czy autentyczność prac. Pisałem już poprzednio o sporych wpadkach tego domu aukcyjnego. Widzę, że to ‘grono ekspertów’ z równą starannością podchodzi do sztuki dawnej jak i współczesnej:

https://polishartcorner.com/2020/11/26/adam-styka-1890-1959-na-pewno-nie-nagel-niemcy-i-desa-unicum-polska/; https://polishartcorner.com/2021/04/21/hala-ajdukiewicz-xix-xx-w-2/

Tym razem artykuł napisała Rzeczpospolita i ten artykuł (otrzymałem ‘cynk’ od czytelnika, dziękuję p. K. L.) podaję na końcu. Aby było ciekawiej kolejny raz cytuję w całości list jaki mi nadesłała niedawno Desa odnośnie mojej krytyki:

Jednym z naszych najważniejszych zadań, jako domu aukcyjnego, jest niedopuszczenie falsyfikatów do obrotu na rynku sztuki. Dlatego proces weryfikacji, który przeprowadzamy, jest rozbudowany, czasami długotrwały, nad którym pracuje grono ekspertów. W badaniach podobrazi, płócien, farb i technik malarskich biorą udział doświadczeni konserwatorzy. Prezentujemy wybrane działa historykom sztuki, specjalizującym się w twórczości konkretnych artystów, autorom publikacji i wystaw monograficznych. Prace, które znajdują się na naszych aukcjach, nie mogą budzić najmniejszych wątpliwości ekspertów co do ich oryginalności. Określenie autentyczność na podstawie zdjęć zamieszczonych w internecie jest niemożliwe. Jako eksperci musimy zobaczyć ten obraz na żywo, obejrzeć go w podczerwieni, zapoznać się z dokumentacją, literaturą. Dopiero wtedy można mieć pewność co do autentyczności dzieła.

Toż to śmiechu warte! Skoro Rzeczpospolita wzięła się za Desę-Unicum to doprawdę musi być tam źle. Mnie można ignorować. Brakuje mi jednak w artykule Rzeczpospolitej jakiejś reflekcji nad tym co zaszło.

Warto przypomnieć sprawę fałszywej ‘Zjawy’ rzekomo Franciszka Starowieyskiego (jest o tym w moim dziale Falsyfikaty-literatura) o jakiej było głośnie przed laty. Jak widać, Desa nie nauczyła się niczego z tej wpadki Polswisart.

Inna rzecz to ta, że takiemu niedacznikowi-malarzowi, beztalenciu, (moje prywatna opinia) jakim jest Leon Tarasewicz zrobiono taką reklamę! Ceny na jego prace niewątpliwie teraz poszybują.

Arykuł z prasy: https://www.onet.pl/kultura/onetkultura/prof-leon-tarasewicz-falsyfikaty-obrazow-na-aukcjach/63nnrk1,681c1dfa:

To, że jego sfałszowane obrazy pojawiły się na aukcjach, wyłapał sam artysta, prof. ASP Leon Tarasewicz. Znalazł je na stronach domów aukcyjnych – podaje “Rzeczpospolita”.

Jeden z falsyfikatów wystawił na sprzedaż prestiżowy dom aukcyjny Desa Unicum. Podczas aukcji “Sztuka Współczesna. Klasycy Awangardy po 1945 r.” obraz, który miał być autorstwa Tarasewicza, został wyceniony na 40 tys. zł. Wcześniej falsyfikat opisany jako obraz artysty wystawił na aukcji internetowej Mazowiecki Dom Aukcyjny w Warszawie. Prof. Tarasewicz powiadomił prokuraturę. Mecenas Marek Małecki wystosował wniosek o zdjęcie falsyfikatów z aukcji i zabezpieczenie ich jako materiałów dowodowych. W rozmowie z “Rz” mecenas potwierdził, że tak właśnie się stało.

To próby sprzedaży falsyfikatów sygnowanych podrobionym certyfikatem prof. Tarasewicza tylko z tego roku. W 2020 r. prokuratura Warszawa-Śródmieście prowadziła postępowanie ws. innego obrazu, który miał być autorstwa Tarasewicza. Śledztwo jednak umorzono, mimo że udało się ustalić tożsamości osób z kręgu, w którym przekazywano sobie obraz. Nie wykryto jednak sprawców fałszerstwa. Pełnomocnik artysty złożył zażalenie do sądu, który nakazał prowadzenie dalszego postępowania.

Iza Rusiniak z domu aukcyjnego Desa Unicum przekazała w rozmowie z “Rz”, że natychmiast po otrzymaniu informacji praca Tarasewicza została wycofana z katalogu. Mazowiecki Dom Aukcyjny nie odpowiedział na prośbę o komentarz.

Sprawa ewentualnej sprzedaży falsyfikatu niesie ze sobą poważne konsekwencje. Wystarczy, że raz “fałszywka” zostanie sprzedana w publiczny sposób – na aukcji internetowej lub w galerii – i trudno zakwestionować jej autentyczność. Podobnie o “prawdziwość” dzieła będzie właściciel, który często płaci za obraz wysoką cenę i nie chce zostać z falsyfikatem. W przypadku prof. Tarasewicza sytuacja jest o tyle prostsza, że artysta sam może podważyć autentyczność dzieła. “Szacuje się, że około 20 proc. kolekcji muzeów to falsyfikaty, niektóre mają już dziś długą historię” – mówi “Rz” Zuzanna Sokalska z galerii Monopol.

Również: https://www.rp.pl/Przestepczosc/307259951-Falszuja-obrazy-Leona-Tarasewicza.html

PS. Tytuł artykułu w Rzeczpospolitej to: “Fałszują obrazy Tarasewicza“. Uważam, że tytuł powinien być inny: “W Desie-Unicum sprzedają falsyfikaty obrazów Tarasewicza

(07/28/21)

Falsyfikat pracy Romana Kochanowskiego na aukcji w Warszawie w Galerii Sztuki Plac Zamkowy

Panuje obecnie na rynku malarstwa spora posucha związana z okresem wakacyjnym. Szukając kolejnego tematu i poruszając się po sieci natrafiłem w centrum Warszawy, bo na Placu Zamkowym na galerię zwaną „Galerią Sztuki Plac Zamkowy”. Ponad 20 lat temu byłem tam w środku i sprawiała porządne wrażenie oferując głównie sztukę współczeną, włączywszy w to sporo prac zmarego Mariana Michalika (dwie prace obecnie na aukcji w Niemczech, proszę zajrzeć do głównej strony blogu).

Zajrzałem na stronę intenetowa tej galeriii zauważyłem, że przegapiłem majową aukcję na której znalazłem niestety falsyfikat pracy Romana Kochanowskiego. Ten duży tusz został tam sprzedany: https://onebid.pl/pl/malarstwo-dawne-roman-kazimierz-kochanowski-1875-1954-pejzaz-wiejski/880150. Nie ważna jest cena za jaką został sprzedany ale to, że jest współczesny falsyfikat. Piszę o tym z pełną świadomością, że podpadnę kolejnej polskiej instytucji handlującej sztuką polską ale staram się tępić falsyfikaty. Sadzę, że Galeria Zamkowa nie sprzedała ze świadomościa, że był to falsyfikat ale wynikło to z niewiedzy właścicieli galerii oraz kupującego.

Dlaczego to jest falsyfikat? Spróbuję to uzasadnić poniżej.

Praca jest duża jak na Romana Kochanowskiego. Te większe wymiarami OLEJE wykonywał do ok. połowy ostatniej dekady XIX wieku. Potem malował małe oleje, ewentualnie rysował ołówkiem, choć również były one małe wymiarami.

Jest to duży TUSZ a nie olej. Nie słyszałem o takich wielkich rysunkach tego malarza (tuszem czy ołówkiem).

Rysunki tuszem są praktycznie nieznane w twórczości tego malarza. Tusz stsosował ewentualnie w zastępstwie ołówka do szkicowania jakiegośc pejzażu, ewentualnie osoby. Dużych rysunków tuszem po prostu nie ma. Ten jest pierwszy jaki widziałam spośród kilkuset prac tego malarza jakie przewinęły mi się, na żywo na aukcjach czy wystawach lub w albumach (polecam dwie książki o tym malarzu: Lewkowicza i Trościanki, 1972 Monachium, oraz wielki alkum wydany w Polsce na 150 lecie urodzin malarza. Ten ostatni jest omówiony na blogu w dziale Book Reviews).

Temat tej pracy, czyli pejzaż jest OK ale wykonanie jest inną ręka a nie Kochanowskiego. Generalnie, takiej perspektywy drzew nie było w jego twórczości. Artysta ten malował chętnie wierzby ale nie w tak detaliczny sposób. Na rysunku widać każdy sęczek na wierzbie. Kreska jest tak dokładna, że praca nadaje się na na jakiś miedzioryt.

Sygnatura jest kompilacją sygnatur Kochanowskiego: pisownia nazwiska jest wzięta z dość wczesnego okresu malarskiego artysty, natomist inicjał imienia z tych prac powstałych znacznie po 1910 roku.W dodatku litera ‘R’ jego imienia wygląda jakby powstała z litery ‘P’ do której dorobiono poziomą kreskę od której odprowdzono ogonek w dół. Sygnaturę Kochanowskiegi kładł w sposób płynny, bez zatrzymania. W sumie, Roman Kochanowski nie sygnował w ten sposób swoich prac. Ta sygnatura jest sfałszowana.

Na rysunku widzimy po lewej stronie kobietę a po prawej stronie chyba mężczyznę ze stadem owieczek. Dwie osoby jak na jedną pracę Kochanowskiego to dużo. Zwykle była to jedna pastuszka. Niezależnie, nie widziałem ani jednej pracy Kochanowskiego by pastuszka (pastuch) prowadziła owce. Zawsze były to krowy jako zwierzęta, ewentualnie kaczki i kury. Z ptactwa były też i wrony na niektórych jego pracach. Ten element owieczek też nie pasuje do Romana Kochanowskiego.

W sumie jest to falsyfikat i Galeria Zamkowa dała plamę uznając ten tusz za pracę Romana Kochanowskiego. Mam nadzieję, że jej właściciele zwrócą pieniądze kupującemu. Amen.

(07/25/21)

Poniżej cytuję w całości list (za zgodą autora) jaki nadszedł z Galerii Plac Zamkowy jako odpowiedź na mój wpis o falsyfikacie tuszu Romana Kochanowskiego:

Szanowny Panie, 

Żałuję, że z uwagi na sezon ogórkowy, w ostatnim czasie rzadziej zaglądamy na Pańską stronę. Trochę mnie zmartwił Pański wpis ale w związku z zaistniałą sytuacją,    jako “kolejna polska instytucja handlująca sztuką”, czuję się zobowiązany rozwiać wszelkie wątpliwości co do tej nieszczęsnej pozycji, a właściwie co do tego czy klient nie stracił kupując od nas ten obiekt. Rzeczywiście bezwątpienia był to fals, który z tytułu naszego niedopatrzenia wkradł się do skromnej oferty aukcyjnej. Niestety o wątpliwościach pierwszy poinformował nas nasz klient już po zabraniu pracy do domu. Oczywiście przy okazji umówionego spotkania następnego dnia nie dało się zaprzeczyć, że jest to podróbka, gdyż praca okazała się mieć nawet więcej mankamenetów niż te, które uprzejmie Pan opisał. Klient naturalnie otrzymał zwrot całej opłaconej wcześniej kwoty. Niejednokrotnie mieliśmy do czynienia z fałszywymi pracami, jednakże do tej pory udawało się je eliminować przed wystawieniem na sprzedaż. Stąd też niejako na dowód naszej zawsze dobrej woli pozwalam sobie na powyższe drobne wytłumaczenie całego tego wypadku przy pracy. 

Serdecznie pozdrawiam Pana jak i innych Czytelników, 

Piotr Woźniak

Galeria Plac Zamkowy
Plac Zamkowy 1/13
00-267 Warszawa

Pozostaje mi podziękować za rzetelnośc Galerii i jej właściciela. Jest to w zasadzie wzór dla potężnych polskich domów aukcyjnych które (wiem), że czytają ten blog a jednak w 100% go ignorują jak też ignorują podobne moje wpisy nt podobnych przypadków jakie im się przydarzyły. Więcej śmiałości właściciele! Zapraszam do czystości i przejrzystości działania. Otwórzcie okna i przewietrzcie swoje zasady działania i komunikowania się z obecnymi klientami i potencjalnymi klientami. Case closed!

(07/31/21)



Certyfikaty Autentyczności

Koresponduję od jakiegoś czasu z osobą z Holandii, która tropi i umieszcza na swojej stronie autorskiej falsyfikaty najróżniejszych pozostałości po Hitlerze, włączając w to prace malarskie. Nie jestem oczywiście kolekcjonerem prac tego ‘artysty’ lecz malarstwo jest współnym mianownikiem pomiędzy Holendrem a mną. Są to certyfikaty autentyczności dołączane do takich prac, pochodzące z polskich źródeł. Jak wiadomo, polscy historycy sztuki są wybitnymi znawcami twórczości Hitlera (zwłaszcza ci z Krakowa, UJ od 1939 roku) i chętnie potwierdzają autentyczność najróżniejszych prac wodza III Rzeszy.

Falsyfikaty z takimi polskimi certyfikatami obrodziły ostatnio na amerykańskim rynku, zwłaszcza w Livingston Auction w NJ, gdzie jeszcze nie spotkałem jeszcze ani jednego prawdziwego polskiego obrazu. Obecnie, akwarela AH nosi certifikat zmarłej w 2015 roku p. Mirosławy Wojtczak, konserwatorki sztuki i rzeczoznawcy MKiDZN. Proszę zwrócić uwagę na ortografię,i gramatykę https://www.liveauctioneers.com/item/107270460_adolf-hitler-watercolor-on-paper . Czasami można spotkać certyfikaty żyjących obecnie osób, wzory ściągnięte innych prac.

Dlaczehgo o tym piszę? Wyłącznie by ostrzeć przez tym domem aukcyjnym w którym pojawiają się ‘poloniki’ ale wszystkie są to falsyfikaty …z najróżniejszymi nalepkami i certyfikatami. Dom aukcyjny zabezpiecza się przed procesami nastepującą klauzurą:

This lot do not carry established documented provenance nor any past record of auction history record are described in the catalog as attributed. Authentication of the artwork has not been established nor is it implied. Authentication of any stamps or labels has not been established nor is it implied. Pieces are being sold “”As Is””. No additional information regarding provenance will be provided after the auction. Authentic is not reason for return.

Zatem, gdy ktoś kupi taki polonik to nie ma już możliwości zwrotu pracy i odzyskania pieniędzy. Takich durniów kupijących okazyjnie jest wielu i może kiedyś się przebudzą. Obecnie Livingston sprzedaje dwa rysunki ‘Kislinga’, https://www.liveauctioneers.com/item/108243716_moise-kisling-1891-1953-pencil-drawing-on-paper . Good luck!

(07/23/21)

Do grona ekspertów sztuki Adolfa Hitlera doszła inna polska ekspertka p. mgr. Jadwiga Oczko-Kozłowska z Krakowa, historyk sztuki. Oto jej eksperyza z rynku amerykanskiego:

Jest to prowdopodobnie falsyfikat CofA, choć autorka żyje i mgłaby coś z tym zrobić. Proszę zwrócić uwagę na ortografię i gramatykę. Poniżej praca rzekomo Hitlera z aukcji:

https://www.liveauctioneers.com/item/108475529_adolf-hitler-watercolor-on-paper-with-coa

(07/29/21)



Orgia Wilhelma Kotarbińskiego na aukcjach zagranicznych, w warszawskiej Ostoyi oraz renowacja oryginału w Muzeum Sztuki Rosyjskiej w Petersburgu

Moje obserwacje rynków zachodnich staram się powiązać czasami z polskim rynkiem. Tak jest i teraz. Kilka lat temu pojawiła się w wiedeńskim Dototheum Orgia Wilhelma Kotarbińskiego (98.5 x 166 cm), opisana jako studium tego obrazu: https://polishartcorner.com/2019/08/08/wilhelm-kotarbinski-1849-1921-15/.

Wilhelm Kotarbiński. Orgia (98.5 x 166 cm). Żródło: Dorotheum

Oryginał znajduje się w Petersburgu w Muzeum Sztuki Rosyjskiej i jest to wielki rozmiarami obraz, 3 m x 5 m. Kopia tego obrazu o dużo mniejszych wymiarach od oryginału (165.5 x 220 cm) była na aukcji w Sotheby’s w 2012 roku jako Roman Orgy z wyceną 800,000 – 1,200,000 GBP i spadła. Chyba nie bardzo wierzono, że jest to autorska kopia (replika?), choć obraz wygląda dobrze, lecz po latach nie mogłem doszukać się informacji o pochodzeniu.

Wilhelm Kotarbiński. Roman Orgy (165.5 x 220 cm). Żródło: Sotheby’s

Warto pokazać raz jeszcze obie fotografie i przyjrzeć się detalom. Piszę o tych dwóch pracach bo warszawska Ostoya wystawiła na sprzedaż (24 lipca, 2021) kolejną wersję tego obrazu pt. Rzymskie bachanlie (106 x 150 cm), datowanego w 1893: https://www.ostoya.pl/aukcja-204/31034/006-wilhelm-kotarbi%C5%84ski-przypisywany-detail .

Wilhelm Kotarbiński. Rzymskie bachanalie, 1893. Żródło: Ostoya

Obraz bardzo uczciwie został opisany w katalogu jako ‘Przypisany Wilhelmowi Kotarbińskiemu”. Znana była też jeszcze jedna wersja Orgii (podaję za katalogiem Ostoyi), sprzedawana w grudniu 2015 roku w brytyjskim MacDougall’s, lecz obraz ten został najwyraźniej wycofany z aukcji (lot #6?) i pozostało po nim ciemne okienko. MacDougall’s to specyficzna firma i często atrybucje uznawane są tam za prace prawdziwe – może tak było tym razem a może nie.

Ostoya wyraźnie ostrzega o wielokrotnych konserwacjach tej pracy („stan w dużym stopniu przemalowany”). Ile pozostało z ewentualniego oryginału? Chyba niewiele. Warto przyjrzeć się detalom tej pracy i porównac do pozostałych dwóch znanych płócien. Cena wywoławcza za tak przemalowany obraz jest wysoka (200,000 złotych) a wycena jest jeszcze wyższa (250,000 – 300,000 złotych). Praca ta wygląda dla mnie na amatorską kopię.

Wilhelm Kotarbiński. Rzymskie bachanalie, 1893. Żródło: Ostoya (fragment)

Zastanawia mnie dlaczego, mając taki materiał porównawczy, zdecydowano się w Ostoyi wystawić tę pracę na sprzedaż? Wiekszość namalowanych postaci wygląda tu dwuwymiarowo. Jeśli nawet zostały wykonane konserwacje i przemalowania to jak uzasadnić tak wysoką cenę tak nieodwracalnie spapranego ‘konserwacją’ płótna lub może wykonanego przez nieudacznika?

Na koniec, warto wrócić do oryginalej w 100% Orgii Wilhelma Kotarbińskiego z muzeum w Petersburgu. Można ten wielki olej nie tylko obejrzeć na filmie pod podanym poniżej linkiem lecz również przyjrzeć się jego konserwacji, wysłuchać historii. Film jest dla tych, którzy rozumieją język rosyjski: http://restoration.rusmuseum.ru/english/video–kotarbinsky-orgia.htm .

(07/22/21)



Smród palonej siarki czyli raz jeszcze o odbitkach prac Tamary Łempickiej na polskim rynku antykwarycznym

Tamara Łempicka. Autoportret w zielonym Bugatti, 1932/2014 r. Gouttelette (papier, 67 x 47 cm, 85 x 65,5 cm w oprawie). Edycja: 41/100. Źródło: artinfo.pl. Aukcja 07/29/21. Lot 13. Cena wywoławcza 5,000 zł. Estymacja 20,000 – 30,000 zł.

Stosunkowo niedawno pisałem na tych łamach o sprzedaży na aukcjach w Polsce współczesnych serigrafii pracy Tamary Łempickiej Dziewczyna z mandoliną https://polishartcorner.com/2021/04/11/tamara-lempicka-1898-1980-akwatinta-z-ok-1932-roku-vs-serigrafia-po-1990-roku/ . Jedną z takich numerowanych serigrafii sprzedał Sopocki Dom Aukcyjny za 30,000 złotych (ca $7,900) zaś identyczną nieco wcześniej Polswissart za 60,000 złotych (ca $15,800). Wydawało się, że jest już spokojnie i ten scam zamarł ale chyba jednak dobrze sobie radzi. Co prawda, Dziewczyna z mandoliną nie pojawiła się od tego czasu na polskich aukcjach lecz pojawiła się właśnie inna praca Łempickiej. Obecnie zauważyłem na aukcji w artinfo.pl https://artinfo.pl/katalogi-aukcyjne/akt-milosc-erotyka-700b6389-7ffa-4163-86ff-b198dce2f83f/internet (lot 13) kolejny plakat, tym razem Autoportret z zielonym Bugatti z ceną szacunkową 20,000 – 30,000 złotych. Poprzednie serigrafie firmowała Kizette Lempicka, córka artystki. Obecnie inną formę odbitki zwanej “gouttelette” firmuje Victoria Lempicka (wnuczka). Jak widać, te numerowane odbitki z wytłoczonym suchym stemplem stanowią biznes rodzinny. Rodzina zyskuje z polski klient jest podpuszczany na dość wysokie(?) sumy. [Na polskim rynku malarstwa panuje jednak ekstaza zakupów i 30,000 złotych to teraz żadna suma – stąd mój znak zapytania przy przymiotniku ‘wysokie’.] Technika “gouttelette” jest podobno niezwykła i daje najlepsze podobieństwo odbitki do oryginału. Jednak, tworzona jest odbitka na papierze i to tylko odbitka a nie jest to oczywiście oryginał pracy artystki lub odbitka zatwierdzona przez arystkę (chyba, że zza grobu).

Czy 30,000 złotych za taki plakat wykonany niezwykłą techniką gouttelette to mało czy dużo? Co też jest takiego nadzwyczajnego w tej technice by uzasadnić takie wyceny? Jak się kształtują ceny innych prac wykonanych tą techniką?

To, że to jest do pewnego sposobu scam, oszustwo, to można wyczuć od razu. Plakat będzie plakatem i współczeny nigdy nie powinien być warty $8,000. Technika gouttelette to (podaję za jednym źródłem, bo sam nie wiedziałem):  An entirely new digital printing process we offer called gouttelette™ (pronounced “goo-ta-let”) of which you may be unaware, is the next stage along the evolutionary chain from the giclée. Derived from the French word for “droplet”, gouttelette™ is a combination of huge technological developments in the printing world and the traditional expertise of our own craftsmen which allow us now to print reproductions of the very highest quality and fidelity to the original. In addition to using coated papers, the new gouttelette™ process allows us to use beautiful uncoated papers, which are excellent for image reproduction because they allow the ink to travel down the paper fibres more easily and into the sheet itself (“wicking”). This can be seen with the exceptional results that are achieved for watercolour reproductions. The gouttelette ™ process, combined with the traditional skills and experience of our printing team, thus creates results far superior to the average digital print.

Sam się czegoś nauczyłem. Z opisu wynika, że  jest dobrej jakości wydruk na papierze, być może najlepsza z najlepszych obecnie znanych technik. Jeśli Autoportret z zielonym Bugatti wydrukowano w 2014 roku za zgodą Victorii Lempickiej w ilości 100 numerowanych egzemplarzy to co stoi na przeszkodzie by wkrótce dodrukować drugą a potem trzecią serię a potem kolejne. Proponowałbym sprzedawać komplet tej pracy: układanka-puzzle (na ebay za $27.13) + druk na płótnie (na ebay za GBP 29.99), serigrafia (na ebay 1/5,000 sztuk za $899), plakat giclee (na ebay, $10.99), etc, etc, etc. Słowem, nie trzeba wydawać $8,000 by mieć reprodukcję tej pracy. Czy ta sucha pieczęć warta jest aż tyle? Co da kolekcjonerowi taki ‘certyfikat’? W jaki sposób wlać rodakom w kraju trochę oleju do głowy?

Tamara Łempicka. Autoportret w zielonym Bugatti, 1994. Serigrafia, papier, 80,5 x 63 cm. Seria 382/400. Żródło: Sopocki Dom Aukcyjny. Aukcja 07/17/21. Lot 114. Cena wywoławcza 34,000 zł.

Dodatkowo, zauważyłem sporą konkurencję tego Autoportretu z zielonym Bugatti na polskim rynku. Sopocki Dom Aukcyjny uwziął się sprzedać serigrafię (czyli niżej notowana forma porównując do gouttelette), tej pracy o wymiarach 80,5 x 63 cm (inne wymiary od poprzednio omawianego plakatu gouttelette), wydanego w nakładzie 400 egzemplarzy w 1994 roku, też z suchą pieczęcią (ach ta sucha pieczęć!), z certyfikatem Kizette Łempickiej. Cena wywoławcza to 34,000 zlotych (ca $9,000). Gorszy ‘towar’ po wyższej cenie!!! Aukcja będzie 17 lipca, mówimy o pozycji 114 w katalogu: https://www.sda.pl/aukcja/obiekty/tamara-lempicka-autoportret-w-zielonym-bugatti,34234,pl.

Pracę Autoportret w zielonym Bugatti wykonała Tamara Łempicka ok 1929 roku. Jest to nieduży olej na drzewie o wymiarach 35 cm × 26.6 cm.

Przejrzałem też jak kształtują się ceny druków gouttelette prac innych znanych międzynarodowych artystów, wykonanych w tej samej firmie co omawiany plakat (czyli Chelsea Green Editions Publishing Company). Otóż można kupić je w granicach $300-500, np. pracę Pabla Picassa. A technika znana jest zdaje się przynajmniej od 10 lat. Oprócz plakatów rzeczonej pracy są oczywiście do kupienia na ebay inne jej serigrafie, wykonane chyba już bez błogosławienstwa baronessy Kizette w ilości ‘limited’ 5,000 sztuk. Tamara Łempicka nie żyje ale da się z niej jeszcze wiele wyciągnąć.

Tamara Łempicka. La Belle Rafaella, 2014. Serigrafia, papier; 53 x 75cm (w św. passe-partout); 80 x 60 (wymiar arkusza). Żródło: Piękna Gallery.

Dodam, że w Polsce sprzedawnae są w polskich domach aukcyjnych również i inne serigrafie Tamary Łempickiej. Żeby nie być gołosłowny, np. serigrafia pracy La Belle Rafaella, wydrukowana w 2018, była reklamowana przez warszawską Piękna Gallery i została sprzedana za 28,000 złotych, z certyfikatem autentyczności córki artystki, Baronessy Kizette de Lempickiej. Tyle, że…. Kizette Lempicka zmarła w 2001 roku a zatem autentyczność potwierdziła 17 lat po swojej śmierci, czyli zza grobu. Głupota ludzi (kupujących) nie ma granic.

