Opinie


Brakuje zwykłej przyzwoitości czyli o przekrętach rzeźb Igora Mitoraja w polskich domach aukcyjnych


Uparłem się by wyjaśnić serię pewnych rzeźb Igora Mitoraja, znakomitego polskiego współczesnego rzeźbiarza, konkretnie Perseusza i Asklepiosa, a także medali sprzedawanych głównie we Francji, potem pojawiających się w Polsce z wielkim przebiciem cenowym.

Igor Mitoraj. Perseusz

Intrygowało mnie pojawianie się, zwlaszcza tych dwóch modeli, w ogromnej ilości w obu państwach. Ile egzemplarzy zostało wyprodukowanych i w jaki sposób? Zwykle rzeźby powstaja w odlewniach, które produkują ograniczoną ich ilość, znakując każdy egzemplarz. To numerowanie wprowadzone zostało do celów podatkowych i chwała za to (za numery a nie za podatki) bo dzięki temu można rozwikłać zagadkę nakładu oraz ustosunkować się cen i oszustw cenowych w Polsce.

Igor Mitoraj. Asklepios

Zarówno Perseusz jak i Asklepios nie powstały poprzez odlew rzeźby z matrycy a poprzez wytłoczenie jej z blachy. Odlewanie rzeźby to proces po trosze artystyczny i wymaga dodatkowej obróbki po ostudzeniu modelu. Wytłoczenie wymaga matrycy, blachy miedzianej i silnego uderzenia do wykształecenia blachy. Wytłoczyć można z blachy ogromną ilość idenycznych egzemplarzy i można tłuc tak długo jak długo będzie popyt lub matryca się zniszczy.

Perseusze i Asklepiosy powstały poprzez wytłoczenie z blachy. Na każdej z matrycy znajdował się już dodatkowy numer ‘nakładu’ tj. „/1000” zarówno dla Perseusza jak i Asklepiosa. Numeracja egzemplarzy była dalej dokonana ręcznie. Pozornie, mogłoby się zatem wydawać, że wytłoczono aż po tysiąc egzemlarzy każdej z rzeźb. Takie myślenie jest jednak błędem. Perseusza wytłoczono już w ilości 6,000 sztuk zaś Asklepiosa naliczylem do tej pory 5,000 sztuk. Produkcja iście przemysłowa nie mająca nic współnego ze sztuką. Jakim zatem fortelem posłużono się by zamaskować te liczbę 1000 sztuk? Otóż, po wytłoczeniu pierwszych 1,000 egzemplarzy, numerowano znowu ręcznie kolejne 1,000 egzemplarzy dodając przed każdym numerem literę ‘A’. Po skończeniu 1,000 egzemplarzy serii ‘A’ zacżęto numerować kolejnych 1,000 egzemplarzy dodając literkę ‘B’. Spotkałem do tej pory egzemplarze z numeracja ‘E’. Zatem powstało 1,000 egzemplarzy bez literek i 5 serii A-E , każda po 1,000 sztuk, czyli w sumie 6,000 sztuk. Aby nie