Tamara Łempicka. Woman with a Mandolin. Zródło: Affiliated Auctions (USA). FALSYFIKAT

A propos wspomnianej na początku ‘Dziewczyny z mandoliną’. Nieudana podróbka akwatinty ze sfałszowaną sygnaturą artystki jest właśnie na aukcji w USA. Prawdziwe akwatinty, sygnowane przez artystkę, to spora gratka za które trzeba obecnie zapłacić ok $20,000. Proszę ostrożnie podchodzić do ‘okazji’ na rynku w USA.

Falsyfikat sygnatury

PS. Właśnie zauważyłem, że Agra-Art sprzedaje w swojej galerii porządny obraz Leopolda Loefflera, scenkę rodzajową, za 33,000 złotych. Obraz został namalowany ok 1871 roku (https://galeria.agraart.pl/dzielo/26604/szkoda-wasow-ok-1871-loeffler). Jak porównać wartość tego XIX wiecznego obrazu do praktycznie bezwartościowego, współczesnego g@wna, plakatu Tamary Łempickiej, jakie oferuje Sopocki Dom Aukcyjny za 34,000 złotych? Chciałoby się otrzymać i przeczytać list z SDA z uzasadnieniem wyceny ale spodziewam się jedynie od nich listu z pogróżkami.

Wspomiana dużego wymiarami serigrafia (Autoportret z zielonym Bugatti) wykonana w 2014 roky według niedużego obrazu Tamary Łempickiej została sprzedana przez Sopocki Dom Aukcyjny za whopping 36,000 złotych. Duży to sukces finansowy domu aukcyjnego a sromotna finansowa klęska ‘kolekcjonera’, który dał się nabrać na ten zakup, choć trzeba przyznać, że ten radośnie zrobił to dobrowolnie. Czy właściciele Sopockiego Domu Aukcyjnego będą mogli spojrzeć prosto w oczy temu klientowi? W zasadzie nic się nie wydarzyło bo znaleziono kolejnego frajera. I w ten spsób biznes bezwartościowych, z punktu widzenia kolekcjonerstwa, współczesnych plakatów kręci się na polskim rynku antykwarycznym. (07/18/21)

Artinfo.pl sprzedał 29-go lipca swój egzemplarz Autoportretu w zielonym Bugatti wykonanego techniką “gouttelette” za 20,000 złotych. Też dużo. KIlka absurdalnych wnosków można wysnuć na podstawie tych dwóch sprzedaży: 1) sucha pieczęć córki (Kizette) jest droższa od suchej pieczęci wnuczki (Viktorii). 2) Technika gouttelette jest psu warta porownując do serigrafii (16 tysięcy tańsza), 3) większy wymiarami plakat sprzedaje się gorzej od mniejszego 4) im wyższa edycja (400 egz. vs 100 egz.) tym wyższa cena, 5) im bardziej pazerny dom aukcyjny tym lepsza sptrzedaż, etc, etc. Tak na poważnie, dwóch klientów dało się poważne nabrać, jeden na 36,000 złotych a drugi 20,000 złotych. Nauka kosztuje i jest droga! Czesne Sopockiego Domu Aukcyjnego jest wyższe od czesnego artinfo. pl. (07/31/21)

Ceryfikaty i eksperci

Szanowny Panie prowadzący bloga,

Szanowny Panie K. Z,

Po przeczytaniu Pańskiego artykułu na temat certyfikatów i ludzi/organizacji którzy je wydają wychodzi na to, że może robić to (pisać takowe) praktycznie każdy – wystarczy wyrobić sobie pieczątkę aby wszystko wyglądało profesjonalnie?

Nic mi nie wiadomo na temat regulacji rodzimego rynku sztuki i przepisów mówiących kto może takowy certyfikat wystawić?

Do niedawna sądziłem, że najlepsze Polskie domy aukcyjne mają taką wiarygodność, lecz po ostatnich wpadkach opisanych na blogu (nazwisko to samo, ale artysta i warsztat nie ten) należy być bardzo ostrożnym i nie ufać bezgranicznie nazwie i renomie dużego domu aukcyjnego dla której liczy się zysk, a nie dobro klienta.

Jak walczyć z ”ekspertami”, którzy wystawiają certyfikaty autentyczności dla jawnych falsyfikatów, których żaden szanujący się dom aukcyjny nie przyjmie na licytację? 

Jestem z Krakowa i wiele razy czytałem – nawet na łamach tego bloga na temat certyfikatów wydawanych przez tzw. ekspertkę Panią Teresę P. z którą miałem nieprzyjemność się poznać gdy oddawałem jej obraz do renowacji (zadzwoniła po 3 tygodniach, że obraz jest gotowy – skasowała 3 tys zł. nie dając żadnego pokwitowania – po przyjeździe do domu rozpakowując obraz stwierdziłem, że jest w takim samym stanie jak przed renowacją. Odwiozłem go w ramach reklamacji i ponownie odebrałem kolejnego dnia – na połowie obrazu nałożony nowy werniks, a obraz jak się sypał (odpadały tzw łuski) tak się sypie nadal – dramat. Nauczony doświadczeniem już nigdy nie skorzystam z usług tej Pani. Przepraszam, że odbiegłem trochę od tematu ale pomimo upływu kilku lat, nagłaśnianiu tych spraw do organów urzędowych tacy ludzie nadal prowadza swój proceder.

Wracając do tematu certyfikaty – na podstawie przykładu Pani T.P , która nadal działa i wydaje takowe certyfikaty, jak również ”odnawia” obrazy – według opisu na stronie jest ekspertką sztuki od wszystkiego, chciałbym Pana zapytać jak mogą sobie radzić poczatkujący kolekcjonerzy sztuki, i co by Pan radził (gdzie szukać ekspertów z prawdziwego zdarzenia, wiarygodnych i znających się na swym fachu)? Kustosze muzeów? Historycy sztuki ? Jeżeli tak to po jakiej szkole/uczelni bo chyba nie wszyscy?

Pozdrawiam, J.W

07/08/21

Odpowiedź Pana K. Z.:

Szanowny Panie,

Poruszył Pan dosyć ważny problem który trapi polskich kolekcjonerów, na który trudno znależć jakieś natychmiastowe rozwiązanie. Jest to nie tylko kwestia indywidualnych szkód wyrządzonych kolekcjonerom, ale też przyczynia się do budowania negatywnego wizerunku rynku  i zniechęcania do nabywania dzieł sztuki.

Ja obserwuję polską scene ze sporej odległości i trudno mi tu dawać jakieś rady. Logiczne jest że ustanowienie jakiejś oficjalnej formy licencji eksperta było by krokiem naprzód. O ile wiem z taką inicjatywą wyszło Stowarzyszenie Antykwariuszy Polskich, ale z nieznanych mi przyczyn sprawa spaliła na panewce.

Wiem że nie brak w Polsce osób i instytucji kompetentnych i doświadczonych. W dzisiejszej dobie ułatwionej inwigilacji można bez trudu “prześwietlić” danego eksperta, sprawdzić jego życiorys i jego dokonania. Wymiana informacji na tym forum może być tutaj użyteczna

Trudno tu odnosić się do sytuacji we Francji, gdzie sprawy są tylko częściowo sformalizowane, lecz nie należy sądzić że panuje tu podobny chaos. Trudnią się tym w dużej mierze galerzyści których galerie są znane, są też biura ekspertów (niektóre przekazywane z ojca na syna), są też pojedynczy specjaliści. Kilka syndykatów zrzesza ekspertów, gdzie choć przynależność nie jest obowiązkowa, gwarantują one uczciwość swoich członków. Tyle że w tym niejednorodnym systemie który kształtował się latami, ostateczną rolę gra wyrobiona reputacja, co też wynika z większej świadomości i znajomości rynku ze strony klienteli. Tutaj nikt się nie da nabrać na ekspertyzę bliżej nieznanego M. Dupont czy Mme Legrand, niezależnie od tego czy są utytułowani czy nie.

Natomiast pozwalam sobie skorygować Pańską interpretację moich słów ‘że każdy może być ekspertem’. Co chciałem powiedzieć to to że rodowody ekspertów są bardzo różne – mogą się wywodzić tak spośród osób dyplomowanych jak i kompletnych amatorów. Co absolutnie nie naczy że ktoś może z dnia na dzień mianować się ekspertem w jakiejś dziedzinie. NIe, to jest praca rozciągnięta w czasie, to jest ciągłe dokształcanie się, zwiedzanie wystaw, śledzenie rynku, kompletowanie dokumentacji, szukanie ciekawych kontaktów. Dobrze aby osoby które osiągnęły tą drogą wysoki poziom kompetencji mogły sie legitymować jakimś oficjalnym tytułem, dając kolekcjonerom pewność żę mają do czynienia z prawdziwym specjalistą. 

Z poważaniem, K.Z.

07/09/21

Moje 5 groszy:

Pod kątem niektórych Pana pytań polecam raz jeszcze rozmowę z profesorem Jerzym Stelmachem, prawnikiem, filozofem i…namietnym kolekcjonerem malarstwa. Rozmowę tę raz już opublikowałem ale warto ją przypomnieć:

Moje dodatkowe 5 groszy do Pana wypowiedzi w sprawie konserwacji obrazów:

Nie powinno wybierać się konserwatora obrazu z ogłoszenia gazetowego czy też na podstawie autorskiej strony internetowej. Należy szukać osoby, która może polecić konserwatora. Ja poznałem i nabrałem zaufania do konserwatora, który skończył wydział Konserwacji i Restauracji Dziel Sztuki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Obejrzałem jego portfolio, tj. fotografie prac jakimi się zajmował przed konserwacją, w trakcie konserwacji i po konserwacji. Do każdej z takich prac był dołączony bardzo dokładny opis z fotografiami mówiący co konkretnie było zrobione i jakie ingerencje zostały przez niego wprowadzone. Był również dokładny opis stanu obrazu przed konserwacją wraz z przewidywanymi skutkami jakie moglyby doprowadzić pracę pozostawioną samą sobie. Dodam, że pracował dawniej dla p. Barbary Piaseckiej-Johnson i restaurował obrazy z jej kolekcji. Takiego człowieka należy szukać a cena, o dziwo, jest podobna do ceny tej partaczki z Krakowa.

Moim zdaniem, konserwacja prac w wykonaniu p. P. Z Krakowa jak też jej certyfikaty to tak jakby pójść obecnie, a nie 100 lat temu, z bólem zęba do kowala lub cyrulika. Skoro dbamy o własne zdrowie i szukamy dobrych lekarzy to również szukajmy sprawdzonych lekarzy prac malarskich i nie polegajmy na konowałach.

Pozdrawiam, JD

07/09/21

Na tle aukcji prac Józefa Brandta i ich wycen.

Wkrótce aukcja w niemieckim Bassenge, gdzie będzie licytowanych kilka wczesnych akwarel Józefa Brandta (https://polishartcorner.com/2021/06/07/jozef-brandt-1841-1915-27/) z wyceną ok. 1,000 euro. Piszę o tym w kontekście dwóch innych aukcji prac tego malarza. Jedna właśnie się odbyła kilka dni temu w Dorotheum, gdzie poważna praca tego malarza w oleju z 1865, choć z wczesnego okresu twórczości, roku została sprzedana za 220,000 euro (https://polishartcorner.com/2021/05/15/jozef-brandt-1841-1915-26/). Wielkiego zainteresowania tą praca niestety nie było, sprzedano bez fajerwerków za dolną kwotę wyceny.

Józef Brandt. Returning Home, 1865 (Dorotheum)

Z kolej Polswissart sprzedał 1 czerwca Powrót z wyprawy tego malarza za 1,700,000 złotych.

Józef Brandt. Powrót z wyprawy, 1913. (Polswissart)

Piszę w kontekście innej pracy Józefa Branta, którą Sopocki Dom Aukcyjny wystawił na swoją aukcję. Jest to maleńka akwarela o wymiarach 12.5 x 15.5 cm, przedstawiająca Kozaka w stepie jadącego na rozkraczonej szkapie. Zwracam uwagę na absurdalność wyceny tej, przyznaję dobrej, pracy namalowanej równie wcześnie bo w 1864 roku (lot 5, 23 czerwca 2021). Ta maleńka akwarela została wyceniona przez SDA na 250,000 – 350,000 złotych (56,000 – 78,000 euro).

Józef Brandt. Kozak jadący przez step, 1864, (Sopocki Dom AUkcyjny)

Przymusu kupienia oczywiście nie ma oraz, jak wielokrotnie podkreślali tutaj inni, żyjemy w świecie rynku kapitalistycznego. Zatem można wyceniać jak się chce i kupować za tyle za ile ktoś zechce dać. Za 350,000 zlotych można kupić dwa nowe, średniej klasy samochody, w Polsce lub działkę budowlaną pod Warszawą (ok. 1,000 m2). Zastanawiam się na jakich kilientów liczą ustawiacze cen z SDA? Klasa średnia już dawno odpadła bo trudno jest znaleźć w katalogach jakąkolwiek pracę (piszę o XIX/XX malarstwie) poniżej 10,000 złotych. Pozostają niestety wyłącznie osoby mające wielkie pieniądze, tzw. ‘kolekcjonerzy’ , którzy po dwóch latach wystawiają te same prace z ok 100% wyższą wyceną. Kiedy ta absurdalnośc wycen polskiego malarstwa się skończy? Mamy w Polsce takich rzeczoznawców od wycen, że trudno o lepszych w świecie. Powstała chyba w Polsce jakaś szkoła ucząca wyceny prac malarskich.

Sprowadzając całą sprawę do absurdu można wyliczyć cenę za 1 cm2 powierzchni prac Józefa Brandta:

  1. Dorotheum: (06/07/21). 50.5 x 74.5 cm. (220,000 euro) tj. 980,000 zł : 3,762 cm2 = 260 zł/cm2
  2. Polswissart (06/01/21). 80 x 124 cm. 1,700,000 zł : 9,920 cm2 = 171 zł/cm2
  3. SDA (06/23/21). 12.5 x 15.5 cm. 350,000 zł: 194 cm2=1,800 zł/cm2

Wniosek: jeśli oddawać pracę Józefa Brandta (akwarelę) na aukcję to tyko do Sopockiego Domu Aukcyjnego. [We will beat any estimate, anywhere in the world!].

Dodam, że na rynku właśnie pokazały się dwie akwarele Juliusza Kossaka, każda wyceniona na ok 5,000 euro. A na ile w Polsce będą wkrótce wycenione? Po 500,000 złotych?

To tylko opinia bez żadnej złośliwości. JD (06/10/21)

Rozmowy z Desą-Unicum (05/27/21)

Szanowni czytelnicy. Mój blog został w końcu zauważony przez Desę-Unicum i opublikowałem ich zwarty list, bez żadnych skrótow, omijający co prawda problemy jakie sygnalizowałem ale jest to już duży postęp. List został skierowany a propos wpisu: https://polishartcorner.com/2020/11/26/adam-styka-1890-1959-na-pewno-nie-nagel-niemcy-i-desa-unicum-polska/comment-page-1/#comment-4566. Spodziewam się replik czytelników i dlatego przenoszę dyskusję do tego działu. (05/27/21)


List Desy-Unicum do Polish Art Corner. (05/26/21).

Jednym z naszych najważniejszych zadań, jako domu aukcyjnego, jest niedopuszczenie falsyfikatów do obrotu na rynku sztuki. Dlatego proces weryfikacji, który przeprowadzamy, jest rozbudowany, czasami długotrwały, nad którym pracuje grono ekspertów. W badaniach podobrazi, płócien, farb i technik malarskich biorą udział doświadczeni konserwatorzy. Prezentujemy wybrane działa historykom sztuki, specjalizującym się w twórczości konkretnych artystów, autorom publikacji i wystaw monograficznych. Prace, które znajdują się na naszych aukcjach, nie mogą budzić najmniejszych wątpliwości ekspertów co do ich oryginalności. Określenie autentyczność na podstawie zdjęć zamieszczonych w internecie jest niemożliwe. Jako eksperci musimy zobaczyć ten obraz na żywo, obejrzeć go w podczerwieni, zapoznać się z dokumentacją, literaturą. Dopiero wtedy można mieć pewność co do autentyczności dzieła. (05/26/21)

Moja odpowiedź: (05/26/21)

Dziękuję za Państwa komentarz. Mogę jedynie podpisać się pod nim odnośnie procesu jaki winien mieć miejsce przed wprowadzeniem prac do obrotu na rynek. Czy zatem możecie potwierdzić Państwo, że ten konkretny olej Adama Styki, sprzedany w Waszym domu aukcyjnym, jest pracą autentyczną? (05/26/21)

Replika czytelnika: (05/27/21)

Szanowni Państwo,
Naprawdę nie chcę być złośliwy, ale jakość ekspertów świadczących swoje usługi dla DESY UNICUM pozostawia bardzo wiele do życzenia – przynajmniej dla mnie.
Mam na myśli sprzedaż pracy Hali Ajdukiewicz jako Juliana Ajdukiewicza i S.Olszewskiego jako J.G.Olszewskiego. Dodając do tego sprzedaż pracy A.Styki będącej dla mnie osobiście marną kopią talentu A.S (świadczą o tym detale) jak i sama sygnatura, których najwidoczniej eksperci Desy nie dostrzegli…Może nadszedł czas, aby DESA wysłała swoich specjalistów na przymusowe badanie wzroku? J.W

Mój komentarz: (05/27/21)

Doskonale rozumiem, że Desa-Unicum stara sie ominąć trudne dla niej sprawy (np. te podsumowane przez czytelnika powyżej) i ta ich odpowiedź równeż dla mnie nie jest zadowalająca …ale widać już postęp. Dyskusja rozpoczęta! Jeśli ta rozmowa będzie prowadziła do większej staranności w stosunku do klientów to moje uwagi na blogu spełnią swoje zadanie. Gotów jestem opublikować beż żadnych skrótów, ingerencji, etc., każdy list z tego domu aukcyjnego (jak równiez i innych) oraz czytelników byleby te prowadziły do poprawy usług. (05/27/21)



Szanowni Pańswo. Z wielką przyjemnością publikuję list Pana MK, który nie pogłębia nas we frustracji i narzekań ale dzieli się swoimi doświadczeniami kolekcjonera w kolejnych etapach swojej pasji. Apel Pana K. Z. poskutkował pierwszą ciekawą i pozytywną ‘spowiedzią’. Mam nadzieję, że list te wywoła podobne wypowiedzi.

Ze swojej strony potwierdzam, że strona ta jest otwarta dla wszystkich. Nie poprawiam i nie cenzuruję listów i dopuszczam skrajne opinie.

Dodam jednak, że pomimo apelu (p. K. Z.) o zwiększenie pozytywnych wypowiedzi związanych z kolekcjonowaniem, dalej będę punktował przykładami negatywne strony rynku, jeśli się takie trafią. Może rzeczywiście mało kto by zaglądał na tej blog, gdyby nie kolejne trupy wypadające z tych obszernych gdańskich i warszawskich szaf. Zapewniam, że jest to jedynie odprysk moich zaintersowań. JD. (05/20/21)


Szanowni Państwo,

Wielkie emocje wyzwala to całe nasze kolekcjonowanie. Bo ryzyko, że hoho! Ale może też Super-Myśliwemu trafić się wyjątkowa zdobycz ! Zawinięci w woal miłości do sztuki, szukamy przecież w tym samym momencie tych skarbów cenniejszych niż złoto!   

Z niecierpliwością czekam na stanowisko konserwatora po inspekcji obrazów Kislinga i Styki – może spadną z aukcji jeszcze przed… 😉 Pewnie naiwność, ale co tam. Miałem bardzo małe osobiste doświadczenie z tym domem aukcyjnym, może dlatego, że generalnie bardzo drogo tam i pompa, ale te mini doświadczenia, które miałem nie były negatywne.   

Każdy odpowiada sam za swoje decyzje, szczególnie każdy poszukiwacz złota- to chyba jest istota tego kolekcjonerskiego zajęcia. W tym kontekście bardzo cenię wszystkie uwagi, punktowanie przez autora blogu dziwactw i objawów chciwości na rynku. To cenna szczepionka dla mnie. Oczywiście oczekiwanie etycznego zachowania domów aukcyjnych jest też u mnie ogromne, co jakiś czas organizm próbuje zapomnieć jak jest w realu, idealizuje. Dlatego czytam – “szczepię się” i dzięki za to punktowanie.   

Irytują mnie za to, może nawet jeszcze bardziej od opisywanych działań domów aukcyjnych, te marzenia tu wyrażane chyba, że KTOŚ (prawy) z tymi wszystkimi patologiami zrobi porządek i… jak się wydaje, niech już będzie porządek. To musi być iluzja – kto zostałby wtedy obsłużony tym porządkiem? Ja, my, Pan?  

U nas w PL mądrzej się chyba wygląda jak się święcie wzburzy, pomarudzi; blog pewnie by też nie pociągnął zainteresowania, gdyby się tylko i za bardzo pięknem ekscytował. A nawet najpiękniejsza kobieta potrafi też ostro dźgnąć. No i w końcu ten super myśliwy- kolekcjoner, łowca tego co cenniejsze od złota ma o własnych błędach, albo uniesieniach pisać? Chyba przerwałaby się dyskusja -my jesteśmy sami mocni-krytyczni gracze! Nawet jakby coś się potknęło u mnie to przez zewnętrzne patologie!  

Może jednak, jak sugeruje chyba Pan K.Z. w ostatnim liście, nie zapominajmy o niedoskonałości tego kolekcjonerskiego dążenia, tej naiwnej miłości do piękna i ekscytacji (ładnej stronie), które są w kolekcjonowaniu. Wobec tego kilka naiwnych, osobistych ujawnień:  

Moje wpadki:

– ileś obrazków młodej sztuki na samym początku, które zalegają już w dalekich kątach (bo było… jakbym wtedy wchodził do kościoła… chciałem obcować z, jakąkolwiek, “żywą”, oryginalną sztuką, a bałem się jeszcze zaryzykować za dużo),

– kiedyś kupno na odległość obrazu Epsteina we FR po aukcji z zaklejoną dziurą (dość ordynarnie z tyłu zaklejona, a zamalowana z przodu też nieładnie, co dostrzegłem dopiero kiedy obraz do mnie przyjechał, zapłacony z daleka; nie było o tym na aukcji/nie pytałem jeszcze o raporty/ zdjęcia tyłu, nie zwróciłem ostatecznie obrazu i nie zawalczyłem skutecznie o zwrot) 

– prace Popczyka opisywane kiedyś tu na blogu – kilka prac kupionych z ekscytacją, relatywnie drogo, potem namierzenie tego Pana Reszki, zwątpienie, czy to ma jakąkolwiek wartość, poczucie, że najpewniej zostałem jakoś wkręcony, dyskusje z autorem tego bloga, z ekspertem od aukcji, ustalenia ze znajomą kancelarią prawniczą; zatrzymałem się przed dalszym działaniem po stwierdzeniu mailowym eksperta (z dużym nazwiskiem), że nie cofa swoich gwarancji; trzeba komuś ufać, ale obrazy zdjąłem ze ścian, bo nie chcę już na nie patrzeć codziennie (pewnie załatwienie wątpliwości takie sobie jednak, może bezruch nazwany ufnością zamiast miecza -?)  

Ekscytacje, blaski, zdobycze:

– rzeźba w brązie przedwojennej rzeźbiarki Janiny Broniewskiej niedoceniona zupełnie na aukcji i zdobyta gdzieś w dalekiej Francji, a potem znalezienie w archiwum cyfrowym Muzeum Narodowego zdjęcia malarki przy gipsie tej rzeźby, z modelem

– inna, rzadka rzeźba Wittiga namierzona gdzieś w Hiszpanii

– wszystkie historie życia, drogi moich Artystów – te całe moje codzienne, prywatne, nieustanne studiowanie – meandrowanie

– odkrycie Piotra Kowalskiego – architekta, artysty o typie naukowca i jego Cube, która po iluś wcześniejszych próbach zawisła u nas w domu

– zagłębienie się w zbyt mało wg mnie jeszcze docenianą u nas, mądrą i kojącą twórczość Józefa Hałasa, kolejne nabycia i przeżywania jego prac, to jak wędruje w ciągu dnia światło po tych obrazach, kontakt z Panią Ewą prowadzącą z determinacją blog Kaszewska o Hałasie, na którym odsłania drogę tego artysty, niedostępny Podręcznik dla Asystenta J. Hałasa, jaki mi przekazała

– moje własne, amatorskie próby malarskie, radości i zwątpienia z tym związane, oparte o refleksy tego wszystkiego co oglądam w wielkich ilościach w internecie, muzeach, na ścianach, o różnych porach dnia

– kontakty na żywo, w pracowniach z tworzącymi artystami (to chyba najfajniejsze, przestają być tylko dziełami, nazwiskami, biografiami, jest wyjątkowość zawsze wielka w trakcie i po takim spotkaniu) – dość niedawno, kontaktująca się ze mną przez dom aukcyjny młoda, ale już bardzo uznana artystka z Krakowa, której obraz chciałem sprzedać na aukcji (ale się nie sprzedał) i która zaproponowała nam wymianę na inny – to zaprowadziło nas do spontanicznej, rodzinnej wizyty w Krakowie w surrealistycznym, pandemicznym momencie (nocleg z widokiem na Wawel tuż przed zamknięciem hoteli, zwykle niedostępny, bo rezerwowany miesiące przed) i wizyta z rodziną w pracowni tej Pani, wszystkie korespondencje, obraz, w którym zamknięte jest tamto wspomnienie; albo odwiedziny u Józefa Wilkonia, do którego w końcu doprowadziła mnie relacja z Panią Joanną, u której zwykle oprawiam obrazki, rozmowa z nim, podpisane przez JWilkonia, a wcześniej przeczytane książki, żywa pracownia z tym wszystkim co w niej, krzepiąca mikstura z czosnkiem, wyjątkowa przez to wszystko praca wisząca w naszym domu     

– w końcu też przyziemne sprzedaże, jak się uda, mimo smutku rozstania często – w życiu co do zasady łatwiej się kupuje niż sprzedaje (myślę, że obrazy też) i dopóki nie sprzedamy, to nie wiadomo; chcę też się jakoś sprawdzać, widzieć jakiś ruch, części mojej kolekcji bywają w ruchu; to jest duża satysfakcja jak dołoży się tych wszystkich starań potrzebnych do sprzedania (czasem trzeba bardzo wielu) i coś się dobrze uda – nie ma przy tym straty, albo jest nawet jakiś sukces finansowy  

Pozdrawiam Państwa serdecznie, MK. (05/20/21)



Na tle prac Tadeusza Styki i Mojżesza Kislinga w PolswissArt (05/14/21)

Listy od dwóch czytelników skłoniły mnie do napisania kilku zdań na temat rzetelności opisów, tj, kolejnych przekrętów w polskich domach aukcyjnych, konkretnie tym razem w PolswissArt. Prowadzę od jakiegos czasu dzial Handlarze, w którym przedstawiam wybrane przykłady szybkiego przerzutu prac polskiego malarstwa, kupionego na zachodzie a po chwili znajdującego się już na aukcjach w Polsce. Cechowała do tej pory te opisy jedynie wysoka marża, tj. kilkadziesiąt procent zysku. To sprowadzanie dla zysku miało jedynie ukazać, że może warto kupować prace na zachodzie bo jest tam zazwyczaj taniej niż kupować je później w Polsce. Nie każdy podziela moje zdanie lecz nie w tym rzecz. Taki handel sztuką to też sztuka bo może się nie udać, tj. można zostać z niechcianym ‘towarem’ zamrażając sobie gotówke na miesiące jeśli nie na lata. Zazwyczaj jednak handlują same domy aukcyjne, mające dużo większy kapitał od drobnego handlarza i mające zwykle listę potencjalnych klientów na obraz jaki licytują (win-win situation). Taki handel specjalnie mi nie przeszkadza, choć mierzi, bo przecież zwycięża na aukcji ten kto da najwyższą ofertę. Każdy z nas może dać najwyższą ofertę.

Piszę w innym celu. Właśnie ukazał się katalog warszawsiej firmy PolswissArt (https://www.polswissart.pl/pl/aukcje/262-aukcja-dziel-sztuki) i zostały tam podane (chyba nieświadomie?) na talerzu pewne groźne przekręty. Wymienię je po kolej na przykładach jakie właśnie umieściłem w dziale Handlarze. Nie wiem czy PolswissArt sam był świadom tego co opublikował czy też miał pomroczność świadomości.

Na przykładach dwóch prac, obrazu Tadeusza Styki (https://www.polswissart.pl/pl/aukcje/262-aukcja-dziel-sztuki/13038-portret-blondynki) i Mojżesza Kislinga, możemy wnosić, że obie prace zostały kupiione w marcu, zaś w maju były już katalogu internetowym Polswissart. Firma warszawska pisząc o proweniencji pracy Tadeusza Styki podaje „ Warszawa, kolekcja prywatna” oraz “Wielka Brytania, kolekcja prywatna”. Ten obraz w kolekcji prywatnej w Warszawie chyba jednak nie powisiał. Pisałem, że można na nowo zdefiniować słowo ‘kolekcja’ i ‘kolekcjoner’ ale lepiej byloby napisać prawdę, tj. zakup przez handlarza w UK w dniu 20 marca 2021 a w naszym katalogu już w pierwszej połowie maja. To tak gwoli dokładności skąd ten obraz wziął się w Polsce i kiedy. To jest jednak sprawa marginalna bo…

handlarz po zakupie wziął się do poprawiania obrazu. Jak wykazałem, zdecydował się wymazać dedykację autorską jaka była powyżej sygnatury Tadeusza Styki. Myślę, że handlarzowi wydawało się, że bez tej dedykacji a) praca nabierze wartości oraz b) nikt tej ingerencji nie zauważy. Stało się inaczej.

Z lewej: powiększenie fragmeny brazu z Polswissart, z prawej: powiększenie tego same fragment z Tannens, UK

PolswissArt nie wykazał żadnego głębszego zaintereowania historią tej pracy. Jeden z czytelników napisał mi wczesniej i to opublikowałem, że obraz był wystawiany w 1930/31 roku na zbiorczej wystawie Tadeusza j Jana Styków. Zatem można było pogrzebać w archiwum (nie wspominam o tym blogu) by dodać tę informację do opisu katalogowego.

Obraz po zakupie w UK wyraźnie uległ ingerencji (trudno nazwać to konserwacją)  co widać z porównania fotografii UK vs PolswissArt. Czy ta informacja o ingerencji nie powinna znaleźć się w katalogu? Tzw. ‘condition report’ jest niezwykle ważny przy ewentualnych zakupach a informacja o świeżej konserwacji winna być podana, zwłaszcza, że doszło do poważnej ingerencji (usunięcie dedykacji).

Bardzo możliwe, że zwykła inspekcja obrazu za pomocą podręcznej lampy UV mogłaby wykazać ingerencję kolekcjonera vel handlarza warszawskiego. Ciekaw jestem czy nie doszło również do pewnych retuszów i te winny byc wyszczególnione. Niektóre poważne firmy dołączają takie raporty w opisach katalogów.

Gdy dochodzi do konserwacji obrazu to koniecznie chciałbym wiedzieć kto tę konserwację dokonał i jakie miał kompetencje konserwatorskie oraz prosiłbym o wyszczególnienie wykonanych czynności i zmian. To sprawa rzetelności i ważna infomacja dla kupującego i ważna dla historii obrazu. Czy PolswissArt gotów byłby przedstawić taki dokument?

W przypadku obrazu Mojżesza Kislinga (https://www.polswissart.pl/pl/aukcje/262-aukcja-dziel-sztuki/13069-portret-mlodej-kobiety-1931) , wycenionego przez PolswissArt na 350,000 – 450,000 złotych (cena małego mieszkania w Warszawie) mamy równiez poważne zaniedbania. Portret przedstawiający młodą kobietę został kupiony w USA za blisko $70,000 i równie szybko od zakupu, poprzez ‘kolekcję prywatną z Warszawy’, po dwóch miesiącach był już w katalogu PolswissArt. Kolekcjoner=handlarz, choć to również sprawa marginalna. Obraz rownież poddano poważnej konserwacji. Jak widać na oryginalnej fotografii z Sotheby’s obraz miał poważne spękania (termiczne?) farby. Na obecnej fotografii te spękania zostały wypełnione i pewnie został położony jakiś maskujący werniks. Skoro PolswissArt ten obraz wycenia teraz na 120 tys dolarów to chciałbym otrzymać szczególnie dokładny opis konserwatorski z wyszczególnieniem co zostalo zrobione, kiedy i przez kogo. Jeśli tę konserwację wykonał sam handlarz to wg mnie obraz stracił co najmniej połowę wartości i niech on sam sobie go zatrzyma. Być może doszło również do ingerencji koloru zielonego tła (sugestia czytelnika wyrażona w prywatnym liście). Podsumowując, brak istotnych informacji a zamiast tego Polswissart karmi nas długą, znaną, suchą biografią Mojżesza Kislinga.

Mam nadzieję, że kolekcjoner z Warszawy nie jest toższamy z samą PolswissArt. Gdyby się jednak okazało, że to sam Polswssart kupił i spaprał oba obrazy to byłaby zupełnie inna sytuacja. Warto to wyjaśnić i warto pytać u źródła na Wiejskiej w Warszawie.

Czytelnik odnośnie tej sytuacji (Handlarze) napisal mi „Proponowałbym nową definicję „Cudu nas Wisłą” rozumianego jako gwałtowny, nagły, nadzwyczajny wzrost wartości dzieła zawleczonego do polskiej stolicy (rzadziej do Sopotu) w celach spekulacyjnych.” Ja ze swej strony dodam tytuł książki jaki kojarzy mi się z okaleczeniem pracy Tadeusza Styki. Tytuł to ‘ Na nieludzkiej ziemi’ autorstwa kolorysty Józefa Czapskiego w kontekście mordowania prac malarskich.

Ten sam czytelnik dodał w tym samym liście:

To kolejna przewaga handlarza bo on kupuje prace jak węgiel na tony, nie musi niczego widzieć nagrywa tylko naiwnego i zapewne mającego do niego zaufanie klienta, bo to przecież taka miła Pani, maja piękną galerie na Wiejskiej w stolicy i słynne na cała Polskę aukcje i wszyscy moi znajomi lekarze i prawnicy też u nich kupują – takie jest przeważające myślenie polskiej klasy średniej i wyższej – to a propos dyskusji o Polswissart.  

Kilka osób myślących zaledwie po pokazaniu im Pańskiej strony i zestawieniu kilku prac i ich cen dało się przekonać do mojego punktu widzenia. Reszta to typowe kołtuństwo. Do tego wyrobnicy z desy i Polswiss dzwonią, piszą maile budują tą cała zakichaną relacje z klientem wzorowaną na amerykańskim stylu budowy relacji z klientem z tą różnica że ten polski durny klient nie ma najczęściej pojęcia że jest rżnięty na marże kilkadziesiąt procent na przywleczonych z zachodu pracach, które mógłby sobie kupić sam. 

To co Pan dziś swietnie opisał  to wzorcowa manipulacja stanem zachowania płótna Kislinga przez Polswiss. Jeśli płótno miało inny stan zachowania należałoby o tym wspomnieć. Nie ma żadnych informacji. Kto czym i jak przy tym majstrował – nie wiadomo. Nie ma żadnych danych i trudno oczekiwać od spekulantów i handlarzy wiarygodnych danych, będą ładnie wyglądające papierki z pieczątkami – ale to nie znaczy nic. 

W.

Może ktoś z czytelników, mieszkańców Warszawy i okolic, wybierze się do Polswissart na ulice Wiejską i poprosi tam o condition report obu prac jak również o pisemny raport konserwartora obu prac a następnie podzieli się ze mną tymi informacjami?

A tam zupełnie na margiesie, to kto zdrowy na umyśle kupuje w Polsce ‘podrasowane’ oleje Mojżesza Kislinga ze 100% marżą, gdy każdego tygodnia na aukcjach we Francji, UK, USA znaleźć można jego prace, do wyboru tematu  i to stanie oryginalnym, bez retuszów, 50% off polskiej ceny?

Komentarz #1 czytelnika (05/15/21)

Nie kupuje już w Polsce prac. Co do zasady. Gdyby pojawiło się coś wyjątkowego w typu olej Wojtkiewicza czy M.Gottlieba pewnie bym powalczył. Sotheby’s zrobił uczciwą wycenę tej małej pracy Kislinga w stanie zachowania dostatecznym minus. Wszystko co potem się stało to już ordynarna polska spekulacja. Zobaczymy za ile to teraz opchną. Nawet nie ma w Polsce sensownej instytucji, której można te praktyki zgłaszać żeby ten cały łancuszek spekulantów chociaż uczciwie opodatkowała. 


Żaden „ekspert” nie odważy się napisać artykułu kwestionującego estymacje, sugerującego zawyżone celowo wyceny obiektów. Pan Zadrożny pięknymi słowami zakrywa konserwowanie status quo. Kolekcjonerzy niestety nie są górnikami i nie potrafią reagować na krzywdy w górniczy sposób, może gdyby potrafili domy aukcyjne zmienialiby szyby raz w mięsiącu po każdej aukcji. 


Rozmawiałem z jednym dyrektorem sprzedaży po starej znajomosci i twierdzi, że tym rynkiem w Polsce kręci zaledwie kilkadziesiąt osób powiązanych towarzysko i kapitałowo z właścicielami domów aukcyjnych. Zaledwie kilkadziesiąt! Dla zwykłego leszcza nawet z kilkoma milionami € to zabawa zbyt ryzykowna bo taki typ z ulicy nie ma żadnych dojść do bazy danych klientów.Mam takich znajomych, a są to wykształceni ludzie, którzy niech Pan sobie wyobrazi – potrafią dzwonić do dyrektorów sprzedaży w Desie czy Agrze i pytać ich do jakiej kwoty warto licytować daną pracę. Upraszczając, dyrektor zatwierdza estymacje a potem dzwonią do niego potencjalni kupujący i pytają do ilu on im to radzi licytować – po prostu farsa! Pic w białych rękawiczkach! Domy aukcyjne są panami sytuacji i rynku, grając znaczonymi kartami. Nie dziwi mnie, że nie ma w Polsce oddziału Sotheby’s czy Dorotheum czy Christies, widoczne czują przekręt na odległość. 
Może coś napisze kiedyś na ten temat chociaż jestem tą rzeczywistością zbrzydzony. Właściwie Pański blog to archiwum przekrętów i nadużyć rynku sztuki. Jeśli ktoś by kiedyś zaczął prać brudy domów aukcyjnych to najwiecej materiału znajdą u Pana, skatalogowane i w porządku chronologicznym, dość dokładne i precyzyjne. 


Ciekawe, że wydziały gospodarcze prokuratur się tym nie interesują. Dla mnie to często nosi znamiona doprowadzania do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez wyzyskanie błędu co do wartości nabywanej ruchomości. 


Jak kupujemy samochód i sprzedawca przekonuje takiego przeciętnego konsumenta i buduje w nim przeświadczenie, że wóz jest warty 100k w efekcie czego kupujący płaci tę sumę a po zawarciu transakcji okazuje, że jest wart 50k to jest to oszustwo i na to są paragrafy. Jak podstawimy pod słowo samochód dzieło sztuki przy pozostawieniu pozostałych parametrów nagle okazuje się, że paragrafów brak. 

W.

Komentarz #2 czytelnika (05/15/21)

Po zakończonej licytacji pracy T.Styki dodałem komentarz: ,,Mam nadzieję, że kupił ją kolekcjoner ale to z pewnością czas pokaże” i pokazał w ekspresowym tempie  że był to handlarz!! Handlarz – mam na myśli definicje ogólnie przyjętą , a nie jak to pokazuje opis PolswisArt :kolekcja prywatna Warszawa. Nie neguje handlarza, każdy ma do tego prawo – wydawać/inwestować własne pieniądze w celach zarobkowych.

Odnosząc się do samej ingerencji w portret przez tzw. konserwatora – mam na myśli usunięcie dedykacji autora portretu to jest to dla mnie (osobiście) czysta profanacja!!

Dziwie się również, że pracownicy domu aukcyjnego nie podjęli wysiłku ,aby odnaleźć oryginalny tytułu pracy T.S  ,,Dunka” ale to tylko świadczy o ich braku wiedzy i lenistwie..

Po ujawnieniu/upublicznieniu informacji na temat ,,daleko posuniętych ingerencji” w prace Styki i Kislinga z katalogu PolswisArt,
należało by oczekiwać komentarza w tej sprawie oczywiście od samego domu aukcyjnego.
Kolekcjonerzy muszą znać wszelkie informacje na temat poczynionych konserwacji pracy którą chcą nabyć!! Tego się wymaga od każdego szanującego się domu aukcyjnego!! Zatajenie takich informacji jest niedopuszczalne!

Mleko się rozlało i czas pokaże czy PolswisArt wyjdzie z twarzą i napisze sprostowanie/uzupełnienie/przeprosiny??
Czy schowa głowę w piasek i będzie udawał , że nic się nie stało – ALE się stało , bo mleko się już rozlało!
Pozdrawiam
J.W

Komentarz/list czytelnika #3, do Pana Krzysztofa Zagrodzkiego (05/17/21)

Pytania do Pana Zagrodzkiego:

Analizując opisywany tutaj ostatnio przykład pracy Kislinga i „bojowy szlak spekulanta” jaki pokonała ta praca przylatując z Nowego Yorku do Warszawy, miałbym do Pana, chyba jako jedynego eksperta wypowiadającego się na tym blogu w sposób nieanonimowy, następujące pytania:

Przyjmujemy następujący stan faktyczny:

  1. Praca w Sotheby’s z wyceną 10-18tys. $
  2. Sprzedany za ok. 70tys. $ w Sotheby’s
  3. Sprowadzony do Polski, ingerencja w dzieło sztuki i brak informacji na ten temat w opisie w katalogu, nowa estymacja 93-120tys. $

przypominam chodzi o obrazek wielkości 34,2×24,5cm

dodatkowa kwestia to opisanie w katalogu krótkiego pobytu dzieła w Warszawie jako „kolekcja prywatna Warszawa”

Pytania, jeśli Pan pozwoli:

  1. Czy wycena w Sotheby’s była zaniżona? Jeśli tak to proszę wyjaśnić przypuszczalne powody, czy Sotheby’s nie ma interesu w tym, żeby zarabiać i sprzedawać prace możliwie wysoko? A może wycena w Sotheby’s była uczciwa?
  2. Obraz kupiony, co do tego nie ma z mojej strony żadnych wątpliwości, w celach spekulacyjnych, wysoce uprawdopodabnia to późniejszy rozwój wypadków, czy zgodzi się Pan Ekspert z tym twierdzeniem?
  3. Czy ta konkretna ingerencja w to konkretne dzieło sztuki zwiększa czy zmniejsza jego wartość a może pozostaje neutralna dla wyceny? Czy tego typu ingerencja powinna być uwidoczniona w katalogu aukcyjnym? Czy tego typu ingerencja może stanowić wadę fizyczną tego dzieła gdyby została przykładowo przeprowadzona w sposób niefachowy lub/i przez osobę nieuprawnioną?
  4. Czy nowa estymacja dokonana przez polski dom aukcyjny, setki procent wyższa od pierwszej dokonanej przez jeden z najbardziej prestiżowych i godnych zaufania domów aukcyjnych na świecie, jest adekwatna i akceptowalna dla Pana?
  5. Jaka jest wartość tego dzieła w tym kontekście, jeśli ktoś z czytelników wylicytuje je za 100tys. $ a może za 150tys. $ – podaje przypadkowe poziomy – uzna Pan, że dzieło jest warte dokładnie tyle, za ile zostało wylicytowane?
  6. A jeśli bogaty i zirytowany sytuacją czytelnik tego blogu, licytowałby to dzieło do oporu lub – od razu – podbił stawkę do 500tys. $ – uzna Pan taką wartość tego obrazu?
  7. Gdybym mieszkał we Francji i chciał taki obraz po zakupie za te 500tys. $ ubezpieczyć na taką właśnie kwotę, czy z Pańskich doświadczeń wynika, że ubezpieczyciel zaakceptuje taką wycenę i ubezpieczy ten mały obrazek na ponad pół miliona dolarów?

Gdyby był Pan uprzejmy odpowiedzieć na pytania przed rozpoczęciem tej czerwconej aukcji, byłbym bardzo wdzięczny. Załączam pozdrowienia. Czytelnik bloga polishartcorner.

Odpowiedź p. K. Z. na powyższe pytania (05/17/21)

Szanowny Panie,

Bardzo mi miło że adresuje Pan do mnie te pytania, chociaż ja nie mam tutaj funkcji jakiegoś supereksperta, rozumiem natomiast że akurat ja nie chowam głowy w piasek, stąd ta sytuacja. Na te tematy wypowiem się wkrótce w osobnej rubrce, więc na razie odpowiadam w skrócie, niekoniecznie po Pana myśli

  1. Myślę że wycena w Sotheby’s jest właściwa. Proszę zauważyć że ostatnie słowo przy ustalaniu ceny rezerwowej ma sprzedający, a ktoś kto wstawia na aukcję obraz tej klasy jest dobrze zorientowany w notowaniach i nie pozwoli na jego sprzedaż za bezcen.
  2. Oczywiście że chodzi tu zakup spekulacyjny
  3. Zgadzam się że wszelkie ingerencje w strukturę obrazu oraz usuwanie wszelkich informacji na nich naniesionych nie powinno mieć miejsca. We Francji bardzo ceniony jest obraz “dans son jus” (w swoim sosie) nieczyszczony i zakurzony, co świadczy o tym że nie został ‘przemielony’ na rynku aukcyjnym czy w galeriach. W polskiej rzeczywistości (ale nie tylko) większość nabywców chciała by mieć dzieło w bezbłędnym stanie, jakby wyszło prosto z pracowni artysty. A rynek wychodzi tym oczekiwaniom naprzeciw.
  4. Tu przypominam raz jeszcze że jest to wolny rynek i można sobie wycenić tego Kislinga na million Euro, zaś kolekcjoner za którego nikt nie podejmuje decyzji tylko on sam powinien się uzbroić w odpowiednią wiedzę, o którą dziś nie tak trudno i zbojkotować taką ofertę.
  5. Teoretycznie obrazy są tyle warte ile są gotowi zapłacić są za nie kupujący – w danym momencie. Znane z historii kryzysy na rynku pokazują że ta wartośc może się radykalnie zmienić. W praktyce znawcy podchodzą do rekordowych cen z dużą ostrożnościa. 
  6. Ja oczywiście zachowam swoje zdanie na ten temat kiedyś coś zostało szokująco przepłacone. Zresztą ‘kominy cenowe’ są tu brane z wielką podejrzliwością i na ogół nie wpływają na ogólne notowania. Wówczas można przypuszczać że doszło tu do pojedynku dwóch mocnych rywali którzy chcą pokazać kto tu rządzi a czasem chodzi po prostu o fikcyjną transakcję.
  7. Tu trudno mi odpowiedzieć, bo wszystko zależy od ubezpieczyciela. W pewnych przypadkach jest to możliwe, jeśli poparte wiarygodnie wyglądającą ekspertyzą, zaś jego przedstawiciel ma słabe pojęcie o rynku sztuki.

Z wyrazami poważania,

K. Z.

Riposta czytelnika #4. (05/18/21)

Szanowny Panie Zagrodzki, 

uprzejmie dziękuję na niezwłoczne udzielenie odpowiedzi na moje pytania. Jeśli właściciel bloga nie ma nic przeciwko, pozwolę sobie skomentować jeden z akapitów Pańskiej wypowiedzi. 

Pisze Pan, w kontekście zasad dokonywania estymacji tak: 

„Tu przypominam raz jeszcze że jest to wolny rynek i można sobie wycenić tego Kislinga na million Euro, zaś kolekcjoner za którego nikt nie podejmuje decyzji tylko on sam powinien się uzbroić w odpowiednią wiedzę, o którą dziś nie tak trudno i zbojkotować taką ofertę.”

Mój komentarz do tej opinii jest następujący: 

Istotnie rynek jest wolny ale oszustwa są penalizowane. Istnieje taki czyn zabroniony jak doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. 

Tysiące ludzi każdego roku w różnych dziedzinach obrotu gospodarczego w Polsce jest skazywanych w oparciu właśnie o te przepisy dotyczące oszustwa, wyzyskania błędu, zbudowania w kimś błędnego przeświadczenia co do wartości ruchomości i nieruchomości. 

Idąc tokiem Pańskiego rozumowania oszustwo nie istnieje! Nie ma żadnego doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem! Można obraz za 20 tys. $ wycenić w białych rękawiczkach na 1 milion $ i w sprzyjających okolicznościach znaleźć chętnego na zakup tego dzieła i faktycznie dokonać jego sprzedaży za milion $. Czy to jest wolny rynek? Ma to tyle wspólnego z wolnym rynkiem ile demokracja z demokracją ludową. Są to pozory wolnego rynku. 

Czy gdy nabywca zorientuje się, że padł ofiarą oszustwa, należałoby odmówić ochrony prawnej bo przecież… jest wolny rynek?

Czy  „uzbrojenie się w odpowiednią wiedzę” jest faktycznie wystarczające skoro z jednej strony wycenić można obraz na dowolna kwotę w przedziale od 1 do plus nieskończoności a z drugiej strony obraz jest warty tyle ile ktoś za niego zapłaci? Przecież łącząc te dwa elementy mamy bonanzę i spekulacje do końca świata! Wyceny robimy takie na jakie mamy ochotę, bo dobrze opłacamy specjalistów do wycen, aukcją możemy manipulować też jak chcemy, żeby obraz nie spadł z aukcji sami możemy podbijać stawki i manipulować obrotem gospodarczym. Ostatnim ogniwem jest znajomy dyrektor sprzedaży, który za określoną prowizję może przekonać potencjalnych kupujących, że obrazek faktycznie jest wart milion $. I koniec, transakcja zakończona! Wszyscy zadowoleni, nawet kupujący (przynajmniej do pewnego momentu. 

Ujęcie „wolnorynkowej wyceny dzieła sztuki”, które Pan zaproponował to patologia par excellence. 

Abstrahując od kolekcjonowania a skupiając się na transakcjach kupna i sprzedaży, dzieła sztuki nie są wg mnie w tym kontekście żadnym przypadkiem szczególnym. Są takim samym towarem jak samochody, surowce, biżuteria, metale szlachetne. I podlegają ochronie przed oszustwem, manipulacjami cenowymi itd. 

Jeśli nakłada się miliardowe kary na banki inwestycyjne za zmowy cenowe, manipulowanie kursami surowców, metali szlachetnych, kursami walut na forex, czy nie można zacząć nakładać kar na domy aukcyjne i spekulantów za manipulowanie cenami dzieł sztuki? 

Polski kodeks karny normuje właśnie takie czyny jak doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem i wywołanie w kimś błędnego przeświadczenia co do wartości materialnej ruchomości. 

Ochrona niestety w polskich realiach jest w przypadku dzieł sztuki bardzo słaba z innego powodu. Brak wiarygodnego i powszechnie akceptowalnego benchmarku. O ile znamy kontraktowe ceny metali szlachetnych, miedzi, mamy dość precyzyjna wycenę samochodów (także tych kolekcjonerskich) o tyle w przypadku obrazów rynek jest patologicznie nieuregulowany. Wycenę może zrobić właściwie każdy, podeprzeć ją choćby fikcyjną transakcja aukcyjną (przeprowadzoną wtórnie z celem wykorzystania przy późniejszej fałszywej estymacji), przybić kilka pieczątek i zalegalizować w obrocie z taką a nie inną estymacją. Nie ma żadnych sensownych rejestrów aukcyjnych z których mogą korzystać kupujący choćby sprawdzając powiązania kapitałowe między sprzedającymi i pośrednikami a także miedzy innymi uczestnikami aukcji. Rynek nie ma regulatora. 

Przecież w ten dokładnie sposób, zgodnie z tym schematem manipulowane i zawyżane są systemowo ceny w polskich domach aukcyjnych. 

Najpierw pojawia się komin cenowy, o którym zaczynają pisać i ekscytować się nie tylko media branżowe ale nawet publiczne. Potem powoli podnoszone są wyceny kolejnych prac takiego artysty. Kolejne wyższe estymacje zatwierdzane są przez dyrektorów sprzedaży w domach aukcyjnych a potencjalni kupujący pytają tych samych dyrektorów sprzedaży o to do jakiej kwoty mogą licytować. Otrzymują oczywiście co roku coraz wyższe widełki estymacji, co ma być uzasadnieniem dla coraz wyższych estymacji kolejnych prac pojawiających się w obrocie a nawet tych samych prac, pojawiających się w obrocie kilka razy w ciągu kilku lat. W ten sposób zamyka się spekulacyjne kółko.

Dopóki szanowani eksperci będą formułować wnioski typu „jest wolny rynek i można każdą prace wycenić w każdej cenie” a z drugiej strony ustawodawca polski będzie ślepy i głuchy na potrzebę uregulowania obrotów na rynku sztuki, spekulacyjna bańka i bonanza domów aukcyjnych będzie trwać. 

Co do zasady polski bank nie przyjmie od Pana w zastaw obrazu i nie udzieli Panu pożyczki. Polskie banki nie wierzą ani w rekordy aukcyjne ani w estymacje domów aukcyjnych. Jak wiadomo, banki umieją liczyć, przynajmniej zazwyczaj. 

Pozdrawiam, czytelnik bloga polishartcorner 

Odpowiedź p. K.Z. na powyższą ripostę (05/20/21):

Szanowny Panie,

Może i Pan ma rację. Na wszystko można znaleźć odpowiedni paragraf, to zależy od sądu i sędziego.

Natomiast uświadomił mi Pan że ja żyję w innej rzeczywistości, bo nie słyszałem tu przypadku żeby ktoś wytoczył komuś proces z powodu mocno przesadzonej wyceny jakiegoś dzieła. Ktoś kto przymierza się tu do kupna drogiego obrazu (w szczególności) na ogół dobrze wie co robi, zna ten teren a przynajmniej poradził się zaufanego specjalisty. Pan kreśli dosyć niekorzystny obraz klienta polskiego, który na niczym się nie zna, który bładzi po omacku i na którego zewsząd czychają oszuści. Taki osobnik budzi się rano i zastanawia czy inwestować w baryłki brentu czy może w jakiś drogi obraz. No i takiemu można wmówić że Jerzy Kossak jest wart pół miliona. Tu rysuję oczywiście karykaturalny obraz osoby dla której najważniejszy jest aspect inwestycyjny a nie prawdziwego amatora sztuki, których mam nadzieję jest tu przytłaczająca większość.

Pisze Pan dalej “Dopóki szanowani eksperci będą formułować wnioski typu „jest wolny rynek i można każdą prace wycenić w każdej cenie” […] spekulacyjna bańka i bonanza domów aukcyjnych będzie trwać. » Otóż w żadnym miejscu nie wyraziłem aprobaty dla tego rodzaju praktyk : chyba jest różnica między stwierdzeniem że gdzieś oszukują a nawoływaniem do oszustwa. Ja tylko ostrzegam że w tym systemie należy liczyć głównie na własną inteligencję, oczytanie i ostrożność a nie liczyć na jakiś cud.

Jeśli z kolei pije Pan do mojej działalności eksperta który działa głównie w zakresie sprzedaży aukcyjnej – gdzie publikowanie fikcyjnych wyników praktycznie nie ma miejsca – proszę mi wytłumaczyć jaki ja bym miał interes żeby rozdymać estymacje ponad wszelką miarę ? Żeby się ośmieszyć i zostać z niesprzedanymi pozycjami, z czego był by niezadowolony sprzedający, aukcjoner, no i ja sam ?  Natomiast zdarzały mi się uwagi od sprzedających że coś tam na mojej aukcji sprzedało się za tyle a w jakiś czas później pojawiło w Warszawie za cztery razy tyle. Te przecieki z kolei wpływały na presję ze strony tutejszych właścicieli, którzy sądzili że można tu żądać polskich cen, z których część była wyssana z palca. 

To trochę absurdalna historia, że niżej podpisany o rodowodzie  uniwersytecko-muzealnym, który w pewnym momencie życia opuścił sektor publiczny i zderzył się z zupełnie inną mentalnością (i czasem etyką) uchodzi teraz za obrońcę dzikiego kapitalizmu.

Na zakończenie pozwolę sobie zacytować jednego z moich oponentów podpisującego się literą « k » : « Jeśli autor bloga pozwoli chciałbym zacząć nowy wątek, żeby rozluźnić nieco atmosferę tego okładania się na oślep z domami aukcyjnymi. Do wszystkich kolekcjonerów i osób na tym forum- wasze największe wtopy, przepłacone, nieudane zakupy, falsy, fejki, błedy i rozczarowania, może jakiś anegdoty z tym związane ». No właśnie, może by koś wreszcie napisał też coś pozytywnego o swoich pasjach, projektach I marzeniach, bowiem czytając niniejsze teksty można doznać wrażenia że kolekcjonowanie to jeden wielki koszmar…

Wszystkim dyskutantom dziękuję za wyrażone opinie.

K.Z.

Komentarz #5 czytelnika (05/18/21)

“Witam Wszystkich,

Chciałbym dołożyć kilka słów do opinii Autora bloga na temat prac Styki i Kislinga w Polswiss Art.
Jak najbardziej popieram nagłośnienie tej kolejnej patologii, ale pada tam stwierdzenie, że spłycenie proweniencji do hasła „kolekcja prywatna” można uznać za sprawę marginalną. Rozumiem zamysł Autora, który chciał skupić się na barbarzyńskich „renowacjach” i ciszy domu aukcyjnego w tym temacie, ale według mnie proceder kolekcji prywatnej nagminnie stosowany przez domy aukcyjne, jest równie ciężkim przewinieniem. Pisałem już o tym jakiś czas temu, wymieniając grzechy główne polskich domów aukcyjnych. Dlaczego tak sądzę? Otóż jaką informację dostaje potencjalny majętny nabywca. Hasło „Warszawa, kolekcja prywatna” sugeruje, że obraz został nabyty wiele lat wcześniej przez warszawskiego kolekcjonera, który z racji osobistego emocjonalnego stosunku do dzieła, troszczył się o nie z najwyższym szacunkiem (albo mniejszym), ale na pewno nie przerzucił je w dwa miesiące jak worek ziemniaków, dokonując przy tym karygodnych „poprawek”. Hasło „kolekcja prywatna” sugeruje również, że jeżeli obraz posiadał jakieś wady, to kolekcjoner na pewno poddał go profesjonalnej udokumentowanej renowacji, a skoro takich dokumentów nie ma, to z pewnością nic przy obrazie nie było robione. Wreszcie hasło kolekcja prywatna dodaje na tyle estymy, że wycena domu aukcyjnego musi pójść wysoko, bo to przecież „towar” najwyższej jakości. Jak wyglądałaby sytuacja, gdyby dom aukcyjny (co powinien oczywiście zrobić) podał, że dzieło zostało nabyte dwa miesiące temu w Wielkiej Brytanii. Skończyłaby się wtedy aura luksusu, który pojawił się po wielu latach na rynku i teraz nadarza się niepowtarzalna okazja na zakup, bo widocznie kolekcjoner miał bardzo ważne powody, żeby z tym jakże cennym dziełem się rozstać.


Czas na wnioski. Stosowanie pojęcia kolekcja prywatna przez polskie domy aukcyjne przy pozycjach świeżo przywiezionych z zagranicy jest niczym innym jak wprowadzaniem nabywcy w błąd w celu osiągnięcia jak najwyższych korzyści majątkowych. Pozostaje pytanie czy świadomie, czy nieświadomie. Zawsze istnieje możliwość, że handlarz przy wkładaniu obrazu do domu aukcyjnego podał, że jest wieloletnim kolekcjonerem, a dom mu uwierzył. Handlarz, oprócz powodów podanych wcześniej, ma jeszcze w tym interes, że przy bezterminowym haśle kolekcja prywatna nie rzuca się w oczy fakt, że przy sprzedaży poniżej pół roku od nabycia, powinien zadeklarować dochód w rozliczeniu podatkowym i zapłacić podatek dochodowy. Wracając do zachowania domu aukcyjnego w takim przypadku. W dobie internetu i sztabu poszukiwaczy polskich pozycji na zagranicznych aukcjach zatrudnianych przez polskie domy, należałoby dołożyć wszelkiej staranności i sprawdzić, czy ten „kolekcjoner” rzeczywiście mówi prawdę. Jeżeli wyszłoby na jaw, że nie jest to wieloletnia kolekcja, tylko szybki przerzut, w żadnym razie w proweniencji nie powinno znaleźć się hasło „kolekcja prywatna”. Druga opcja jest taka, że dom aukcyjny dobrze wie, co przyjmuje i od kogo, a wtedy byłaby to już symbiotyczna patologia o znamionach przestępstwa. Nie wiem jak jest w przypadku Polswiss Art i Styki oraz Kislinga, mam jednak swoje przypuszczenia podyktowane wieloletnią obserwacją tego zjawiska na polskim rynku sztuki.

Pozdrawiam serdecznie,
P.G.”

Opinia konserwatora malarstwa po naocznym obejrzeniu pracy Styki i Kislinga (05/23/21)

Kisling. Kiedy powstaje krakelura/spękanie na powierzchni warstwy malarskiej?

Spękanie może powstać w warstwie werniksu, w warstwie malarskiej, a nawet w gruncie.  Pękania w warstwie malarskiej powstają w momencie nakładani kolejnej warstwy farby na poprzednią nie wyschniętą warstwę. Najczęściej przy nakładaniu ciemnej farby na jasną.

Po dokładnym obejrzeniu obraz Kislinga nie został poddany konserwacji, ani nie uzupełniono spękań.(…)

Zdjęcie obrazu w katalogu jest  podrasowane, co może wprowadzić kupującego w błąd.  Jednak wątpię, aby kupujący nie poprosił o dodatkowe zdjęcia przed licytacją dzieła.

Styka. Jest po konserwacji , zostały przeprowadzone zabiegi czyszczenia warstwy malarskiej i uzupełnione drobne otarcia.  

Napis nad sygnaturą został usunięty. Według opisu domu aukcyjnego w Tennants napis nieczytelny, został nałożony cienko rozcieńczoną farbą, jest przezroczysty. Opierając się wyłącznie na zdjęcia, napis nad sygnaturą mógł być wtórnym, t.z. nałożony na warstwę malarską przez inną osobę lub w późniejszym okresie przez artystę. O tym świadczy przezroczysta biała plama w obrębie napisu.  Nie jestem w stanie rozczytać napisu według zdjęcia.

Według mnie napis nie jest integralną częścią dzieła. Co oznacza , ze nie został usunięty element obrazu, zmieniający kompozycję lub pomysł artysty. Jednak, warto było by zostawić napis jako element historyczny.

Pozdrawiam. OB. 

Pytanie czytenika dotyczące konserwacji obrazów (05/29/21):

Szanowni Państwo,

Ciekawią mnie Państwa doświadczenia, dotyczące zagadnienia konserwacji obrazów, które też ładnie wypłynęło w poprzednim wątku o obrazie Styki. Poza ciekawością co do Państwa doświadczeń i podejścia, chciałbym też skorzystać z tego, że są na tym forum eksperci.

Poza zachwytem obrazami, które nabywam, chciałbym, żeby miały one w sobie też atrybut zbywalności – żeby nie zapaść się tylko w zapatrzenie, albo, żeby nie robić niepotrzebnego kłopotu bliskim mi osobom, które kiedyś tym wszystkim “obdarzę”. Zapłacona cena, autentyczność to jedna strona, inna to zakres ingerencji w obraz, jakie miały miejsce.

W załączeniu dwie fotografie. jedna sprzed iluś miesięcy, nawet nie zapisałem gdzie to było, ale pochodzi z aukcji jednego z francuskich domów aukcyjnych – obraz, jak widać gołym okiem, przed konserwacją. Druga z aukcji tu w PL (nie sprzedało się na aukcji), nie piszę gdzie, bo to łatwo znaleźć i nie o to mi chodzi. Pan K.Z. pisał tu, że cenione są przez niektórych obrazy “w sosie własnym”, bez ingerencji. Ale przecież nawet ten Boticelli, który jest w Muzeum Narodowym wygląda jakby był namalowany przed chwilą, przecież był ostro konserwowany. 

Konserwować obraz, czy nie konserwować – jakie jest Państwa zdanie? Czy obraz mocno konserwowany jest jeszcze obrazem tego artysty, czy już konserwatora? Ale też, kupując przez internet (albo nie przez internet), jakich starań warto dołożyć, jak się upewniać co do jego stanu, co do tego co z obrazem się działo? 

Kiedyś Pan z Domu Aukcyjnego, który niedawno się pojawił (w końcu) na forum poradził mi, żeby przy kupowaniu obrazów na odległość prosić zawsze o zdjęcie lampą UV – wyraźnie widać wtedy partie “stare” i pokryte względnie świeżą farbą. Powiem szczerze, że nie skorzystałem w pełni- w dużych domach aukcyjnych to jest możliwe, ale często, tam gdzie zdarza mi się kupować obrazy (Prowincja francuska, albo inna), nie jest możliwe, żeby takie zdjęcie uzyskać; z kolei posiadanie takiej lampy u mnie w domu to też trochę “po ptokach”, bo jak już zapłacę (z góry) za obraz, transport, dotrze on do mnie z zagranicy + niuanse takiej nieprofesjonalnej inspekcji, to droga reklamacyjna nie jest wcale oczywista…

Pozdrowienia, MK 

Do Pana MK który porusza kwestię konserwacji obrazów (05/29/21):

Szanowny Panie,


Ponieważ przytacza Pan moją wypowiedź: “Pan K.Z. pisał tu, że cenione są przez niektórych obrazy ‘w sosie własnym’, bez ingerencji” chciałem ją tu uściślić. Owszem, takie obrazy wyciągnięte ze strychu czy piwnicy są cenione przy zakupie przez amatorów czy profesjonalistów, bowiem świadczy to że mamy do czynienia z pracami świeżymi, nie wyświechtanymi. Natomiast co do ich dalszych losów, jest rzeczą naturalną iż są potem poddawane konserwacji przez galerzystów, kolekcjonerów bądź muzea w celu przywrócenia im stanu możliwie zbliżonego do oryginalnego. Zatem czyszczenie czy restaurowanie obrazów nie jest żadnym grzechem, sęk polega oczywiście na tym aby ich konserwacja była wykonana fachowo.

Z poważaniem K.Z.

List Pana K. Z. (04/16/21)

Szanowni Panowie K. i  MK.,
 
Dziękuję za najnowsze wypowiedzi na tym forum, pobudzające do dalszej dyskusji nad stanem rynku aukcyjnego, tu i gdzie indziej. Jest tam tyle wątków na które chętnie odpowiem, ale niestety doba ma tylko 24 godziny, więc jeszcze nie tym razem. Natomiast operator tych stron powinien pękać z dumy, widząc że nie “sobie śpiewa a muzom” lecz ma zastęp wiernych czytelników, ja zaś satysfakcję z tego powodu że wkładając kij nie tyle w mrowisko ile w ognisko, które zdało by się wygasło, ożywiłem je na nowo.
Wszystkich Panów pozdrawiam
 
K.Z.

List Pana MK. (04/15/21)

Szanowny Panie Prowadzący Blog, Szanowni Czytelnicy Polish Art Corner, Szanowny Panie K.Z.,

Bardzo wszystkim Państwu dziękuję za cenne Opinie i aktywności. Sam zwykle czytam bardzo uważnie i codziennie (!) wszystko to co się pojawia na tym Blogu i to już od wielu lat. Dziękuję Prowadzącemu, poza dostarczaniem wiedzy o tym, jak sprawy widzą inni, pomaga mi czasem pozbywać się niepewności, a czasem radykalizować moje opinie, co okazuje potrzebne też przy decyzjach o sztuce.

Czytam uważnie, o ile w jakimś miejscu (niektóre Opinie), złość jakaś wewnętrzna nie przesuwa mnie szybkodoprzodu. Ale nie odnosiłem się jak dotąd – byłem nieaktywny, co chciałbym jednorazowo zmienić tym krótkim wpisem.

Miałem okazję korespondować w konkretnej sprawie z Prowadzącym Blog Polish Art Corner, również, jak mi się wydaje, z Panem K.Z.- choć stojąc po różnych, napiętych dość stronach. Dzięki opublikowanym Opiniom, poznaję też wreszcie innych czytelników Polish Art Corner.

Sam jestem od kilku (wychodzi, że od około 8-miu) lat tzw. Kolekcjonerem, czy też inaczej- Zbieraczem. Bo przez tę chorobę przeglądam codziennie obrazki w „internetach”, ściany są w domu obwieszone i dzieciaki rano rozpoznają czasem ojca po dźwięku puk, puk-młoteczka i krzątaninie przewieszania – jak się ruszy jeden obraz, dwa, to startują kłopoty… (cieszę się z drugiej strony, że dzieciaki codziennie zderzają się z tym co na ścianach i to nie jest dla nich obojętne); w niektórych miejscach mury są (niepotrzebnie chyba) prawie podtrzymywane przez obrazki. Trzeba było też w końcu dorobić wygodne dla obrazów miejsce w wielkim „pawlaczu” na korytarzu na górze.

Piszę to tylko po to, żeby delikatnie przyłożyć pomocne lusterko do twarzy innym kolekcjonerom piszącym w Opiniach, żeby się nie brzydzili nadmiernie tymi wszystkimi patologiami rynku, bo sami mogą/możemy być nie mniej …wyjątkowi… od tzw. normalności.

Choroba kolekcjonowania, czy zbieractwa trwa i się pięknie u mnie rozwija, mam kilku polskich wybrańców, nie z pierwszej linii, bo nie chcę w niej działać i nie stać mnie, też nie chcę przepłacać za nazwisko-trend. Są wybrani/wybierani przeze mnie. I tu, w Polsce coś powoli kupuję – udaje się- dokładam, jak mi się wydaje, do stałego zbioru. Wg mnie to są ok prace – sam trochę maluję amatorsko, pomaga to zmierzyć się z problemami warsztatu i ducha – kupuję teraz takie prace, których bym sam nie namalował, niosące coś jeszcze, też z dobrą, wg. mnie relacją ceny do zawartości.

Żeby to hobby nie tylko żądało nowych kapitałów, ale też się jakoś samo-unosiło (hmm, czy to możliwe…), i ponieważ mam codzienne, zawodowe relacje z Francją i nasączenie językiem/kulturą, to korzystam z tego – od lat mocno odwiedzam francuski rynek sztuki. Zafascynowało mnie od początku porównanie skali tamtego rynku do naszego, który startował kilkadziesiąt lat temu wiadomo skąd. Tam Ci wszyscy Commisseurs priseurs poukładani w zawód i obudowani prawnie, tworzyło się to powoli, długimi latami, licytacje dobrowolne i wymuszone, odkładanie lub sprzedawanie przy dziedziczeniu takich „skarbów” i przekazów, których w okolicy mojej rodziny w Polsce wcześniej nie było wcale. Na każdej wsi-Prowincji francuskiej coś ciekawego się do niedawna dawało znaleźć, też z tzw. polskim korzeniem. Aż trudno było nie zachować się czasem jak ten trochę (niepotrzebnie wg, mnie) piętnowany tu handlarz, co nie trzyma dość długo i chciwy jest… Potem, z czasem na coś spojrzałem internetowo i udawało się kupić w USA, Izraelu, we Włoszech, Hiszpanii. Wpadki też oczywiście.

Z tą tzw. pandemią widzę duże zmiany – internet skrócił jeszcze bardziej bariery logistyczne u konkurencji – jest chyba więcej czasu u polskiej konkurencji (my-kolekcjonerzy, domy aukcyjne), ale i u francuskiej/każdej innej, siedzą sobie w tych domach zwykłych i aukcyjnych, szybkie łącza, poodkrywali nawet całkiem lokalne strony, motywacja finansowa wielka jest, bo rynek na wybiciu –  no naprawdę ceny się chyba zrównują na „polskie” prace zagranicą z tymi notowanymi tu, coraz ciężej coś kupić sensownego, z nakładką na zbywalność kiedyś jak się opatrzy (prowizja polskich domów aukcyjnych) nawet na mojej ulubionej, dalekiej wsi (Prowincji) francuskiej.

W Polsce Artinfo mówi teraz, że ponad 70% urósł rynek wartościowo w pierwszym kwartale 2021 do poprzedniego roku, bardziej uderzają jeszcze dane ilościowe – 6600 przedmiotów sprzedane wobec 3700 w tym samym okresie poprzedniego roku. Może to tylko niepewność co do tego gdzie trzymać coraz bardziej wątpliwy pieniądz, ale może faktycznie ludzie chcą mieć w PL trochę tego (sztuki) więcej obok siebie.

W sumie to pięknie i bardzo płynnie nasz rynek wszedł w wymuszony teraz mocno pandemią internet (w moim porównaniu Francuzi zostali z przyzwyczajeniami z tyłu, tak jak kiedyś z czekami😊).

Dzwonił do mnie nawet niedawno Pan z jednego Wielkiego Polskiego Domu aukcyjnego, zajmujący się sztuką z jednego przedziału czasu, pytając, czy nie mam czasem prac (wiedział, że mam, bo u nich też kupowałem) z całkiem innego przedziału niż ten, którym się zwykle zajmuje, takiego mojego „alternatywnego”, b. dobrego, na stałe u mnie, polskiego artysty. We wcześniejszych czasach nie dzwonił.

Patrzę na te 8 lat, nie chcę pisać o patologiach, na pewno są tu i tam, nie potrafiłem złapać nikogo za rękę – ale patrząc jak to ewoluuje w ostatnich miesiącach, mimo, że mnie drażni, że ciężej coś sensownie kupić za granicą i w PL, to myślę, że powinniśmy się cieszyć z rozszerzania rynku i rozszerzania zainteresowania sztuką tu u nas. Sztuka nie stanie się na pewno pospolita, ale może staje się popularniejsza.

Serdeczne pozdrowienia dla Zbieraczy i dla Kolekcjonerów,

MK 

Riposta Pana W. Panu K. Z. (04/15/21)

Szanowny Panie K. Z. 

Nie przybyłem na to forum nikogo siekać , nie jestem hejterem. Wbrew pozorom bardzo Pana szanuję i uważam , że jest Pan na tym forum bardzo potrzebny, nie podważam ani nie dezawuuje Pana kompetencji , wyjaśniam to żeby było dla wszystkich jasne.

Gratuluję wypożyczania prac z własnej kolekcji na wystawy , to jest nobilitujące zarówno dla Pana jak i organizatorów wystaw, doceniam kolekcjonowanie prac na papierze bo wiem ile troski wymagają jeśli chodzi o przechowywanie i eksponowanie. Szczere słowa uznania z mojej strony.

Natomiast nadal w kilku kwestiach się z Panem nie zgadzam i kilka razy przekręca Pan moje słowa bo nie chcę nazywać tego manipulacją, odniosę się bardzo krótko do każdego wątku bo chciałbym skierować dyskusję na tym forum też na inne wątki nie tylko – MY vs Domy aukcyjne.

1) KSIĄŻKA

Napisałem o książce żeby pokazać ludziom którzy myślą , że np w takim Sothesby’s wszystko jest nieskazitelne a w Polsce wszędzie jest bajzel. Nie , nie jest tak kolorowo. I Pan Watson w pierwszej części książki podaje przykłady skorumpowanych marszandów , ustawianie cen na aukcjach , licytatorów którzy ‘odstukują’ spady na nieistniejące na sali osoby. A Pan w swojej odpowiedzi napisał tylko o wątkach kryminalnych (które w Polsce też miały miejsce , np kradzieże z obrazów z wystaw, kościołów czy wręcz bezpośrednio z prywatnych posesji czy muzeów) więc Pana wypowiedź mogła trochę zakłamywać lub zniekształcać to co chciałem przekazać , poza tym nic Panu nie zarzucam. Temat książki uważam za zamknięty , kto zechce przeczyta – kto nie przeczyta nie będzie wiedział o czym mówimy.

2) EKSPERCI

Tutaj się z Panem niestety nie zgadzam. Chyba nie ma dziedziny życia w której samoucy nie przecierali szlaków lub wręcz nie byli postaciami dominującymi . Jeden z moich ulubionych przykładów – Srinivasa Ramanujan matematyczny geniusz , któremu we śnie ukazywała się czerwona ściana i ręka która zapisywała równania matematyczne , do dziś większości nie potrafimy rozwikłać i zrozumieć jego geniuszu , takich przykładów można wymieniać setki.

Może być Pan genialnym medykiem ale bez wykształcenia nie może Pan operować ludzi podobnie jest w kaście ekspertów , bez papierów na ogół  a wręcz na pewno nie ma Pan szans napisać ekspertyzy np dla instytucji Państwowych, czy brać udziału w oględzinach konkretnych dzieł , chociaż w tym drugim przypadku nawet eksperci z papierami i dyplomami nie zostają dopuszczani np głośna sprawa polskiego El Greco do oględzin którego nie został dopuszczony Pan dr Mieczysław Morka.  Lub sprawa z ostatnich tygodni – obraz z hiszpańskiego domu Ansorena który jest przypisywany Caravaggio i jego wywóz został zablokowany , ja nie znalazłem żadnej wypowiedzi eksperta bez dr. lub prof. przed nazwiskiem i oni do tego obrazu nikogo innego nie dopuszczą choćby był najgenialniejszym znawcą – samoukiem.

Wiem , że są EKSPERCI z prawdziwego zdarzenia tacy jak Pan ale są też eksperci którzy przepchną każdego gniota i napiszą każdą ekspertyzę byleby tylko pieniądze się zgadzały. Chętnie poznam Pana opinię na temat wywozu za granicę Żebrzącego Rozbitka pędzla Siemiradzkiego i Motywu z Jerozolimy gdzie ekspertyza przy tak ważnych dziełach została napisana na podstawie zdjęć obrazów! Jestem wolnościowcem i własność prywatna to dla mnie świętość , ale sprawa tych obrazów i tego jak odbyła się ich sprzedaż jest bulwersująca , naprawdę będę wdzięczny za Pana komentarz w tej sprawie.

3) BABCIE KOLEKCJONERKI

W tym temacie moje pytanie było retoryczne , chciałem nim sprowokować dyskusję. Ja też gdy jestem na targach staroci często widzę takie babcie z obrazami pod pachą (taka babcia zazwyczaj przyspiesza kroku , żeby jej nikt tego obrazu-skarbu nie zabrał 🙂 i zawsze budzi to u mnie pozytywne emocje , a gdy obraz jest dobry to myślę sobie – ‘kurcze babcia ma dobry gust’. Natomiast nie da się moim zdaniem tego przeliczać na kwoty , ponieważ 10 000 PLN  rocznie będzie dla jednej osoby nieosiągalne a dla innej taka kwota miesięcznie to tylko przysłowiowe smarknięcie.

Chciałbym jeszcze wrócić do Pana kolekcjonera któremu Desa zaproponowała 30 – 50 % wartości całej kolekcji. Ja tego Pana doskonale zrozumiałem. Ktoś buduje latami kolekcję , pewnie odmawia sobie różnych przyjemności , myśli o swojej kolekcji , powiększa ją , walczy ze stresem , zabezpiecza środki – potem idzie od domu aukcyjnego i w ułamku sekundy dostaje taką niską wycenę , taki swoisty mentalny policzek , a może nawet cios pięścią prosto w nos i co wtedy ? Człowiek sobie myśli czy to wszystko miało sens, czy warto było się poświęcać – bo druga strona potrafi przekreślić te lata budowania kolekcji, to poświęcenie w kilka chwil. Wiem , ze mamy wolny rynek , brutalny rynek ale to boli i ja to rozumiem , dlatego Panie kolekcjonerze jestem z Panem!

4) PLANOWE ZAKUPY

I bardzo dobrze , że Pan Gliński kupił tą kolekcję, czy ktoś w Polsce wyobraża sobie ‘Damę z gronostajem’ np w Luwrze czy Ermitażu? Trzeba iść za ciosem , jesteśmy dużym dumnym narodem i trzeba ubogacać ten kraj również jeśli chodzi o zasoby muzealne.

5) POLSKI RYNEK VAN GOGHA I REMBRANDTA

Tutaj najbardziej przekręcił Pan moje słowa. Przecież ja nie napisałem , że chcę robić w Polsce jakikolwiek rynek a już na pewno nie Rembrandta czy van Gogha :)) Chyba celowo wybrał Pan te nazwiska , bo w kolekcjach prywatnych ich dzieł jest tak mało , że prędzej nasz Minister Zdrowia zostanie beatyfikowany i uniesiony na obłokach niebieskich prosto pod niebiosa niż oryginalny olej Rembrandta pojawi się na aukcji w Polsce. Ja raczej miałem na  myśli , że jeśli głośne nazwiska nie zaczną pojawiać się na naszym rynku ( np grafiki Edvarda Muncha , czy rysunki Picassa , dzieła Magritte , Salvadora Dali czy ryciny Rembrandta choć są bardzo drogie są w zasięgu polskich krezusów) to zachodnie media nadal nie będą pisać czy mówić o polskim rynku sztuki jako o rynku perspektywicznym i wschodzącym a to nie przyciągnie zachodnich kolekcjonerów a co za tym idzie , rynek nie będzie się rozwijał. Będzie pompowany jak balon pieniądzem bez wartości ale nie będzie rynkiem rozwijającym się co widać po zainteresowaniu banków art bankingim który w Polsce NIE ISTNIEJE.

Co do polskich fortun to można się zgodzić , można polemizować. Zawsze w naszym kraju były bogate osoby , przed wojną w rękach polskich prywatnych kolekcjonerów były dzieła Pietera Lastmana , Rubensa czy Cranacha. A w czasach obecnych kolekcją na światowym poziomie może pochwalić się Grażyna Kulczyk czy właśnie pan Fibak. Także potencjał jest.

Podsumowując, mam nadzieję , że będzie Pan stale obecny na tym forum , że będzie opowiadał Pan różne anegdoty i komentował sytuację na rynku sztuki. Pozdrawiam i cieszę się , ze mogłem z Panem polemizować.

P. S. 

Jeśli autor bloga pozwoli chciałbym zacząć nowy wątek , żeby rozluźnić nieco atmosferę tego okładania się na oślep z domami aukcyjnymi. Do wszystkich kolekcjonerów i osób na tum forum- wasze największe wtopy , przepłacone , nieudane zakupy , falsy , fejki , błedy i rozczarowania , może jakiś anegdoty z tym związane . Bo ja sam mam o czym opowiadać 🙂 Pozdrawiam wszystkich serdecznie. 

Z poważniem

K.

List od p. J. W. (4/13/21)

Szanowni Państwo,

Pragnę się z Państwem podzielić własnymi przemyśleniami na temat Polskiego rynku sztuki. Kolekcjonuje polskie malarstwo od 3-4 lat , pierwszą prace jaką nabyłem -chyba nikogo to nie zdziwi była to praca Jerzy Kossak ,,wizja Napoleona” pierwsza i jak dotąd ostatnia kupiona na Polskim rynku.

Próbując odnaleźć się i rozeznać w tym gąszczu nazwisk zacząłem od literatury (ogólnodostępnej) i jak chyba każdy od przeglądania katalogów aukcyjnych (Polskich) domów aukcyjnych dostępnych dla każdego w Internecie. Z czasem moja wiedza na ten temat (pole widzenia) się powiększało, po upływie ok 1-2 lat natrafiłem na PAC i zacząłem się zastanawiać dla czego nie spróbować swoich sił na rynkach zagranicznych – jeżeli można cos kupić za połowę ceny, a niekiedy nawet taniej..

Jako osoba węsząca z każdej strony spisek i szukająca dziury w całym dotarłem do artykułów Pana J.Miliszkiewicza i zaczęło do mnie docierać ,że nasz krajowy rynek nie jest tak nieskazitelny jak mi się wydawało. Jeszcze jako poczatkujący kolekcjoner amator miałem wrażenie, że dom aukcyjny nigdy nie mógłby świadomie sprzedać na aukcji lub w galerii pracy uznanego artysty o szemranej proweniencji lub po prostu wizualnie rażących niedociągnięciach wskazujących na to ,że np: Tego nie namalował Kossak , bo Kossak tak nie malował!!!

Zawsze miałem wrażenie ,że w przypadku domów aukcyjnych najważniejsze jest dobre imię , renoma, marka budowana niekiedy przez lata – której nie warto narazić dla szybkiego zarobku, bo informacja pójdzie w świat  i zaufanie budowane przez lata runie jak domek z kart . Niestety jak to mówił klasyk ,,żyłem w mylnym błędzie” światem żądzą pieniądze i każdy chce zarobić. Pokolenie ludzi dla których dane słowo było ważniejsze od pieniędzy jest na wymarciu. Wystarczy prześledzić historie (katalogi aukcyjne) sprzedaży czołowych polskich domów aukcyjnych i jestem o tym w 100% przekonany, że sprawne oko wypatrzy rażące niedociągnięcia(mam na myśli prace sprzedane jako Kossaka , Fałata, Nikifora , Wierusza etc.) będące typowymi falsami.

Czy istnieje jakiś magiczny lek na uzdrowienie naszego Polskiego rynku sztuki? Jak do tej pory, chyba nikt na to nie wpadł. A poza tym kto chce się kopać z koniem (np: Desą , SDA , Agra) są to korporacje , które dysponują środkami na prawników, mogących przeciętnego Kowalskiego zniszczyć ilością pozwów i kosztami sądowymi. Na chwilę obecną możemy tylko o tym pisać, a co za tym idzie: informować i edukować społeczeństwo za pośrednictwem Pańskiego bloga, i innych podobnych portali, blogów których niestety nie znam i nad tym ubolewam.

Wychodzi na to, że Pański blog w chwili obecnej jest jedynym wolnym (mam na myśli – nie piszącym pod publiczkę, czy na usługach domów aukcyjnych) źródłem rzetelnych informacji. Odnosząc się do poprzedników, to nie liczył bym na to że któryś z domów aukcyjnych włączy się w polemikę na temat uzdrowienia Polskiego rynku sztuki – ponieważ  tak jak i my – ONI również zdają sobie sprawę z patologii naszego rynku, bo sami są za ten stan rzeczy odpowiedzialni- zyski rosną rok do roku, odpowiedzialność zerowa ,więc po co to zmieniać? Na chwile obecna pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się osoba, która włoży kij w mrowisko i nagłośni tą sprawę tak bardzo, że najwyższe organa Państwow pochylą się nad tym problem i zrewolucjonizują nasz rynek. Dopóki to nie nastąpi radzę dalej przeglądać zagraniczne katalogi aukcyjne i czekać na swoją szansę – której każdemu z Państwa szczerzę życzę.

PS: Wydaje mi się, że nie wszyscy czytelnicy zabierający głos na temat naszego rodzimego rynku sztuki mieszkają w Polsce – więc ich punkt widzenia nie pokrywa się z tym co My odczuwamy. Każdy głos w dyskusji jest ważny , bo wnosi coś nowego i pozwala na inne sprawy spojrzeć z innej perspektywy.


Pozdrawiam


J.W

Odpowiedź Eksperta K. Z. (04/13/21)

Szanowny Panie P.G.,

Bardzo Panu dziękuję za ostatni wpis, rzeczowy i wyważony. Pytanie jakie stawia Pan na początku zmusza mnie do mówienia o sobie, czego staram się unikać, jako że to nie jest mój promotional site. Otóż informuję Pana że istotnie jestem niezależnym ekspertem, że nigdy nie miałem galerii, a odkąd opuściłem muzeum przed bardzo wielu laty mam status wolnego zawodu. Tym bardziej jestem niezależny że w tym rozdrobnionym świecie w którym się poruszam miałem okazję pracować z mniejwięcej dwudziestoma pięcioma różnymi domami akcyjnymi. Z polskimi domami aukcyjnymi mam nikłe kontakty, tu mało kogo znam i mało kto mnie zna, więc nie bronię niczyjego interesu, tylko staram się przedstawić inny punkt widzenia, mniej emocjonalny. Ale też jestem świadom że patrząc na te sprawy z zewnątrz, nie wiem wszystkiego. 

Spojrzał Pan krytycznie na moją pesymistyczną postawę i pyta się co można tutaj uczynić. Napewno ja jako samotny strzelec bardzo niewiele. Janusz Miliszkiewicz głosi swoje przesłanie z platformy która ma kilkadziesiąt tysięcy czytelników. Zresztą ja też jestem pełen uznania dla jego batalii. On  wielokrotnie wyciągał mnie na spytki, zaś ja starłem się nie burzyć jego wizji, chociaż na rożne sprawy patrzę pod innym kątem.

Tym niemniej mój pesymizm też jest zniuansowany, bo mimo wszystko widzę pewną ewolucję. Na przykład : czytam na stronach Artifo że jakaś galeria na aukcji wyjazdowej sprzedała 3/38 pozycji za sumę ok. 2.000 euro. I fakt ten mnie cieszy, oczywiście nie dlatego że galeria nie wyszła na swoim, ale że nie dodała do tego wyniku dwóch zer i że jest to krok do większej transparentności tego rynku. Więc może jest iskra nadziei ?

Z wyrazami szacunku,

K.Z.

Odpowiedź autora blogu. (04/13/21)

Jako prowadzący blog odniosę się jedynie do części poniżej zamieszczonego wpisu p. P. G. sugerującego moją ‘presję’ wywieraną na domy aukcyjne, na przykładzie pracy Bronisławy Rychter Janowskiej (https://polishartcorner.com/2021/03/29/bronislawa-rychter-janowska-1868-1953-8/) . Otóż moja ‘presja’ odniosła odwrotny skutek od zamierzonego(?), zdała się psu na budę. Ta moim zdaniem słaba praca sprzedała się w SDA bardzo wysoko (aż 16,000 złotych) ku uciesze domu aukcyjnego a rozpaczy kupującego,… gdy otrzeźwieje. Podkreślam raz kolejny, że wpływ mojego blogu na kupujących w domach aukcyjnych (kolekcjonerów?) jest znikomy. Domy aukcyjne owszem czytają mój blog, grożą mi czasami (SDA) ale…wychodzą na swoje. Zobaczymy jak będzie za dwa dni z serigrafią Tamary Łempickiej choć nie mam złudzeń, że ta również dobrze się sprzeda, https://polishartcorner.com/2021/04/11/tamara-lempicka-1898-1980-akwatinta-z-ok-1932-roku-vs-serigrafia-po-1990-roku/.

Domy aukcyjne sprzedają prace by się z tego utrzymać. Czasami(?) estymacje są nieadekwatne w stosunku do prac. W tym wszystkim brak jest krytycznego spojrzenia obu stron, sprzedającego i kupującego. Nie oczekujmy, że domy aukcyjne będą krytykowały wstawiane na ich aukcje prace. Nie dojdzie nigdy do samobiczowania. Krytyka winna znajdować się po stronie kupujących…tyle, że gdzie publikować odmienne opinie? Ja staram się opisywać prace wchodzące na rynek poza Polską i nie udzielam się z omawianiem polskich katalogów. Jedyne wyjątki to te, gdy czasami zobaczę pracę przywiezioną z aukcji zagranicznej do Polski. Proponuję, by ktoś założył stronę autorską poświęconą jedynie polskim katalogom, polskim galeriom i opiniował rynek wytykając niedorzeczności. Pole takie stoi szerokim otworem bo wiele portali jedynie ‘cmoka’ przyjacielsko. Może ktoś zdecyduje się ‘zabłysnąć’? Póki co, proszę dalej wylewać tutaj swoje żale. Może w końcu z tej nicości powstanie nowa jakość.

Pozdrawiam, John Doe (Polish Art Corner). 04/13/21.

List p. P. G. (04/13/21)

“Szanowni Panowie,

Chciałbym wtrącić się do dyskusji, ale nie będzie to raczej wypowiedź z tych “pośrodku”, ponieważ sam jestem zagorzałym krytykiem obecnych patologii na polskim rynku sztuki, co przedstawiałem dosadnie w poprzednich swoich wypowiedziach.
Pan Ekspert słusznie zauważył, że w całej debacie brakuje riposty strony krytykowanej, czyli domów aukcyjnych, ekspertów, itd. Jednak kiedy czytam pierwszy Jego tekst zastanawiam się właśnie, czy jest ekspertem niezależnym (istnieją tacy?), czy może kimś, z kogo usług korzystają domy aukcyjne, a więc osobą będącą po drugiej stronie barykady właśnie. Generalnie przekaz jaki płynie z Jego wypowiedzi można sprowadzić w uproszczeniu do stwierdzenia – nie ma się co tak ciskać, bo w Polsce jest tak samo źle, jak na zachodzie. To w takim razie ja zadaję pytanie “i co dalej, czy cały czas ma być tak, jak było?”. Obrazowo to ujmę w ten sposób, czy jak Pan Ekspert idzie ulicą i widzi, jak po drugiej stronie włamywacze okradają samochód, to odwraca głowę i idzie dalej, czy wszczyna alarm i stara się udaremnić tę kradzież? Nie każdy jest bohaterem i w pojedynkę musi naprawiać rzeczywistość, ale kiedy widać draństwo, należy z tym walczyć (najlepiej zbiorowo), a nie godzić się z patologiami, no chyba, że ma się w tym interes…
Czy jako ekspert z wieloletnim doświadczeniem nie ma Pan naprawdę żadnych propozycji na zmiany? Nazwał Pan pomysły p. Miliszkiewicza utopią, a tymczasem wspomniany pan robi właśnie coś konkretnego, jak choćby krytyka patologicznego wyceniania współczesnych serigrafii przez domy aukcyjne na przykładzie Tamary Łempickiej. Osobiście dodam, że bardzo podoba mi się ta presja na domy aukcyjne, stosowana również przez Autora bloga – przykład Bronisławy Rychter-Janowskiej. Widać, że domy nie działają w próżni i średnio sobie radzą z takim ciśnieniem. Moim zdaniem to jest właśnie pomysł na walkę z ich bezkarnością.
Co do wypowiedzi Pana K., rozumiem jego frustracje, ale pomysł z kupowaniem przez polskie rządy dzieł sztuki najwyższej klasy uważam za niezbyt trafny. Bardziej szedłbym w stronę praktyk promujących okresowe dzielenie się z publiką poprzez udostępnianie kolekcji gromadzonych przez prywatnych inwestorów. Ile dzieł sztuki znika na wiele lat zamkniętych w prywatnych sejfach, ile kupionych jest tylko po to, żeby zarobić na nich po pewnym czasie. Jeśli milionerzy zaczną zmieniać mentalność, sztuka stanie się bardziej dostępna. Pan Ekspert wymienił kilka nazwisk, które idą dobrą drogą.

Z poważaniem,
P.G.”

Riposta p. K. Z. (04/12/21)

Szanowny Panie W.,

Dziękuję za przesłany komentarz do mojego tekstu z  8 kwietnia, Jak na razie jedyny, bowiem nadal oczekuję na listy protestacyjne denuncjujące zawarte w nim herezje. Dzięki temu wiem przynajmniej że chociaż jedna osoba przeczytała ten tekst. Ubolewam jednakoż nad agresywnym jego tonem, bowiem wpadł Pan tu niczym czerkies na koniu z obrazu Wierusza siekać bez litości na lewo i prawo, nie oszczędzając szczególnie ekspertów, znawców, spekulantów, inwestorów i pseudo kolekcjonerów. Ponieważ ktoś tu musi zachować zimną krew, staram się odebrać tę wypowiedź jako wybuch nagromadzonych pretensji i frustracji, gdzie moja wypowiedź okazała się detonatorem, a mnie się dostało rykoszetem przy tej okazji. O tym świadczy też fakt że dwie trzecie tego co Pan pisze albo deformuje moje opinie albo porusza sprawy do których ja się nie odnosiłem. Moje przesłanie było proste : w Polsce mamy te same patologie jak w innych krajach i nie należy sądzić że gdzieś jest lepiej. Czy ja gdzieś gloryfikuję ten stan rzeczy ? Sam Pan pisze w pewnym momencie “zgoda, na zachodzie też jest bałagan” i odsyła mnie Pan do książki Watsona ‘Double Dealer’ w której opisana jest działalność przestępcza, przy której przypisywane nam grzechy to przedszkole. Jaki ja z tego mam wyciągnąć wniosek ? Nie rozumiem doprawdy co ja upraszczam i trywializuję, to Pan upraszcza wrzucając wszystko i wszystkich do jednego kotła.

Wypowiada się Pan też na temat ekspertów, co mogę interpretować dwojako.

Dopóki chce Pan powiedzieć że prawdziwe znawstwo nie jest równoznaczne z posiadaniem “papierka”  to muszę Pana rozczarować i powiedzieć ze Pan wyważa otwarte drzwi, bowiem mam na ten temat ten sam pogląd i zawsze broniłem “oświeconych amatorów”. Historia sztuki zna niezliczoną ilość takich przykładów : Ambroise Vollard, jeden z największych marszandów i znawców sztuki swojego pokolenia to prawnik z wykształcenia ; Daniel-Henry Kahnweiler, odkrywca i promotor kubizmu – urzędnik bankowy, zaś nasz wielki znawca sztuki japońskiej, Manggha Jasieński nie posiadający nawet matury.

Trochę się Pan jednak zagalopował z tą tyradą ‘antypapierkową’ bowiem chyba posiadanie dyplomu przez Pana Banacha, którego znam i bardzo cenię nie jest jakimś obciążeniem; z kolei nie znam z kolei nikogo kto by podważał kompetencje p. Dmochowskiego, wbrew temu co Pan pisze o lekceważeniu osób nie posiadających owych “papierków”.

Jeśli natomiast Pana dywagacje na ten temat mam odebrać jako atak osobisty, wówczas jest to zastępwanie pojedynku na argumenty próbami zdezawuowania oponenta. W tym momencie dalszy dialog staje się niemożliwy.

Także muszę powiedzieć że czepianie sie słów o ‘zabawie’ i ‘kolekcjonowaniu’ nie wnosi nic konstruktywnego do dyskusji. Już tłumaczę : znam dwie starsze panie, które od czasu do czasu chodzą na aukcje, żeby kupić jakiś obrazek albo bibelot. Dla nich to jest zabawa. Pyta Pan od jakiego progu zaczyna się kolekcjonowanie, nie wiem. 10.000 złotych rocznie Panu odpowiada ? A gdzie poza tym gdzie ja napisałem że prawdziwy kolekcjoner to nie jest pasjonat, który potrafi narazić domowy budżet na poważne niebezpieczeństwo ?

Nie wiem z jakich źródeł czerpie Pani formacje twierdząc że ja nigdy nic nie kolekcjonowałem. Otóż pierwszy mój obraz kupłem w Hôtel Drouot w 1975 roku. Nie pytam ile Pan miał wtedy lat. NIe jestem żadnym wielkim kolekcjonerem ale zdarzało się nam wypożyczać obiekty na wystawy w Bibliotece Polskiej w Paryżu, do Muzeum w Rennes, do Muzeum Narodowego w Warszawie, krakowskiej Cricoteki itd. Posiadałem także niegdyś jeden z najładniejszych zbiorów dawnego plakatu polskiego.

Inne poruszane przez Pana kwestie nie mają związku z przedmiotem tego sztucznego sporu, tym niemniej pozwolę sobie na dwa komentarze. Ubolewa Pan nad tym że Polska nie kupuje za miliony dzieł sztuki na rynku międzynarodowym. Czy mam przypomnieć jaki się podnósł raban kiedy prof. Gliński za psie pieniądze (nie obrażając psów) kupił kolekcję Czartoryskich ?

Jak też Pan chce żeby tu powstał rynek Rembrandta i van Gogha, kiedy tu tych obrazów nie ma, oraz nie ma fortun na miarę amerykańskich nie mówiąc o oligarchach ukraińskich i rosyjskich ? W jaki sposób można ich tu ściągnąć ?

Na zakończenie cieszę się i gratuluję że jest Pan aktywnym kolekcjonerem, jakich wciąż jest za mało. Jakoś tak się dzieje iż mimo apokaliptycznych wizji świata snutych przez niektórych (wpływy Beksińskiego?) można zbudować coś bardzo wartościowego, czym można się dzielić z innymi, jak to pokazują przykłady Wojciecha Fibaka, Krzysztofa Musiała, Bogdana Jakubowskiego czy Marka Roeflera.  

Z poważaniem,

K. Z.

Odpowiedź na poniższy list (04/09/21)

Szanowny Panie K.Z. niestety ale w wielu aspektach nie ma Pan zupełnie racji a inne bardzo Pan spłyca.

Po pierwsze nie pamiętam zdania żadnego z forumowiczów który miałby domy aukcyjne za instytucje charytatywne, wręcz przeciwnie chyba każdy z tutaj obecnych zdaje sobie sprawę , że są to zwykłe firmy lub pseudo korporacje działające na konkretnym rynku. Natomiast firmy te nie handlują zwykłym towarem, ich własnym produktem z ich logo i znaczkiem jakości , one handlują sztuką i tutaj zaczyna się problem a w zasadzie cały peleton problemów, nadużyć i nieprawidłowości a czasem zwykłych kłamstw.

Zacznijmy od określenia ekspert. Co to słowo oznacza ? Kto jest , kto może być ekspertem ? Jak zostać ekspertem w zakresie dzieł sztuki ? Ja chcę żeby ktoś mi to klarownie wyjaśnił .
Czy Pan Piotr Dmochowski z wyksztalcenia adwokat , jest lub może być ekspertem w zakresie twórczości Beksińskiego , mimo , że nie ma wykształcenia związanego z historią sztuki ? Chyba nikt nie ma wątpliwości , że obok Pana Banacha nie ma drugiej osoby która byłaby lepszym ekspertem w tej dziedzinie . A więc wiedza , obcowanie z oryginałem , otwarty umysł , lata pracy , umiejętność analizy czyni człowieka ekspertem , nie papierek z uczelni.
Jeśli ktoś takiego papierka nie posiada to pomimo ogromnej wiedzy w danej dziedzinie  będzie traktowany jako samouk a w domyśle ktoś gorszy , niegodny zaufania – tak to niestety wygląda w praktyce.

Kolejny temat to domy aukcyjne. Zgoda, na zachodzie też jest bałagan ale dlaczego mamy się oglądać na innych ? Polecam książkę Petera Watsona – ‘W podwójnej roli ‘ gdzie opisuje wiele ciekawych zagrywek największych domów aukcyjnych , jak na przykład ratują sie przed tak zwanymi ‘spadami’ z aukcji itp.

Przecież w Polsce wszystkim wielkim graczom zależy , żeby na naszym rynku sztuki był jak największy bałagan bo wtedy odpowiedzialność się rozmywa na innych, nie ma żadnych regulacji np dotyczących falsyfikatów , błędnych ekspertyz itp. , ale nie mam siły o tym mówić.
 Ludzi takich jak ja boli , nie to , że domy aukcyjne skupują obrazy , ‘robią ceny’ , manipulują ludźmi , oszukują na przeróżne sposoby – nas boli to , że dorabiają do tego ideologię.
W mediach mainstreamowych ich przedstawiciele opowiadają bajki o stale rozwijającym się polskim rynku sztuki, nieograniczonych możliwościach inwestowania , obcowania ze sztuką która ma niezwykłą, często wzruszającą historię. O tym jak to współpracują z muzeami , niosą kaganek oświaty – wręcz uczą całe społeczeństwo, kultury obcowania ze sztuką. To jest taki bullshit , że cięzko mi to było napisać.

Gdyby nasz rynek się tak rozwijał jak nam to opowiadają , to wraz z nim rozwijałby się art banking , ubezpieczenia ekspertckie i cała machina finansowo kredytowa związana ze sztuką. Nigdy nasz rynek nie przyciągnie poważnych kolekcjonerów zza granicy bo u nas nigdy nie pojawią się dzieła Rembrandta , Fransa Halsa , Rubensa , Manierystów włoskich , Van Gogha , Rotkho  czy Pollocka. Więc jak możemy mówić o rozwoju ?,Ceny będą rosły i będzie więcej prac , ale nic poza tym .
Dlaczego domy aukcyjne nic nie mówią o traktowaniu pracowników , bezpłatnych nadgodzinach itp ? Skąd taka obłuda ? Dlaczego się o tym nie  mówi w poważnych mediach ? Nie będę więcej o tym pisał , marzy mi się debata np. na youtube z tymi wszystkimi ekspertami , znawcami , spekulantami , inwestorami , pseudo kolekcjonerami. Chętnie ‘pojadę’ z wami ‘a cappella’ na żywo, żeby ludzie widzieli waszą obłudę.

Już ostatnia rzecz i zajmę się inną kwestią. Jeśli pisze Pan , że kolekcjonowanie to w dużym stopniu zabawa lub do pewnego momentu zabawa – to chyba nigdy nic Pan nie kolekcjonował.
Kiedy lub od jakiej kwoty – kończy się zabawa a zaczyna kolekcjonowanie ? Chciałbym to wiedzieć .
Kolekcjonowanie to pasja dla której poświęca się nie tylko czas i pieniądze , ale też rodzinę i samego siebie.
Nie raz brałem kredyt konsumencki na zakup dzieła , bo wiedziałem, że jesli tego nie kupię w tym konkretnym momencie to nie kupię już pewnie nigdy, często swoje aukcje i postąpienia planuję na wiele dni czy tygodni wcześniej , zabezpieczam środki , walczę z innymi kolekcjonerami. Także proszę tego nie spłycać i trywializować.

I ostatni temat , przepraszam za długość ale muszę coś jeszcze powiedzieć.

Wszystkie rządy w Polsce po 1989 r , są dla mnie obłudnikami i leniami bo dla sztuki nie robią zupełnie nic.
Dlaczego ciągle płaczemy , że druga wojna światowa zdewastowała i unicestwiła nasze zbiory ? Dlaczego nie robimy planowych zakupów, kiedy muzea z całego świata takie zakupy robią ?
W 2017 roku słynna “wojna o Parmigianina” dlaczego nie wzięliśmy w niej udziału ? Za 150 mln PLN mogliśmy kupić dzieło o wartości , porównywalnej z dziełami Leonarda czy Rafaela . Ktoś powie , że to szalone pieniądze , że za to można wybudować szpital itp. Jeśli stać na na drukowanie kart do głosowania za 70 mln czy elektrownię węglową do rozbiórki za miliard czy autostrady prowadzące do nikąd – pieniądze marnotrawimy w tym kraju dosłownie na wszystkie możliwe sposoby , to dlaczego nie stać nas na zakup dzieł światowej klasy ? Przecież to jest inwestycja w kolejne pokolenia Polaków i rozwój naszego kraju.

Z poważaniem

 K.

List Eksperta (04/08/21)

Szanowny Panie,

Pozwolę sobie nawiązać do niedawnej serii wypowiedzi jaką wywołała opinia czytelnika podpisującego się ”W”. Opadł już wprawdzie zapał polemiczny użytkowników PAC, a mnie przyszła do głowy taka refleksja. W całej tej gorącej wymianie uwag, oskarżeń pod adresem domów aukcyjnych i ekspertów oraz  pretensji do całego świata, czegoś mi tu zabrakło, a mianowicie reakcji z drugiej strony barykady. Wygląda na to iż rzeczone istytucje i jednostki przyjęły tę krytykę do wiadomości i przeszły nad nią do porządku dziennego. Tymczasem wydaje mi się że zamiast chować głowę w piasek, dobrze było by pewne rzeczy wytłumaczyć lub sprostować.

Pisze zatem wspomniany czytelnik iż sądził że tylko na polskim rynku jest bałagan, a tymczasem znajduje sie to samo wszędzie, czytaj na Zachodzie. Jest to bardzo słuszne stwierdzenie, bowiem po dziesięcioleciach życia w przekonaniu (w dużej mierze słusznym) że wszystko jest lepsze gdzie indziej, czas uzmysłowić sobie że Polska jest krajem takim samym jak inne i w którym rządzą te same prawa ekonomii, które często spychają na margines sprawy etyki. Mit o doskonałości systemów pod innym niebem rozpowszechnia Janusz Miliszkiewicz, sugerując że jest możliwe za pomocą odpowiednich regulacji zlikwidować całkowicie niekompetencje ekspertów, balansowanie domów aukcjnych na granicy uczciwości, oszustwa spadkobierców (o tym się mało mówi ale to poważny problem) i temu podobne. To niestety utopia. Może pod tym względem jeszcze Francja wypada tu najlepiej, gdzie tzw. Commissaire priseur, czyli aukcjoner jest urzędnikiem zaufania publicznego i sprzedaje wyłącznie powierzony towar (tak zresztą jak ekspert). Ale i to nie zapobiega licznym pomyłkom, reklamacjom a także procesom.

Polskie domy aukcyjne, po okresie dopasowywania się do nowej rzeczywistóści funkcjonują tak jak inne domy w krajach naszej strefy. Nadejście kapitalizmu i wolnego rynku przyniosło swoje “plusy dodatnie i plusy ujemne”. Do tych ostatnich należy fakt że domy aukcyjne to domy handlowe nie zaś instytucje charytatywne, z czym wielu dyskutantów nie może się pogodzić. Stąd np. pretensje że domy aukcyjne nie podają informacji o niesprzedanych wcześniej pozycjach. Pominąwszy fakt że jest to dziś na ogół łatwe do sprawdzenia, tak dla porównania proszę powiedzieć jaka firma handlowa będzie się chwaliła że wypuściła niegdyś produkt który okazał się być klapą? Zresztą kwestia niesprzedanych prac to osobny wątek, o którym innym razem. Do tej samej serii marzeń należy sugestia aby stworzyć jakiś organ, który by ustalał estymacje objektów proponowanych na aukcje. Może Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Wycen Przedmiotów Przeznaczonych na Licytację Publiczną ? Odnajduję tu jakąś nostalgię za ubiegłą epoką, kiedy wszystko było reglamentowane i kontrolowane, co poniekąd zwalniało od myślenia i wysiłku, podczas kiedy dziś jest to wolna gra popytu i podaży. Z tej samej serii odnotowuję irytację kolekcjonera gotowego iść z donosem na policję, bowiem pani z domu aukcyjnego złożyła mu propozycję nie do zaakceptowania. Biorąc pod uwagę że chodziło tu o doświadczoną dorosłą osobę a nie niepełnoletniego młodzieńca pod kuratelą ani też ubezwłasnowolnioną staruszkę z Alzheimerem nie bardzo wiem pod jaki paragraf mogła by podpaść ta sytuacja. Tu pozostało tylko podziękować za współpracę i obrócić się na pięcie.

Niech ten głos nie zostanie potraktowany jako pochwała istniejących stosunków, lecz jako opis świata w jakim żyjemy. Ja również chciał bym widzieć domy aukcyjne całkowicie transparentne nie kryjące niczego, ekspertów absolutnie bez skazy, ale także kolekcjonerów realnie oceniających posiadane dzieła. Zbieranie jest przedsięwzięciem indywidualnym, które do pewnego poziomu można traktować jako zabawę. Ale w gruncie rzeczy kolekcjoner jest jednostką samotną która ostatecznie podejmuje decyzje za siebie, nawet jeśli spotka po drodze dobrych doradców, albo korzysta z rad takiego portalu jak niniejszy. Nie należy zatem szukać jakichś nieistniejących kompletnych i definitywnch źródeł informacji na temat rynku sztuki, które przeprowadzą amatora bezpiecznie przez ten zaminowany teren. Na tę wiedzę składa się indywidualna praca nad sobą polegająca na obserwacji rynku, kontaktach z osobami kompetentnymi, wizytach w muzeach, konsultowaniu literatury fachowej.

Jeszcze o praktyce wykupywania przez polskie domy aukcyjne obrazów za granicą i proponowanie ich na polskim gruncie po zwielokrotnionych cenach, co stanowi cheval de bataille gospodarza niniejszych stron. To oczywiście może irytować kiedy jakiś obiekt jest wystawiony na aukcji w Warszawie za 50.000 euro podczas kiedy został kupiony w Paryżu za 20.000. Niestety jest to prawo kapitalistycznej dżungli że mocniejsi biją słąbszych. Zresztą dziś informacja o aukcjach jest dostępna na całej planecie i można się zapytać dlaczego ktoś nie walczył o daną pozycję wówczas gdy licytacja toczyła się na poziomie 20-tu tysięcy? A polski dom aukcyjny jeśli przesadził, zostanie z obrazem w rękach.

Nie zgadzam się natomiast z buńczucznymi wypowiedziami że nie należy niczego kupować w Polsce. Doświadczony kolekcjoner powinien być pragmatyczny, a poza tym do licha, chyba nie wszystkie obrazy sprzedawane w kraju pochodzą z zagranicznych aukcji  ?

Tyle na razie – osobno o ekspertach, awangardzie rosyjskiej oraz narodowości artystów.

K.Z.

Odpowiedż autora blogu na pytania zawarte w listach (03/17/21):

Skoro zostałem wywołany do tablicy, pragnę nawiązać do kilku spraw, które poruszyli czytelnicy a jakie dotyczą blogu, czyli mojej osoby. Padło kilka pytań/propozycji, które podaję kursywą.

  1.  Jak znaleźć rzetelne źródła informacji na temat konkretnych obrazów w polskich i zagranicznych domach aukcyjnych?’. Odpowiadam, że szukam głównie w katalogach aukcyjnych i te przeglądam w dużych ilościach. Systematyczność popłaca bo czasami trafią się polskie nazwiska bardzo zniekształcone a w dodatku mogą to być nierozpoznani autorzy z wysokich półek. Miałem w przeszłości też dużo sukcesów przeglądając zagraniczne (oczywiście) galerie, które nie wystawiaja na aukcjach a jedynie oferują prace po stałych cenach. Można się wtedy potargować i kupić ciekawą prace malarską za wynegocjowaną cenę. W takich przypadkach trzeba mieć jednak trochę szczęścia by inni nie ubiegli a galernik by był podatny na nasze perswazje. Są też i inne metody znajdywania lecz nie byłaby to odpowiedź na zadane pytanie.
  2. Nie znam żadnego krytycznego źródła oprócz Pańskiego bloga’. Dziękuję za komplement ale na blogu to są jedynie moje opinie i to bardzo subiektywne. Moj blog jako źródło krytycznych informacji to sprawa bardzo, bardzo cienka i jest to złe podejście. Mam swoje ograniczenia i swoje preferencje. Wolę np. Brandta od Fangora ale nie znaczy, ze mam bezwzględną rację. Inni myślą na odwrót. Jest wiele źródeł, zwłaszcza książkowych, gdzie można się wiele nauczyć i to w dodatku od autorytetów z odpowiednim wykształceniem. Polecam równiez literaturę popularno-naukową, np. choćby bardzo ‘rasistowski’ tytuł ‘Malarstwo Białego Człowieka’ pióra Waldemara Łysiaka. Zgodzę się, że blog daje mi swobodę walenia tego co myślę, gdy inni blogowicze są poprawni w ocenach i boją się kogokolwiek urazić. Ja na publikacjach blogu nie zarabiam lecz do niego dokładam. Miałem prozycję z firm polskich bym dla nich pisał ale nie zgodzili się bym pisał jak to robię do tej pory, ale pod ich klienta. Dlatego zostałem przy swoim. Proszę jednak koniecznie przeglądać inne źródła by mieć inne spojrzenie.
  3. Może kolekcjonowanie nie jest dla mnie? Może występują błędy w moim podejściu, może ono jest nierealistyczne? Chętnie przeczytałbym Pańską opinie.’ Podchodzę do kolekcjonowania jak do hobby i zabawy a nie do zawodu. Nie każdą rzadką monetę mogę kupić (bom za biedny) i tak samo jest z malarstwem. Trzeba przyjąć, że inni mają większe możliwości, niezależnie czy kupują dla siebie czy handel, i z tym trzeba żyć. Są oczywiście patologie ale do mnie również codziennie dzwonią różni oszuści.
  4. Jakie czynniki w polskich realiach wpływają na szacowanie ceny obrazu? To złożony temat i pewnie byśmy długo dyskutowali i spierali się. Większość z listów tutaj opublikowanych dotykała tego tematu i widziano głównie zło polskich domów aukcyjnych i handlarzy napędzających ceny. Nie ma na szczęście jeszcze przymusu kupowania dzieł sztuki, zatem jeśli oszacujemy, że praca jest za droga to nie kupujmy jej. Może inni też nie kupią. Chciałoby się aby rynek o tym decydował a nie monopole (OPEC vel wymieniona trójca warszawska w jednym z listów).
  5. Czy są jakieś choćby o minimalnej precyzji wytyczne wg jakich kryteriów ustalać cenę dzieła?’ Myślę, że marszandzi, eksperci powini się tutaj wypowiedzieć. To też bardzo szeroki temat do dyskusji i na pewno zawadzimy wtedy o Desę Unicum w Warszawie. Można oczywiście zająć się matematyką i jak to zrobił żartobliwie jeden z czytelników by liczyć cenę za cm kwadratowy pracy. By podać inny przykład, w 1995 roku płótno mojego ulubionego malarza, Fangora, było wycenione $0.12/cm2, zaś w 2017 roku podobnej wiekości było wycenione już za $17 cm2. Można tak mierzyć jak powierzchnię mieszkania. To jest oczywiście absurd, bo wiadomo, że każde z wirujących kół daje inne wrażenia oczopląsu.
  6. Czytając Pańskie wpisy zazdroszczę wiedzy, która umożliwia Panu formułowanie tak klarownych i szczegółowych sądów i opinii o obrazach.’ Aż się oblizałem na skutek tej małmazji. Prawda jest prosta: w moim przypadku jest to ta trzecia prawda góralska wg. księdza Tisznera. Lubię obśmiewać, choć czasami piszę na serio. Bawię się.
  7. Może czas coś zmienić , zamiast wylewać żale w internetach ? Może trzeba STWORZYĆ wolny rynek/portal sztuki bez pośredników na którym będzie można zawierać transakcje pomiędzy kupującym i sprzedającym na wzór portali zajmujących się kruszcami i metalami szlachetnymi , może to zmusi kolekcjonerów do nauki , odrobienia zadania domowego, szkolenia się ,bycia ekspertami i doskonałymi znawcami w danym temacie – bo to będzie naturalne narzędzie obrony przed falsami i podrobionymi dziełami i zmniejszy popyt na opinie u niedouczonych ‘ekspertów’ , którzy są ekspertami absolutnie od wszystkiego , od każdej epoki i każdego artysty…  ‘. Jest to pytanie poniekąd również do mnie. Wolny rynek sztuki bez pośredników istnieje cały czas. Czasami kupuję od znajomych i umawiamy się co do ceny. Jeśli czytelnik myśli o instytucji to taka instytucja będzie miała swoje ramy z przychodami i odchodami (fe!) i wtedy wrócimy do starego. Próbowałem rok temu nieśmiało stworzyć takie forum wymiany na blogu (Buy/Sell) ale nie udało się i zamknąłem z wielu powodów. Jednym z nich był wiary, że to nie jest oszustwo. Kolekcjonowanie potrafi być sprawą bardzo hermetyczną i nie każdy chce ujawnić swoje zbiory. To trudna sprawa postawiona w pytaniu i można temat kontynuować tutaj a może dojdziemy do jakiegoś nowego pomysłu?
  8. za granicą jest taniej, ale już też nieracjonalnie”. Sam pisałem wielokrotnie, ze za granicą jest taniej to muszę się do tego odnieść. Może nie jest tak w każdym przypadku, ale chyba nadal jest taniej, bo skąd Desa (znowu ten przykład powtarzany przez innych) brałaby te prace na swoje aukcje? Również sam kupuję jedynie poza granicami a nie w Polsce. Płacę tyle ile mnie na to stać, ani centa więcej.
  9. W tej sytuacji zmuszony jestem wystosować apel do Autora blogu’. Autor istu prosi bym umieszczał wpisy dopiero po aukcji. Mogę tak zrobić, ale to chyba na wiele się nie zda bo, jak napisał inny czytelnik, każdy nosi w kieszeni internet a w dodatku są inne portale o podobnych charakterze (np. krakowskie ‘Sztuki Piękne’), które dają w dodatku czysty graficzny symbol: kupić czy nie kupić i wtedy sprawa jest jasna. Mogę oczywiście wstrzymać wpisy, tytułem próby, np. do końca marca i zobaczymy. Nie sądzę bym miał jakiś wpływ (przykład ostatnio pracy Wasilkowskiego) ale obiecuję do końca marca zachowywać się dobrze by wszyscy mieli jednakowe szanse.
  10. W ten sposób doprowadzimy do zaniknięcia grupy ludzi chcących być kolekcjonerami, ale nie posiadających środków, które narzucają trzęsące rynkiem domy aukcyjne i żyjąca w symbiozie z nimi grupa handlarzy.’ To było do mnie w kontekście abym ewentualnie opóźniał wpisy i wprowadzał je dopiero po aukcji lub w dniu aukcji. Nie będę się rozpisywał bo już o tym pisałem wyżej, że mój wpływ jest jednak marginalny. Raz jeszcze powtórzę: do końca marca spróbuję zamilknąć by sprawdzić tezę czytelnika o mom wpływie. Jestem bardzo sceptyczny, że mam jakikolwiek wpływ.
  11. Czy jego (moje!) wpisy pomagają spekulantom i handlarzom? Jasne, że tak. Ale nie tylko im. Pomagają też mniej wprawnym kolekcjonerom, mają walor edukacyjny. Poza tym chyba siła sprawcza autora wpisów jest trochę przeceniona. Bardzo bisko! To lubię. I love you!

To tyle na temat bezposrednich pytań i zaczepień. Bardzo się cieszę z tego zamętu jaki powstał. Dowiedzielismy się o patologiach jakie mają miejsce na rynku w Polsce bo sam nie wierzę w dobroć i bezinteresowność domów aukcyjnych.

Sam byłem niedawno zdziwiony i stałem jak gapa z otwartymi ustami po tym gdy zobaczyłem, że rzeźby Magaleny Abakanowicz kupione w październiku 2018 roku przez Desę w Sotheby’s (https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html) za $471,000 (ok 1,800,000 zlotych) zostały przez nią sprzedane po roku za 6,800,000 zotych (https://desa.pl/pl/archiwalne-aukcje-dziel-sztuki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/magdalena-abakanowicz/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?qsearch=1) . Duży kapitał to duże możliwości. Obecny właściciel mógł te rzeźby kupić taniej, bezpośrednio z Sotheby’s oszczędzając ponad 5 milionów złotych.

Forum jest otwarte dla czytelników jak też domów aukcyjnych. Proszę się nie bać pisać i spróbować się wyładować a wszystko opublikuję. Jedynie proszę: bez wulgaryzmów bo te nie przejdą.

Gdyby ktoś chciał inaczej podsumować to łamy stoją otworem.

(Tekst ten zmodyfikowałem, gdyż niesłusznie napisałem, iż rzeźby Magdaleny Abakanowicz zakupiła Fundacja Staraków. Tak nie było o czym powiadomiła mnie sama Fundacja. Za mylny wpis przepraszam zaintersowanych. 03/29/21)

List od czytelnika (03/11/21)

Szanowny Panie,

jestem czytelnikiem bloga. Próbuje w publikowanych przez Pana tekstach szukać wskazówek praktycznych na temat kolekcjonowania malarstwa, w szczególności czego nie kupować, jakich sytuacji unikać, jak nie dać się „naciągnąć” itd.

Moim podstawowym pytaniem do Pana byłoby:
Jak znaleźć rzetelne źródła informacji na temat konkretnych obrazów w polskich i zagranicznych domach aukcyjnych?

Wydawało mi się kiedyś, że w Polsce (wiadomo – demolud itd.) jest burdel a na zachodzie ład i porządek. Nic bardziej mylnego. A przynajmniej nie na rynku sztuki. Burdel jest wszędzie. Obowiązuje kult pieniądza i wszechobecna poprawność.

Chciałem wpierw kolekcjonować mniej istotne działa konstruktywistów, przede wszystkim rosyjskich. Rok korespondowania na temat różnych obiektów na trzech kontynentach. Wnioski porażające. Ekspertyzy to pic. Bez względu czy z Londynu, Paryża, Moskwy czy Tel Awiwu. Są pisane na zamowienie. Za opłata jest dorabiana tym dziełom proweniencja. Nie chcę uczestniczyć w cyrku związanym z rynkiem prac rosyjskich, ukraińskich, białoruskich. Tam są przerażajace mnie koterie. Jedna w Paryżu z gronem własnych ekspertów druga w Petersburgu i Moskwie. Obie oskarżają się wzajemnie o nadużycia. Właściwie jedyne bezpieczne i wiarygodne prace to Kandinsky. Na to mnie jednak nie stać. Mając więc do wyboru nieosiągalnego Kandinsky’ego i ciemną dziurę jak chodzi o proweniencję prac kilkudziesięciu przynajmniej mniej znanych artystów, powiedziałem pas. Nie mam zamiaru codziennie zastanawiać się czy mam na ścianie oryginał czy po prostu świetną podróbkę do której użyto nawet materiałów z epoki, konkretnych farb z epoki itd. Podróbkę wspartą bardzo łatwo podważalną proweniencją. Przykładem całkiem niedawny proces w Niemczech „marszandów” z Izraela – daje wyobrażenie o skali możliwych nadużyć.

Drugie podejście trwa obecnie. Zgłębiam, ze wszystkimi ograniczeniami charakterystycznymi dla amatora, wybranych czeskich i polskich malarzy. To znów duże uproszczenie bo połowa z tych „Czechów” okazuje się być Niemcami a połowa „Polaków” Żydami lub obywatelami świata połączonymi z Polską jedynie przez miejsce urodzenia i dzieciństwo.
Odwiedzam w wolnym czasie domy aukcyjne czeskie typu Kodl, Adolf Loos i polską święta trójcę w Warszawie, także Wiedeń. Rozmowy z pracownikami domów aukcyjnych w moim osobistym odczuciu to pic i chucpa (może miałem pecha). Bezkrytycznie zachwalają wszystkich i wszystko, o czym tylko wspomnę, że mógłbym być zainteresowany.
Dodajmy do tego bańkę na rynku sztuki (właściwie mamy chyba bańkę na wszystkich aktywach dzięki bankom centralnym). Beneficjentami bańki są domy aukcyjne i najbardziej majętna grupa klientów.

Nie znam żadnego krytycznego źródła oprócz Pańskiego bloga. Taka Desa nie jest w stanie nawet oznaczyć informacji, że dane dzieło było u nich na aukcji rok czy dwa lata wcześniej. Trzeba ryć ziemię niczym kret w poszukiwaniu każdej istotnej informacji bo na żadna rzetelność nie można liczyć. Przeglądam estymacje poszczególnych dzieł tego samego artysty, domy aukcyjne nie chcą ze mną dyskutować na temat dlaczego dany obraz jest wyceniany na taką a nie inna kwotę. To tak jakbym obraził świętość, jakbym z mieczem ruszył na częstochowski święty obrazek.

Moim pośrednikiem (z konieczności bo przecież nie z wyboru) jest dom aukcyjny który przecież nie jest wyłącznie pośrednikiem ale wielkim graczem i spekulantem na rynku. Wystarczy wspomnieć choćby wykupywanie obrazów i ściąganie ich do kraju. Ich budżet i mój to kopanie się z koniem. Znam przykład dzieła Nowosielskiego które zostało wykupione na aukcji przed osobę związana z domem aukcyjnym bo nie wydawało żeby ten konkretny „obrazek„ nie sprzedał się. To wszystko odrzuca mnie od tego rynku.

Może kolekcjonowanie nie jest dla mnie? Może występują błędy w moim podejściu, może ono jest nierealistyczne? Chętnie przeczytałbym Pańską opinie.

Pozdrawiam,
W.

(imie i adres mailowy czytelnika zachowuję dla siebie)

Nadeszła pierwsza replika od innego czytelnika (03/12/21):

Szanowny Panie,

Również jestem czytelnikiem bloga a także kolekcjonerem amatorem. Podzielam obawy i frustracje przedmówcy na temat sytuacji na rynkach sztuki w Polsce i za granicą.

Chcąc zakupić prace danego artysty – ufam Tylko własnym oczom ,
szukam materiałów(książek) poświęconych danemu artyście – przeglądam ogólnodostępne prace (najlepiej muzealne), jak również w razie potrzeby pisze do Muzeów Narodowych z prośbą o informacje. Pracownicy muzeów zawsze odpisują – co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Jeżeli chodzi o Polski rynek sztuki , to traktuje go tylko jako odnośnik w celu weryfikacji cen, lub jako bazę danych z pracami artystów , którzy mnie interesują. Jeżeli chodzi o ceny(rekordowe) prac Polskich artystów na rynku – to podzielam zdanie Pana Miliszkiewicza – że to wszystko może okazać się bańką.
Podejrzewam, że nie tylko w Polsce mamy do czynienia z taką patologią – tam gdzie w grę wchodzą duże pieniądze trzeba być bardzo czujnym – ufać tylko sobie lub prawdziwym autorytetom , pasjonatom w dziedzinie sztuki, których jest coraz mniej , a i kontakt z nimi nie zawsze bywa łatwy(starsi ludzie nie zawsze posiadają adres mailowy).Nie mniej jednak oczekuje od Polskich domów aukcyjnych znajomości Polskich artystów i 100% wiarygodności/autentyczności w sprawie sprzedaży /zakupu dzieła.

Podsumowując moje obserwacje – jeżeli coś kupuje to tylko z poza Polski, bo taniej (zdarza się , że za 1/4 ceny w odniesieniu do rynku Polskiego) A jeżeli chodzi o proweniencje , to dla mnie osobiście nie wiele to znaczy, domy aukcyjne podają ,że prace wystawiane należały do wybitnych koneserów malarstwa, ale właściciel nie może tego potwierdzić ponieważ zazwyczaj już nie żyje..

Wszystkim, którzy zajmują się hobbystycznie kolekcjonowaniem sztuki radzę wyszukiwać prac Polskich artystów na zagranicznych aukcjach(bo po co przepłacać) – unikać Kanadyjskiego domu aukcyjnego 888 ,
a w razie niepewności pytać wszystkich ludzi godnych zaufania i skłonnych do bezinteresownej pomocy.

Pozdrawiam
J.W

I jeszcze jeden list (03/12/21):

Szanowny Panie, 

bardzo dziękuję za wiadomość. 

Jakie czynniki w polskich realiach wpływają na szacowanie ceny obrazu? 

Czy dobrze sobie to wyobrażam, że jest to zazwyczaj  brudny deal marszanda, domu aukcyjnego z rynkiem, który w warunkach szału i hossy (bańki) na dziełach sztuki i tak kupi wszystko? A nawet jak nie kupi rynek to przecież dzieło można uratować przed „spadnięciem” licytując przez podstawione osoby? Chciwość i nic więcej?

Czy są jakieś choćby o minimalnej precyzji wytyczne wg jakich kryteriów ustalać cenę dzieła? 

Interesuje mnie przykładowo czeski kubizm, jako mniej znany i przez to osiągalny cenowo (ostatnio z uwagi na bańkę w Czechach jeszcze większa niż w Polsce coraz mniej osiągalny) i jakościowo dobry. Wprawiłem w konsternację pracownika w czeskim domu aukcyjnym Kodl, kiedy poirytowany i znudzony jego bezrefleksyjnym i bezkrytycznym podejściem, rozpływaniem się i zachwytami nad geniuszem artysty i wybitnością dzieła oraz geniuszem czeskiego malarstwa – kończąc chucpę – zapytałem po prostu jak pierwszy lepszy idiota dlaczego cm2 tej martwej natury jest 50% droższy niż cm2 tej drugiej martwej natury. Pewnie brzmi to idiotycznie ale po prostu wziąłem powierzchnie dwóch obrazów tego samego artysty w cm2 i podzieliłem dolna granicę estymacji uzyskując cenę za cm2 każdego z obrazów (chodziło o dwa obrazki typu Zatiši czyli martwa natura Emila Filli licytowane na aukcji nr 84 w Kodl)

Brzmi to pewnie kuriozalnie ale spróbowałem tym sposobem (ceny za cm2) od tego marszanda wyciągnąć jakieś miarodajne informacje na temat procesu szacowania wartości, może jedno dzieło ma lepsza proweniencję a może drugie wyjątkowo kiepską? Może jakieś błędy warsztatowe? Inne relewantne informacje? Była to próba odpowiedzi na pytanie jak wy w ogóle te estymacje wyliczacie, na podstawie czego? Próba merytorycznej dyskusji nie wchodziła w grę. Taka jest cena i koniec a jak nie odpowiada to przecież może Pan nie licytować. 

W Pradze ceny prac Toyen czy Kupki czy Preisler’a odleciały w kosmos. Rynek przy tym oczywiście zawiera transakcje po każdej cenie. 

Media dodatkowo nakręcają atmosferę pisząc o spodziewanych kolejnych, nowych rekordach. Tam już nie ma wielu kolekcjonerów tylko wielcy spekulanci, handlarze, inwestorzy wyjmujący z kont bankowych oprocentowane na 0% środki i kupujący jak leci dobre nazwiska. Jak na obrazie Wojtkiewicza „Cyrk wariatów”, nie wiem już czy kupuje sztukę czy handluję wieprzowym półtuszami – bo formy, schematy i zagrywki te same. 

Śmieszą mnie też rzekomo „cudownie odnajdywane” płótna Toyen i Kupki. Im wyższe wyceny tym więcej cudownie odnalezionych, cudownie ocalonych itd. Często „cudownie odnalezione” w Sotheby’s itp. kilka kwartałów wcześniej i kilka razy taniej.. Nie mam dowodów na manipulacje podażą ale po tym czego dowiedziałem się o handlu i spekulacji rosyjskimi konstruktywistami nie zdziwi mnie nic. 

Zgadzam się – nie da się rywalizować na aukcji z domem aukcyjnym. Zawsze mnie ta myśl dręczy gdy widzę okazyjnie wycenioną polską pracę za granicą. Tym bardziej, że zagraniczne wyceny polskich artystów wydaja się urealnione i zachęcające przy tym całym krajowym szale. Wiem, że powiniennem się tam wybrać a to zazwyczaj Wiedeń, Londyn, Paryż, Niemcy. To jeszcze akceptowalne ale nie raz jest to Nowy York. Lecieć pooglądać dzieło, poświecić czas a na koniec i tak przegrać z domem aukcyjnym typu trójca warszawska i sdm, z którymi gram znaczonymi przez nich kartami. Oni licytują i może już nawet wiedzą jakiemu miliarderowi czy jego fundacji dane dzieło wcisną i za ile. 

Ale podobnie proszę zwrócić uwagę na takich kupujących jak wielkie fundacje rodzimych miliarderów typu Fundacja Staraków czy krakowski marszand Starmach itp. Jak zechcą kupić Andrzeja Wróblewskiego to przeciętny kolekcjoner nie ma żadnych szans. Kiedyś chciałem kupić obrazek „Kłosy” Strzemińskiego. Zobaczyłem estymacje około 180-240k PLN i stwierdziłem, że znając lokalnych miliarderów, wycenę pokryje jeszcze bardziej absurdalna cena sprzedaży. Potem przeżyłem szok gdy przeczytałem cenę wylicytowaną 95k.

Oglądałem niedawno w Desie martwą naturę Leopolda Gottlieb’a na najbliższą aukcje 18 marca 2021. Jakaś młoda uśmiechnięta dziewczyna przekonywała mnie w krótkiej wymianie zdań, że to wyjątkowo rzadki a przy tym całkowicie nowy obraz w ich ofercie.  Pogrzebałem w internecie i po chwili wiedziałem już, że ta rzekoma „nowość” pochodzi z Christie’s z 2017 roku, potem była w Desie w 2017 i została wylicytowana za 55k, rok później znów w Desie za 55k. Po niecałych 3 latach estymacja 70-90k plus 20%. A pracownica Desy uważa, że ten obiekt to nowość. Zatrudniają po prostu studentki to obsługi głupców. Desa nie uznała nawet za konieczne umieścić pod obrazem tych kluczowych informacji, że był on już dwukrotnie licytowany w ich własnym domu aukcyjnym. 

Może jakiś potencjalny kolekcjoner widząc te informacje zastanowiłby się czy każda kolejna wyższa estymacja w krótkim i średnim terminie nie wynika po prostu z przerzucania kolejnych kosztów transakcji i kolejnych marż na kolejnych „kolekcjonerów” – w tak krótkim okresie czasu. 

Przy okazji wspomnianego wczoraj Streitt’a natknąłem się w tym samym momencie na Muter –  portret mężczyzny z fajką, przeznaczony na aukcję 21 marca. Dzieło wzbudziło moje zainteresowanie w Agrze. Tylko gdyby Pan był uprzejmy zwrócić uwagę – renomowany rzekomo dom aukcyjny – a co tam jest w opisie dzieła za przynajmniej 50k € czyli kwotę już w polskich realiach ze średniej półki. Tam nie ma nic! Życiorys M.Muter – chucpa. I jakaś opowieść, wg której Muter znała kogoś kto mógł znać kogoś, kogo ona mogła sportretować a ta osoba to może być wspomniany mężczyzna, określony jako Senegalczyk. 

O tym obrazie lepsze historie być może wywróżyłaby mi uliczna cyganka, z pewnością byłyby bardziej przekonujące. Przede wszystkim zaś po cygance mógłbym spodziewać się wciskania mi kitu i chucpy ale rzekomo profesjonalny podmiot rynkowy? Mogli napisać po prostu w kwestii  proweniencji: czarna dziura, brak informacji, nie wiemy nic, nie mamy pojęcia.  Ale to zapewne znów źle by się sprzedawało. 

Poza tym brakuje mi kompetencji. Czytając Pańskie wpisy zazdroszczę wiedzy, która umożliwia Panu formułowanie tak klarownych i szczegółowych sądów i opinii o obrazach. Pisze Pan o jakimś dziele jako o „przeciętnym dziele” danego autora, „wyjątkowo dobrym” albo „wyjątkowo słabym”, potrafi Pan osadzić estymację w jakiś realiach. Zazdroszczę tych umiejętności bo ja nie wiem nawet ile dany obraz jest wart. Ceny jakie godzą się niektórzy zapłacić są absurdalne ale wtedy wchodzę w pozycje dyskutującego z faktami. Z drugiej strony widzę manipulowane i coraz wyższe estymacje domów aukcyjnych. Jedyną właściwie wskazówką są dla mnie wcześniejsze zawarte transakcje tej samej pracy w różnych badź tych samych domach aukcyjnych na przestrzeni lat. Które to wcześniejsze aukcje też przecież mogą być w rozmaity sposób manipulowane a wyceny wypaczone. Tym sposobem wracam do punktu wyjścia. 

Pozdrawiam,

W. 

Kolejny list (03/13/21):

Niestety większość czytelników Pańskiego bloga prowadzi pasożytniczy tryb życia,
żerują na Pańskiej wiedzy i informacjach podawanych na blogu nie dając nic w zamian.
Nie każdy czytelnik jest specjalistą i posiada wiedzę na dany temat , ale czysta przyzwoitość nakazuje też dawać coś od siebie,
a nie tylko brać. Wystarczy niekiedy krótki komentarz świadczący o zainteresowaniu tematem prowokujący do dalszej polemiki. 

Przesyłam Panu swoje przemyślenia do działu Opinie :
Intuicja pozwala twierdzić , że na cenę obrazu wpływa : rozmiar , stan zachowania , tematyka ,okres powstania (wszyscy wiemy , że dany artysta miał płodniejsze lata kariery , wiec prace z tego okresu będą droższe od prac wykonanych u schyłku swego żywota. Dochodzą do tego dodatkowe atuty w postaci proweniencji i nobilitacji w postaci wystawiania danego obrazu na wystawie w Muzeum.
Wydaje mi się , że takie kryteria powinny wpływać na cenę. Z obserwacji jakie poczyniłem wynika , że na cenę estymacyjną ma wpływ handlarz sztuki , który udając się do domu aukcyjnego ustala minimalną cenę za którą będzie gotów sprzedać posiadany obraz – bo jak nie u Was to pójdę do konkurencji.
Do puki nasz rynek nie zostanie uregulowany odpowiednimi przepisami prawnymi jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii to patologie cenowe będą normą i codziennością.

Dajmy na to ,że dom aukcyjny X wystawia prace artysty Y z ceną astronomiczną (jak wirujące kółko Fangora) obraz osiąga rynkowy rekord , a nabywcą zostaje anonimowy kupiec. Informacja o rekordowej sprzedaży idzie w świat , a tenże anonimowy nabywca nie zgłasza się po odbiór wylicytowanego przedmiotu – dom aukcyjny oczywiście nie informuje o tym fakcie opinii publicznej , bo jak podpowiada intuicja – była to zagrywka lobbingowo-marketingowa mająca na celu wywindować cenę z góry ukartowana przez dom aukcyjny.. W taki sposób odbywa się windowanie ,a raczej odlatywanie w cenowy kosmos.
Po upływie 1-2 lat dom aukcyjny wyciąga tenże rekordowo sprzedany obraz z szafy i umieszcza go na licytacji , doliczając oczywiście od 10-20% więcej do ceny ,,poprzedniej sprzedaży” bo inflacja.

Pracownicy domu aukcyjnego proponują tenże cudowny obraz bogatemu i nie do końca świadomemu nabywcy jako świetną inwestycje za okazyjną cenę i kasa się zgadza/ interes się kreci- mamy kolejny rekordowy roczny dochód/przychód i tak rok do roku.

Odnośnie Desy która jest niewątpliwie molochem na Polskim rynku sztuki i ogromną maszynką do robienia pieniędzy – z częstotliwością aukcji 7 dni w tygodniu (już nawet 2-3 razy dziennie)spodziewam się wszystkiego poza rzetelną informacją na temat wystawianych prac. Czekam z utęsknieniem na powstanie programu telewizyjnego dostępnego 24/7 w postaci tzw. telezakupów MANGO z cogodzinnymi super promocjami.

Wszystkim pasjonatom sztuki radzę przeglądać nie tylko znane renomowane zagraniczne domy aukcyjne, bo pracownicy tych że domów wiedzą co wystawiają i maja świadomość panujących cen .
Prawdziwe perełki odnajduje się w mało znanych zagranicznych domach aukcyjnych – niekiedy obrazy Polskich artystów zostają błędnie opisane , lub poza zdjęciem obrazu który przypomina/znamionuje pracownie artysty nie ma żadnego opisu i taką prace można kupić za symboliczne pieniądze względem rynku polskiego.

Pozdrawiam
J.W

Nastepny list (03/13/21):

Polski rynek jest płytki. Kilka podmiotów co do zasady zdominowało obrót dziełami sztuki. Skupiło w około siebie popleczników i klakierów w postaci znanych postaci życia publicznego, akademików z uczelni artystycznych, rzeczoznawców. Każdy przecież chce zarobić. 
W połączeniu z fatalnymi regulacjami prawnymi mamy szerokie pole do nadużyć. 
Potrzebowali tylko iskry żeby te fajerwerki odpalić i iskra się pojawiła w postaci ujemnych stop procentowych. Teraz maja bańkę i złoty okres żniw. 
Blog Pański jest ostoją rozsądku ale zmarginalizowaną, a właścicielki domów aukcyjnych na zdjęciach z celebrytami balują w stolicy i śmieją się nam w twarz. 
Jakaś garstka zdroworozsądkowych kolekcjonerów, która nie uległa temu postmodernistycznemu cyrkowi i chucpie stoi raczej z boku, będą woleli się nie wypowiadać bo w końcu tez korzystają od czasu do czasu z usług wspomnianych ekspertów i domów aukcyjnych, często znając te osoby osobiście.
Patrzę tak teraz na te artykuły dotyczące rekordu Matejki, rekordów Fangora, Malczewskiego i jak wyobrażę sobie, że cześć tych prac to ordynarnie podbijane ceny w zmowie właścicieli z pośrednikami, że za tym mogły nie stać realne zakupy, że cześć tych transakcji mogła być pozorna, wie Pan, robi mi się niedobrze, ogarnia mnie niesmak i obrzydzenie do tego rynku. 
Ale dopóki wszyscy są zadowoleni (rosną ceny, przychody, zyski) – cyrk wariatów będzie trwał. Do czasu aż pierwszy nabity w butelkę pracą za kilka milionów nie znajdzie nabywcy na swoje dzieło. Wtedy istnieje ryzyko, że nakręci aferę jak ci ponabijani przez Agrę i Polswiss, jak żona Jerzego Urbana itd.Druga możliwość to faktycznie wzrost stop procentowych do poziomów umożliwiających ciułaczom powrót do banków i lokat. Wtedy z rynku uciekną „inwestorzy” i będzie trzeba te wszystkie kupowane w szale i w bańce dzieła sprzedawać prawdziwym kolekcjonerom i nastąpi urealnienie wycen 🙂

Pozdrawiam,W. 

Od innego czytelnika (03/13/21):

Dzień dobry  

Jestem stałym czytelnikiem Pana bloga ale dopiero teraz postanowiłem coś napisać.   

Po pierwsze jestem świadomym kolekcjonerem i doskonale wiem jak działa rynek sztuki , szczególnie nasze rodzime bagienko , ale o tym za chwilkę.  

Kolekcjonuję sztukę absolutnie niepopularną w Polsce wręcz zapomnianą i zniszczoną przez zaborów i wojny – mianowicie ryciny Starych Mistrzów od 1500 do 1750 roku , a co do sztuki współczesnej najbardziej interesuje mnie BEKSIŃSKI. Właśnie na przykładzie Beksińskiego widać jak “robi się” ceny w Polsce.   

SDA, aukcja listopad 2020 – rekord cenowy za ‘Czarną Rozpacz’ – 737 000 PLN już z opłatą aukcyjną, nic nie wiadomo o kupującym ale myślę sobie no ok , kupił jakiś kolekcjoner to był ‘wypadek’ , ale co się dzieje dalej ? SDA idzie za ciosem i w następnej aukcji z lutego 2021 – obraz który miałem kiedyś oferowany za około 30 000 USD (mówię serio) jest wystawiany za cenę wywoławczą na poziomie 280 000 PLN i ‘robi’ magiczne 500 000 PLN znowu tak zwany kolekcjoner na telefon , ale co dzieje się dalej ? POLSWISS 9 marca 2021 obraz z serii Z , czyli tak zwanego słynnego zamówienia Dmochowskiego ( obraz nazywany przez samego BEKSA odgrzewanym kotletem namalowany na zamówienie o czym nie ma ani słówka w opisie aukcyjnym ) z kosmiczną estymacją 600 – 700 tys PLN , ‘robi’ tylko 550 tys PLN . Przypominam , że do listopada 2020 najdroższym obrazem Beksińskiego był obraz Bez tytułu z 1971 sprzedany za marne 330 tys PLN . Cyk pyk i magicznie cena będzie się podwajać we wszystkich domach aukcyjnych w Polsce, tak to się robi Panie i Panowie. To nie ma znaczenia , że prace tego artysty przez ostatnie 20 lat kosztowały od kilkunastu do 150 tys PLN, a dopiero ostatnie trzy lata zaczęły windować ceny – To se ne vrati … Wywoławcza ma być 500 tys bo na ostatniej aukcji obraz za tyle się sprzedał i już ! Koniec kropka.  Dzięki Bogu , że Beksiński namalował bardzo dużo obrazów i można ich szukać na innych rynkach bardzo daleko od naszego kraju mlekiem i miodem płynącego.  

Kilka słów od DESIE. Pan Windorbski lubi pokazywać swoją buzię na youtube , w mediach typu onet i kreować się na szlachetnego biznesmena który podźwignął polski rynek sztuki z otchłani bylejakości. Ale prawda jest taka , że uśmiechnięta buzia i piękne słówka to tylko fasada – proszę poczytać opinie o tej firmie byłych pracowników na portalach dotyczących pracy , bardzo szybko znikają i są usuwane bo są zatrważające . Robienie aukcji czyli sztuczne ustalanie cen dzieł sztuki które nie opuszczają magazynu, skupowanie dzieł na zagranicznych aukcja i oferowanie ich w Polsce za 150% – 200% ceny zakupu to chleb powszedni.  Aukcje kilka razy w tygodniu , czasami 2- 3 dziennie o coraz niższych standardach i jakości . Czekam z niecierpliwością na aukcje typu ‘Old Masters prints’ wtedy będzie się działo (może coś kupię do swojej kolekcji ?) , bo już  nieśmiałe ubiegłoroczne aukcje Old Masters w Desie były kuriozalne i żałosne.   

Może czas coś zmienić , zamiast wylewać żale w internetach ? Może trzeba STWORZYĆ wolny rynek/portal sztuki bez pośredników na którym będzie można zawierać transakcje pomiędzy kupującym i sprzedającym na wzór portali zajmujących się kruszcami i metalami szlachetnymi , może to zmusi kolekcjonerów do nauki , odrobienia zadania domowego, szkolenia się ,bycia ekspertami i doskonałymi znawcami w danym temacie – bo to będzie naturalne narzędzie obrony przed falsami i podrobionymi dziełami i zmniejszy popyt na opinie u niedouczonych ‘ekspertów’ , którzy są ekspertami absolutnie od wszystkiego , od każdej epoki i każdego artysty…  

Z poważaniem   K

List od czytelnika (03/14/21)

“Szanowny Panie, Szanowni Forumowicze,  

Jestem kimś, kto chciałby nazwać się kolekcjonerem polskiej sztuki, ale w wyniku tego, co dzieje się od jakiegoś czasu na rodzimym i zagranicznym rynku, nie jestem w stanie poczuć się kimś takim. Dysponując środkami, które powinny pozwolić na tworzenie małej kolekcji artystów, którymi się interesuję (i nie są to topowi polscy twórcy), ponoszę porażki na każdym froncie.  

Chciałbym dołożyć kilka słów po kilkuletniej obserwacji rynku dzieł sztuki w Polsce i za granicą. Wszyscy wiemy, jakie są grzechy polskich domów aukcyjnych. Podsumowałbym to w następujący sposób: 1) Fikcyjne transakcje i podbijanie ceny przez podstawionych kupujących. Są to praktyki stosowane przez duże i mniejsze domy aukcyjne. Jako przykład podam proceder zaobserwowany w niejakim Warszawskim Domu Aukcyjnym. Proszę prześledzić historię sprzedaży obrazu Władysława Serafina, pt. Pejzaż tatrzański. Oto link https://onebid.pl/pl/archive/1/0/0/0/serafin Obraz spada w 2015 r. w Rempexie, a później bierze go już “w obroty” WDA. I tak: listopad 2019, cena wywoławcza 2000 – brak ofert; luty 2020 – sprzedany za 1652 zł z opłatami – wydawałoby się, że to będzie koniec historii, przynajmniej na jakiś czas, a tu nagle: czerwiec 2020, 1900 zł – brak ofert; wrzesień 2020, 1500 zł – brak ofert; luty 2021 – sprzedany za 2360 zł i wreszcie marzec 2021 – spada w Galerii Vratislavii (wrocławskiej córce WDA). Podsumowując, w przeciągu 1,5 roku obraz pojawia się 6 razy na aukcji, w tym dwukrotnie zostaje sprzedany, a to z pewnością jeszcze nie koniec historii… To samo dzieje się z innymi pozycjami w tym domu. Oczywiście większe domy aukcyjne dokonują takich praktyk w bardziej wysublimowany sposób i nie z tak ordynarną częstotliwością. 2) Przyjmowanie na aukcje pozycji, które dopiero co zostały nabyte za granicą i “czyszczenie” proweniencji do lakonicznego hasła “własność prywatna” – fatalny i nagminny proceder, nie muszę podawać tu przykładów, ponieważ autor tego bloga pokazuje to dobitnie. Szacuję, że około 30-40% dzieł sprzedawanych jest w ten sposób. Mafijna symbioza pomiędzy domami aukcyjnymi a handlarzami, uniemożliwiająca zakup w racjonalnych cenach komuś spoza układu. Ciekaw też jestem, czy ci handlarze wykazują sprzedaż tej swojej własności prywatnej w deklaracji podatkowej – sprzedaż poniżej pół roku od nabycia obciążona jest podatkiem dochodowym. Komentarz nasuwa się sam… 3) Zbójeckie prowizje domów aukcyjnych – w polskich realiach 18% hammer od kupującego (jakby tego było mało Desa Unicum i SDA 20%) i 25-30% (a może więcej – kwestie indywidualne) od sprzedającego. W rezultacie, oprócz niebotycznych zysków dla domów, powoduje to sztuczny przyrost ceny przy następnej sprzedaży dzieła – trzeba uwzględnić koszty, które się poniosło i prowizję, którą się poniesie. Przypominam, że większość zachodnich domów aukcyjnych pobiera około 30% prowizji od ceny młotka od kupującego, ale już nic od sprzedającego. 4) Nabywanie dzieł sztuki na zagranicznych aukcjach przez domy osobiście. Wiadomo z czym to się wiąże, drobni kolekcjonerzy tacy jak ja, nie mają szans z takim kapitałem. Domy aukcyjne praktycznie nie ryzykują niczym. Po nabyciu obrazu za granicą, dyktują swoje ceny, na które znajdują się chętni na rodzimym rynku. Kiedyś można było jeszcze powalczyć o dobrą pozycję za granicą w racjonalnych cenach, ale teraz przy rozpychaniu domów wespół z handlarzami, staje się to praktycznie niemożliwe – ten wątek chciałbym rozwinąć w dalszej części wypowiedzi. 5) Praktycznie zerowa odpowiedzialność karna i finansowa za sprzedanie falsyfikatu i korzystanie ze “swoich” rzeczoznawców przez domy aukcyjne. Temat dobrze znany i zaprezentowany szeroko choćby w reportażu “Zjawa”. Brak przepisów prawnych i pojedyncze sprawy sądowe ciągnące się latami, sprawiają, że domy czują się bezkarne i stosując wszystkie wspomniane przeze mnie praktyki osiągają rok rocznie rekordy obrotów przy aplauzie i podnieceniu analityków finansowych. 6) Prosiłbym o podzielenie się jeszcze innymi patologiami zaobserwowanymi na polskim rynku sztuki…  

W drugiej części wypowiedzi chciałbym odnieść się do stwierdzenia, które często tu pada, także przytaczane przez samego Autora blogu – za granicą jest taniej. W obecnej sytuacji nie mogę się z tym zgodzić, teraz powiedziałbym, że “za granicą było taniej” albo bardziej “za granicą jest taniej, ale już też nieracjonalnie”. Po zdominowaniu rynków zagranicznych przez domy aukcyjne i handlarzy, ceny tam również stały się niedostępne dla kogoś, kto chciałby na własną rękę ominąć zbójecki rynek polski. W tej sytuacji zmuszony jestem wystosować apel do Autora blogu, którego cenię za działalność non profit dla Niego, ale niestety przynoszącą niemały profit handlarzom. Chciałbym opisać sytuację, jaka miała miejsce całkiem niedawno. Pragnę nadmienić, że kiedy wyszukuję polskie dzieła za granicą, robię to zawsze na własną rękę. Poświęcam swój czas i wiedzę, żeby odszukać coś wartościowego. Jakiś czas temu znalazłem ciekawą ofertę. Kiedy dawałem ją do obserwowanych, były tam jeszcze dwie osoby. Oczywiście do terminu aukcji było jeszcze daleko i liczyłem się z tym, że liczba obserwujących wzrośnie, ale to, co stało się później tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że walczę z wiatrakami. Po jakimś tygodniu obraz został “wygrzebany” przez portal podejmujący tę samą tematykę co Autor blogu (z którymi często polemizuje). Po tym ukazaniu liczba obserwujących skoczyła do kilkunastu. Wreszcie Autor też opisał ten obraz jakoś tydzień przed terminem aukcji i obserwujących zrobiło się już prawie trzydziestu. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam już szans na kupno. Ile było tam handlarzy, można się tylko domyślać. A oto opisywany przykład https://polishartcorner.com/2021/03/11/jakub-glasner-1879-1942/ . Mam żal, ponieważ wcześniej dokonałem wszelkich starań, żeby powalczyć o obraz. Ustaliłem koszty przesyłki – dzieło było duże i dom aukcyjny nie wysyłał na własną rękę. Chciałem przeznaczyć środki powyżej górnej granicy estymacji domu aukcyjnego. Jaki był efekt – ten piękny Glasner został sprzedany za 1800 EUR plus 30% opłat plus jakieś 200 EUR za przesyłką. W przeliczeniu na polskie jakieś 11000 zł. Niedługo pewnie pojawi się na którejś aukcji z estymacją na poziomie 20-25 tys. zł. Z drugiej strony była sytuacja, kiedy Autor nie wspomniał o obrazie przed aukcją i tamten sprzedał się w bardzo dobrej cenie https://polishartcorner.com/2021/02/10/stanislaw-podgorski-1882-1964/ . Proszę zatem Autora, aby przemyślał rozwiązanie, w którym przedstawiać będzie dzieła po aukcji, ewentualnie w dniu aukcji, kiedy nie będzie już czasu na zarejestrowanie w domu aukcyjnym. Obecna praktyka, to podawanie handlarzom obrazów na tacy, którzy tylko na to czekają i nie muszą wykazywać odrobiny zaangażowania w poszukiwania na własną rękę. Oczywiście świadomy jestem, że mamy wolny rynek i konkurencję, ale nie ułatwiajmy sprawy tym, którzy mają już przewagę. W ten sposób doprowadzimy do zaniknięcia grupy ludzi chcących być kolekcjonerami, ale nie posiadających środków, które narzucają trzęsące rynkiem domy aukcyjne i żyjąca w symbiozie z nimi grupa handlarzy.  

Na koniec zgodzę się z tymi, którzy nawołują do bojkotu polskich domów aukcyjnych. Nie spodziewam się tego po milionerach, ale jeżeli odpłynie klasa średnia, zacznie się coś dziać i domy na pewno odczują taki brak zainteresowania. Powoli musimy przebić tę bańkę i wrócić do racjonalnych cen za dzieła sztuki.  

Z poważaniem,   P.G.”

List również z dnia 03/14/21

Szanowny Panie,
Pozwalam sobie przesłać kolejny komentarz w nawiązaniu do toczącej się dyskusji: 

Proszę zwrócić uwagę, że rozmawiamy w kręgu kolekcjonerów i te nasze uwagi są dla takiego audytorium trafne i aktualne. 

Przez kolekcjonerów mam na myśli ujecie zaproponowane przez Jerzego Stelmacha, czyli coś w rodzaju „uporczywego upodobania”, emocjonalnego związku z elementami swojej kolekcji, pewnego wewnętrznego przymusu jej powiększania, wymieniania prac, osiągnięcia pewnego rodzaju biegłości w zakresie naszych ulubionych twórców, których kolekcjonujemy. 

Po drugiej stronie jest jednak większość rynku i większość kapitału czyli inwestorzy i spekulanci. Inwestorzy są dawcami kapitału i finansują cały ten cyrk nakręcany przez pośredników. A pośrednicy i klakierzy na ich usługach (odpłatnie rzecz jasna ), dorabiają do całego przedsięwzięcia historię, typu rynek i sztuka z mottem „Sztuka inwestowania w sztukę”. 

Co się za takim mottem kryje? Nic nadzwyczajnego, obrót i handel, pośrednictwo, podbijanie cen i coraz wyższe marże przy spadającej jakości obsługi. I niezachwiana wiara w to, że ceny ciagle będą rosły. Czasami to już  czysta spekulacja gdy ten sam obraz jest wystawiany w ciągu kilku lat kilka razy z coraz wyższa estymacją. 

Inwestorzy są różnego typu i różną też maja płynność, z tymi najlepszymi właściciele domów aukcyjnych fotografują się w mediach i tworzą osobiste relacje. Kupcie Państwo kilka obrazów już za 100k PLN w jednym domu aukcyjnym i zobaczycie jak staniecie się klientem innej już kategorii będą do Państwa pisać, dzwonić, probować skracać dystans, stosować wszystkie znane ordynarne techniki manipulacji. 

Zmierzam do tego, że dla inwestorów nasze uwagi nie są prawdopodobnie ani trafne ani aktualne bo inwestor i spekulant ma w nosie obraz jaki kupuje, jego walory artystyczne, nie ma żadnej emocjonalnej więzi z dziełem, właściwie to nie obchodzi go pewnie ani estymacja ani rzetelność pośrednika. Ma więź emocjonalna z ceną kupna dzieła. Ma być po prostu kupione taniej a sprzedane drożej. 

I tym kontekście dość złowieszcza jest ta uwaga przedmówcy, że „to se ne vrati”. Faktycznie tak może być, społeczeństwo się bogaci, będzie coraz więcej inwestorów i spekulantów i bańka może trwać w najlepsze wiele lat. 

Ale chyba zgodzicie się Państwo, że gdzieś jest górna granica wartości każdej pracy, w tym  Fangora, Beksińskiego itd? Bo jak nie ma to niech domy aukcyjne w ogóle nie podają górnej granicy estymacji tylko niech piszą: do plus nieskończoności 😉 

Podsumowanie patologii prawnych dość rzetelnie zostało wykonane w krótkim artykule cywilisty z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Opolskiego. Artykuł „25 lat rynku sztuki w Polsce z perspektywy prawnika” autorstwa Piotra Steca. 

Czy autor bloga powinien dalej publikować  kolekcjonerskie odkrycia na zagranicznych aukcjach? Nie wiem. Realistycznie patrząc, autor bloga może publikować cokolwiek uzna za stosowne i jest zgodne z tematyką bloga. Czy jego wpisy pomagają spekulantom i handlarzom? Jasne, że tak. Ale nie tylko im. Pomagają też mniej wprawnym kolekcjonerom, mają walor edukacyjny. Poza tym chyba siła sprawcza autora wpisów jest trochę przeceniona. Spekulantów z największych domów aukcyjnych stać na zatrudnienie studentów (raczej studentek) przeglądających światowe rynki aukcyjne. Internet umożliwia każdemu zorientowanemu korzystanie z narzędzi wyszukiwania, ci bardziej majętni jak spekulanci i domy aukcyjne mają czas i pieniądze aby te dzieła wygrzebywać w sieci. Z blogiem czy bez, spekulanci dalej będą uprawiać swoją grę. 

Zagraniczne domu aukcyjne mają wyższe ceny, większy obrót i większe zyski.  Poza kryteriami etycznymi, które pewnie nikogo w tym biznesie nie interesują i niszczeniem rynku kolekcjonerskiego dla polskich prac, zagraniczne domy aukcyjne też nie maja interesu by przeciwdziałać procederowi. 

W.

Być może ostatni to list na dzien dzisiejszy (03/14/21) lecz zobaczymy:

Witam,

Dołożę swoje 5 groszy do dyskusji wywołanej kilka dni temu na temat różnych aberracji polskiego rynku malarskiego. Sprawy poruszone mogą być bardziej złożone od stawianych przez innych, jednak przyznaję z własnego doświadczenia, że patologie istnieją. A gdzie ich nie ma? Proszono o dodatkowe przykłady z polskiego podwórka. Oto jeden jaki mogę potwierdzić miejscem zdarzenia, dniem i godziną rozmowy oraz nawet nazwiskiem osoby, która ze mną rozmawiała.

Jestem kolekcjonerem od ponad 30 lat głównie polskiego malarstwa i żadnej z prac nie sprzedałem do tej pory. Naturalnym biegiem życia myślę, że podaruję kiedyś kolekcję dzieciom lub ją sprzedam dzieląc między nich pieniądze. Wygląda na to, że to drugie jest bardziej potrzebne od podarunku obrazów. Wybrałem się zatem do Desy w Warszawie na Piękną 1a, jeszcze przed wylewem tego cholenego wirusa, by porozmawiać o tym co mam (głównie XIX/XX malarstwo, dobre nazwiska, lecz nie z najmodniejszej obecnie półki, trochę również współczesnego). Umówiłem się, zostałem zaproszony do maleńkiego pokoiku, po schodach w dół na prawo, poczęstowano mnie szklanką wody (odmówiłem kawy, stąd woda) i rozwinąłem swoje fotografie. Dyskusja była miła ale zainteresowanie odczułem takie sobie -być może to były to za wysokie progi dla mnie i może powinienem był wybrać inny dom aukcyjny w Warszawie. Nie mam Fangora, Łempickiej, Wierusza czy Brandta. W sumie nie ma tam falsów ale mówimy o dość rzetenym malarstwie i chyba nietuzinkowych pracach. Pani pod koniec rozmowy powiedziała jednak, że chętnie kupi od mnie wszystko, całą kolekcję. Miała widać autoryzację by wydać taką decyzję na miejscu. Dobra wiadomość? Pełen sukces? Chyba w sumie nie, bo oferowała mi cenę 30-50% wartości rynkowej tłumacząc, że to na tzw. ‘inwestycję’ firmy, widzi spore ryzyko i dlatego tyle może mi oferować.

Prawdopodobnie powinienem udać sie na policję by zgłosić fakt próby wyłudzenia obiektów materialnych przez Desę. Być może istnieje jakiś paragraf w kodeksie karnym na takie zachowanie. Przyznam, że równie chętnie kupiłbym od Desy pełną zawartość któregoś ich katalogu, za 30-50% dolnych cen estymacyjnych na tzw. ‘inwestycję’ ale własną. Preferuję XIX/XX wiek. Co na to Desa? Ile takich propozycji złożono innym klientom? Wygląda mi na to, że taka oferta mieści się w modelu działalności firmy i jest moralnie (ładne słowo do prowadzenia biznesu!) tam akceptowana.

Mimo tego złego doświadczenia jestem optymistycznie nastawiony do możliwości zakupów i powiększania kolekcji w Polsce czy zagranicą. Fakt, że trudno jest konkurować z wielkimi handlarzami (domy aukcyjne) czy z drobnymi ale chyba miejsce dla każdego zawsze się znajdzie. Trzeba być cierpliwym, mieć jako-taką wiedzę o tym czego się szuka, wyznaczyć sobie cenę zakupu i uznać kolekcjonowanie za hobby, czyli dobrą zabawę. Nie wszystko musimy kupić, znajdą się zawsze bogatsi od nas. Czasami się uda a czasami się nie uda. Nie zawsze będziemy wygrywali jak Wałęsa w lotka.

Kwestja czy ten blog utrudnia kolekcjonerom zakupy czy nie. Jeśli nawet właściciel zadecyduje by opóźnić wprowadzanie informacji to znajdziemy na rynku inne platformy do których większość leniuchów się skieruje. Trudno coś ukryć mając w kieszeni internet do jakiego mają dostęp też inni. To jest chyba iluzoryczne rozwiązanie. To co każdego z nas może odróżnić i dać przewagę nad innymi to własna wiedza, ostrość wzroku i kojarzenie faktów.

Pozdrawiam, X. Y. Z.


Brakuje zwykłej przyzwoitości czyli o przekrętach rzeźb Igora Mitoraja w polskich domach aukcyjnych


Uparłem się by wyjaśnić serię pewnych rzeźb Igora Mitoraja, znakomitego polskiego współczesnego rzeźbiarza, konkretnie Perseusza i Asklepiosa, a także medali sprzedawanych głównie we Francji, potem pojawiających się w Polsce z wielkim przebiciem cenowym.

Igor Mitoraj. Perseusz

Intrygowało mnie pojawianie się, zwlaszcza tych dwóch modeli, w ogromnej ilości w obu państwach. Ile egzemplarzy zostało wyprodukowanych i w jaki sposób? Zwykle rzeźby powstaja w odlewniach, które produkują ograniczoną ich ilość, znakując każdy egzemplarz. To numerowanie wprowadzone zostało do celów podatkowych i chwała za to (za numery a nie za podatki) bo dzięki temu można rozwikłać zagadkę nakładu oraz ustosunkować się cen i oszustw cenowych w Polsce.

Igor Mitoraj. Asklepios

Zarówno Perseusz jak i Asklepios nie powstały poprzez odlew rzeźby z matrycy a poprzez wytłoczenie jej z blachy. Odlewanie rzeźby to proces po trosze artystyczny i wymaga dodatkowej obróbki po ostudzeniu modelu. Wytłoczenie wymaga matrycy, blachy miedzianej i silnego uderzenia do wykształecenia blachy. Wytłoczyć można z blachy ogromną ilość idenycznych egzemplarzy i można tłuc tak długo jak długo będzie popyt lub matryca się zniszczy.

Perseusze i Asklepiosy powstały poprzez wytłoczenie z blachy. Na każdej z matrycy znajdował się już dodatkowy numer ‘nakładu’ tj. „/1000” zarówno dla Perseusza jak i Asklepiosa. Numeracja egzemplarzy była dalej dokonana ręcznie. Pozornie, mogłoby się zatem wydawać, że wytłoczono aż po tysiąc egzemlarzy każdej z rzeźb. Takie myślenie jest jednak błędem. Perseusza wytłoczono już w ilości 6,000 sztuk zaś Asklepiosa naliczylem do tej pory 5,000 sztuk. Produkcja iście przemysłowa nie mająca nic współnego ze sztuką. Jakim zatem fortelem posłużono się by zamaskować te liczbę 1000 sztuk? Otóż, po wytłoczeniu pierwszych 1,000 egzemplarzy, numerowano znowu ręcznie kolejne 1,000 egzemplarzy dodając przed każdym numerem literę ‘A’. Po skończeniu 1,000 egzemplarzy serii ‘A’ zacżęto numerować kolejnych 1,000 egzemplarzy dodając literkę ‘B’. Spotkałem do tej pory egzemplarze z numeracja ‘E’. Zatem powstało 1,000 egzemplarzy bez literek i 5 serii A-E , każda po 1,000 sztuk, czyli w sumie 6,000 sztuk. Aby nie było wątpliwości, spotkałem już na rynku egzemplarze mające ten sam numer porządkowy lecz inne poprzedzjące litery i takie egzemplarze pokazywalem już na blogu i można je tu odszukać.

Z medalami o nazwie Articulations jest podobnie. Jedyna zmiana to tak, że oryginalnie na matrycy był cyfra ‘/500’. Dobijano ręcznie do nich numery oraz litery. Ostatnio widziałem na rynku medale z literkami ‘L’ oraz ‘M’. Jak łatwo policzyć, może być tego towaru już (14 liter x 500 sztuk) około 7,000 sztuk.

Igor Mitoraj. Articulations

O tym ‘tricku’ lub przekręcie literowym nikt nie pisał do tej pory oprócz mnie. Domy aukcyjne udają, że nic sie nie stało. Wytłoki produkowano jak części do samochodów. Wiadomo, że medale produkowano dla farmaceutycznej firmy Pfizer. Prawdopodobnie było identycznie z Perseuszami i z Asklepiosami. Myślę sobie, że Pfizer zmówił taką ilość na podarunki swoim ‘field salesmen’ a Igor Mitoraj wyraził zgodę na taką produkcję mając z tego jakiś profit. Nic złego do tej pory?

Igor Mitoraj. Articulations (M 4040/500)

Dochodzimy teraz do cen, do ukrywania faktu ‘produkcji’, do pompowania cen, zwłaszcza przez polskie domy aukcyjne. Ostatnio zauważyłem, że Desa-Unicum w Warszawie wycenia takiego Perseusza (aukcja 29 pażdziernika 2020) na 35,000 – 55,000 złotych (ok. 7,700 – 12,200 euro). Warto zwrócić uwagę, że górna wycena jest w tej chwili rekordową w Polsce – oderwanie od rzeczywistości. Nieco mniej wyceniony jest tam Asklepios (30,000 – 40,000 PLN). Dla ukrycia faktu ilości sztuk Desa posługuje się opisem: ‘D 692/1000 HC’; edition: 692/1000 (w przypadku Perseusza). Niby wszystko jest w porządku w opisie, lecz w detalach brakuje tej informacji, że jest to w sumie egzemplarz nr 5,692. Czy zatem klient (zgubiony i może mało znający się na sztuce) nie powinien znać całej prawdy? 55,000 złotych to spora suma, zwłaszcza, gdy ktoś nierozważnie kupuje na ‘inwestycję’. Dodam, że ceny tych rzeźb we Francji wynoszą zykle 1/3 ceny polskiej przy stałej ogromnej podaży, każdego prawie dnia. Pompowanie ceny w Polsce jest bardzo staranne i systematyczne. Po co kupować te rzeźby w Polsce???

Mam wrażenie, że polskie domy aukcyjne w tym konkretnym przypadku udają, że o niczym nie wiedzą. Jeśli rzeczywiście nie wiedzą to zatrudniają głupców i sami są głupcami. Jeśli wiedzą to oszukują klientów. Taka sytuacja doprowadzi kiedyś w końcu do otrzeźwienia ludzi i odwrócenia się od domów aukcyjnych. Myślę, że uczciwość byłaby wskazana.

Polskim domom aukcyjnym brakuje zwykłej przyzwoitości. Oszukują ludzi patrząc jedynie na zysk. Zostawiam ten wpis licząc, że klienci dotrą kiedyś tutaj (nawet po fakcie kupna) i zaczną ‘cholerować’ w Desie, Agrze, Polswissart i innych bo to powszechny jest tam taki złodziejski proceder, w przypadku wytłoczonych prac Mitoraja. (10/12/20)

DYSKUSJA:

Krakauer Edit

Szanowny Panie, pomimo, że z ogólnym przesłaniem co do dysproporcji cenowej prac Mitoraja w Polsce i na zachodzie się zgadzam to stanowczo chciałbym zwrócić uwagę na to, że bardzo mocno mija się Pan z prawdą i rozpowszechnia Pan nieprawdę co do sposobu powstania rzeźb “Perseusz” i “Asklepios”. Jeśli miałby Pan w rękach choć jedną z tych prac to z pewnością nie napisałby Pan że zostały one wytłoczone – każda z tych rzeźb to bardzo masywne odlewy z brązu i wykonanie ich metodą tłoczenia wymagałoby na prawdę gigantycznych technologii i urządzeń silniejszych niż przy produkcji maszyn i środków transportu. Polecam kontakt z jakimkolwiek odlewnikiem i konsultację tej kwestii – wykonanie tak dużej ilości odlewów nie jest akurat żadnym problemem, wszystko jest kwestią budżetu i popytu.
A jeszcze inną kwestią jest sprawa weryfikacji czy wszystkie wspomniane serie (powyżej litery C) były autoryzowane przez autora – odlewy z edycji A,B,C były wykonywane za pozwoleniem Mitoraja przez paryski Artcurial i to co je wyróżnia to znakomita patyna – nie do powtórzenia przez polskich odlewników (jest za to na rynku wiele odlewów o podejrzanie kiepskiej i nieudanej patynie.
A sam nakład – no cóż, to aberracja rynku sztuki od wielu lat. Równie dobrze można piętnować nakłady grafik Salvadora Dali gdzie każda grafika miała kolejne edycje na różnych rodzajach papieru i autoryzowanych, autentycznych odbitek są tysiące itd. itd
pozdrawiam
Krakauer

Reply:

  • 72blog104
  • Dziękuję Panu za błyskawiczna ripostę!
  • Na technologiach odlewniczych rzeczywiście się nie znam i zastanawiam się, jaka to matryca wytrzyma kilka tysięcy odlewów bez uszczerbków. Może zatem jest jak Pan pisze, i mijam sie z prawdą, choć dla mnie prostszym rozwiązaniem jest odcisk w stosunkowo miękkiej blasze, nawet grubej. Nie będę trwał w błędzie jeśli ktoś mnie przekona o odlewie – zostawiam zatem ten temat w zawieszeniu bo nie mam na podorędzieu osoby z odpowiednią wiedzą. Oszczekam, gdy zostanę przekonany. Przyrzekam. Próbowałem poprzez znajomą osobę dowiedzieć się czegoś więcej o tych rzeźbach bezpośrednio w paryskim Artcurial lecz odsyłąją do fundacji Mitoraja. Sami nic nie chcą powiedzieć i nie powiedzą. „Dysproporcja cenowa” to jest jednak nabijanie ludzi w butelkę, oszustwo i tak to widzę. Dlaczego polskie domy aukcyjne nie informują o ilości wyprodukowanych egzemplarzy? Dlaczego tak nieracjonanie w stosunku do klienta windują ceny? Niby nikt nikogo nie zmusza do kupna, lecz „wielu stałych klientów czołowych polskich domów aukcyjnych zareagowałoby bardzo ostro gdyby w jasny sposób im wytłumaczono co się dzieję z cenami dzieł, które kupują, w momencie gdy one przekraczają granice Polski” (z listu innego czytelnika). To nie jest, moim zdaniem, aberracja lecz spekulacja oparta na niewiedzy niezorientowanego (ew. początkującego) kolekcjonera. Mogę do pewnego stopnia zrozumieć, gdy ktoś natrafi za granica na jednostkowe dzieło artystyczne (malarskie, rzeźba), ważne, o dużej wartości artystycznej (cokolwiek to określenie oznacza) i przywiezie do Polski to sprzeda za dużo więcej niż zapłacił. Jak jednak uzasadnić i ocenić przesyłanie i sprzedawanie, jednego za drugim egzemplarzy odlewu czy wytłoku, jednego z paru tysięcy, z pełną świadomością braku ‘koszerności’ tego procederu, w dodatku przy milczącej zgodzie całego tego ‘łańcucha pokarmowego’? Przyznam, że pisałem to z myślą o tych naiwnych, wierzących w rzetelność pracowników handlu antykami bo trudno jest mi nazwać ich antykwariuszami czy historykami sztuki. Może jeszcze będzie okazja porozmawiać i pospierać się nt temat lub inny i na to liczę w przyszłości. Pozdrawiam, Warschauer

Krzysztof Lubieniecki w Desie-Unicum


To jest w zasadzie powtórzenie tego co napisałem o tym obrazie rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego w dziale Handlarze. Wpisuję raz jeszcze w dziale Opinie, gdyż jest pewna wielowątkowość związana z tą pracą; nie tylko problem autentyczności ale również ‘przymierzania’ się Desy-Unicum do aukcji starych mistrzów. Wygląda na to, że Desa stara sie zająć miejsce obok wielkich międzynarodowych domów aukcyjnych. Pytanie jakie trzeba sobie zadać to czy mają odpowiednich ekspertów. Dlatego, ostrożność klientów winna być w tym przypadku podwójna. O ile w przypadku prac polskich artystów Desa trzyma pewnien standard dość wysoki i stara sie nie dopuszczać do wprowadzania falsów, to czy podoła na innym polu?

Moja opinia na temat oleju rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego (1659 – 1729), który był już dwukrotnie sprzedany w Dorotheum: w 2013 roku za 7,500 euro oraz ze strata właściciela w 2019 roku za 6,400 euro. Olej ten pojawił sie właśnie w Desie Unicum (Liczykrupa) na aukcji 6 pażdziernika 2020 (lot # 1) z ceną wyjściową 34,000 złotych (ok 7,500 euro) i wyceną 40,000 – 55,000 złotych (ok. 8.900 – 12,200 euro). Pisałem wczesniej na blogu o tym obrazie: https://polishartcorner.com/2019/12/09/krzysztof-lubieniecki-1659-1729-4/ .

Pierwsza uwagą narzucającą się jest chęć obecnego właściciela pozbycia się tego obrazu za wszelką cenę, czyli za cenę kupna w Dorotheum. Może Polacy mało znają się nz tzw ‘ starych mistrzach’ holenderskich i przyjmą z pokorą długi i nudny opis zamieszczony w katalogu Desy-Unicum. Zwykle tak jest, że długim opisem pokrywa się jakiś defekt, który usiłuje się ukryć.

Druga uwaga to zamaskowanie faktu, iż olej ten nie jest sygnowany. Proszę jednak wgryźć się w prace tego właśnie Lubienieckiego (proszę nie mylić ze starszym bratem Bogdanem Lubienieckim) by przekonać się o niezwykle pięknie kładzionej jego sygnaturze oraz datowaniu na jego innych, znanych obrazach. Krzysztof Lubieniecki nie wstydził sie swoich prac i je sygnował, pięknie sygnował. Proszę mi jednak nie sugerować, że sygnatura została zmyta w czasie konserwacji obrazu. To byłaby bzdura w jaka absolutie nie należy wierzyć.

Trzecia uwaga to brak proweniencji. Można założyć, że obraz ten mógł być namalowany w przedziale ok 1690-1720 roku. Informacje o tym obrazie pojawiają się w Dorotheum w 2013 roku z uwagą, że znajdował się przedtem w prywatnych rękach w Austrii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na inny obraz Krzysztofa Lubienieckiego jaki został sprzedany w Christies w 2018 roku (https://polishartcorner.com/2019/06/01/krzysztof-lubieniecki-1659-1729/ ) a cenę 125,000 funtów brytyjskich. W tej cenie sprzedaży kryje się właśnie znakomita proweniecja.

Zatem biorąc powyższe trzy uwagi byłbym niezwykle ostrożny w przypisaniu tego obrazu Krzysztofowi Lubienieckiemu. Potrzebne są dodatkowe badania i kwereda. Równocześnie mogę się zgodzić, że obraz te posiada atrybucje malarstwa tego malarza. Jednak, w Holandii w owym czasie diałało setki malarzy i nie jest wykluczone, że obraz powstał w warszatacie innego artysty.

Zatem ‘hold your horses’ i niech rozum działa na aukcji a nie emocje.

Na zakończenie, drobna moja złośliwość w stosunku do Desy-Unicum. Zauważyłem, że nagle Desa-Unicum „wzięła się” za mistrzów holenderskich. Widać, ustawianie domowych aukcji już co 2-3 dni nie wystarcza. Pospiech, pośpiech, pośpiech kosztem jakości. Spodziewam się, że wkrótce pojawią się aukcje malarstwa włoskiego, francuskiego, hiszpańskiego, etc. Może dla uwiarygodnienia należałoby podać nazwiska ekspertów/rzeczoznawców by kupujący spali spokojniej? Nie ma przecież wstydu by Desa Unicum pochwaliła się wybitnymi ekspertami.

09/23/2000



Jan Matejko. Portret Karola Gilewskiego. Obraz kupiony za ok 334,000 euro (1.4 mln złotych). Sprzedany w Polswissat za 7,000,000 złotych.

Nie sposób nie ustosunkować mi się do artykuł p. Mai Narbutt zamieszczonego wPolityce (https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/505597-banka-spekulacyjna-na-polskim-rynku-aukcyjnym ). Autorka na podstawie jednego głośniego przykładu, sprzedaży oleju Jana Matejki (https://polishartcorner.com/2015/09/22/jan-matejko-1838-1893-2/ ), pisze o patologiach polskiego rynku antykwarycznego.

Moim zdaniem, każdy kto zarobił uczciwie pieniądze ma prawo je wydać w dowolny sposób. Wiele razy o tym pisałem, że własne pieniądze można rozdać innym, przejeść i przepić lub można np. kupić pracę malarstką dowolnego artysty, płacąc i przepłacając za nia tyle ile nam sie podoba, lub kupić np. luksusowy samochód czy willę na Riwierze.

Po co jednak zawracać sobie głowę aukcjami w Polsce? Ta grupa bogatych ‘kolekcjonerów’ w Polsce (ok 100 wg. p. Narbutt) powinna dojść do porozumienia między sobą, skatalogować prace trzymane w piwnicach Desy-Unicum i innych domów aukcyjnych/banków, wystawić certyfikaty posiadania i handlować certyfikatami między sobą. Nie będzie potrzebny żaden pośrednik w postaci domu aukcyjnego. Wystarczy mini-gielda tych certyfikatów dla wybranych i wtajemniczonych i ewentualne podanie wyników. Można wyeliminować marżę za pośrednictwo. Jeśli te osoby rzeczywiście dbają by nie przepłacać to tylko zyskają na moim pomyśle.

Pisałem również wielokrotnie o traktowaniu malarstwa jako worków kartofli. Handlarzy (drobnych) jest wielu i każdy z nich chciałby zarobić parę złotych. To moge zrozumieć, choć tego nie lubię. Za duże sumy kupują jedynie duże domy aukcyjne, wyłącznie na sprzedaż. Kiedyś licytowałem telefonicznie pracę w Europie, przegrałem a po aukcji dostałem przez pomyłkę z domu aukcyjnego rachunek do zapłacenia wystawiony Desie-Unicum. Dowiedziałem sie w ten sposób, że z nią walczyłem na aukcji i ….chyba nie miałem prawa wygrać. Praca jaką przegralem pojawiła się wkrótce na ich aukcji w Polsce. Tych kilka domów aukcyjnych napędza ceny mając na oku wyłącznie tę wąską grupę ludzi bogatych, dla których malarstwo to jedynie ‘towar’. Jeśli ci bogaci rzeczywiście, jak pisze p. Narbutt, nie lubią przepłacać to dlaczego jednak przepłacają? Przykładów jest wiele z ostatniego roku; np kroczące rzeźby Magdaleny Abakanowicz, kupione w Sotheby’s w pażdzierniku 2018 r za $471,000 (ok. 1,800,00 zlotych) https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html?locale=en  

Magdalena Abakanowicz. CAMINANDO (20 WALKING FIGURES). Kupiona za ok 1.8 mln złotych i sprzedana w Desie-Unicum za ponad 8 mln złotych.

sprzedano w Desie-Unicum z hukiem po roku z za 6,900,000 złotych (ponad 8 milionów z opłatami), czyli poczwórną(!!!) cenę (https://desa.pl/pl/wyniki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?fsearch=1 ). Czy te bogate osoby są głupie? Wygląda, że tak, choć dodam, że tylko w stosunku do znajomości polskiego malarstwa. A może nie mają czasu na takie głupstwa jak śledzenie aukcji i kupowanie osobiście ‘za ½ , czy ¼ ceny’. Proponuję, że w ich imieniu będę licytował i im kupowal to co sobie życzą. Moja opłata to jedynie 5% wartości zakupionej a nie 100%-400% domów aukcyjnych. Fair? Bogate osoby, dotrzyjcie do mnie a pominiecie pośrednika jakim jest Desa, Agra, Polswissart, etc, etc. Mój adres jest podany na blogu. Dyskrecja zapewniona.

Polskie domy aukcyjne rzeczywiście chyba dochodzą ze sobą do porozumienia odnosnie windowania cen. Przykładem jest ostatnio malarstwo monachijskie windowane w wiekszości domów aukcyjnych. Groteskowo Agra-Art wyceniła jedno płótno Wierusza

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca wyceniona w Agrze Art na 2-2.5 mln złotych

na 2-2.5 miliona złotych (obraz spadł dzisiaj), kupione 2015 roku za ok $163,000 (https://polishartcorner.com/2013/12/12/affred-wierusz-kowalski-1849-1915/). Szykuje się teraz na aukcję w Polsce, wspomniana w artykule p. Narbutt, inna praca Wierusza,

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca sprzedana w USA za $500,000.

kupiona w USA za $500,000 (https://polishartcorner.com/2020/05/11/alfred-wierusz-kowalski-1849-1915-44/ ). Groteska i aberracja cenowa. Ciekawe, że olej Brandta, o jakim niedawno pisałem (https://polishartcorner.com/2019/05/30/jozef-brandt-1841-1915/ ), spadł dzisiaj w Agrze. Pisałem również na blogu o tych dwóch Wieruszach. Może jednak ludzie docierają na mój blog i zaczynają się zastanawiać? God bless them!

Ostatnia sprawa to czy rzeczywiście inwestorzy zastąpili kolekcjonerów. Chyba jednak nie. Kolekcjoner cieszy się ze swojego zakupu, ogląda pracę na ścianie, czyta o malarzu, uczy się o nim, czasami pisze o nim, gdy znajdzie coś ciekawego. Inwestor składuje prace, jak kartofle, ryż i węgiel czyli ‘towar’. Na ‘towarze’ można stracić, jak Holendrzy na cebulkach tulipanów. What’s go up must go down. Składowane obecnie przez inwestorów prace w piwnicach Desy kiedyś gwałtownie pojawią się na rynku. Tyle, że ceny będzie dyktował wtedy rozumny kolekcjoner.

Moim zdaniem jest rzeczywiście spora bańka (bubble) na polskim rynku. Pęknie kiedyś bo tak uczy historia. Dlatego zawsze zalecam rozsądek przy zakupach, wyznaczenie sobie ceny jakiej jesteśmy gotowi do zapłacenia. Jak nie uda się kupno tej pracy to będzie wkrótce inna. Przeglądając od ponad 25 lat katalogi aukcyjne widzę, jak bardzo lokalną wartość nad Wisłą ma polskie malarstwo, na miarę Europy i reszty.

Nie martwiłbym się, że muzea polskie nie mają pieniędzy na zakupy. Niech kupują prace kolekcjonerzy, cieszą się z nich i udostepniają (jeśli chcą) na wystawach w muzeach lub własnych domach. Muzea polskie mają zawsze prawo pierwokupu wylicytowanej przez kolekcjonera pracy w polskim domu aukcyjnym. To winno wystarczyć. Kupno pracy przez polskie muzea na rynkach pozakrajowych musi być wielkim przedsięwzięciem logistycznym. Tak wielkim, że czasami boją się brać za to. Kolekcjoner bedzie zawsze sprawniejszy od machiny ministerialnej.

06/21/2000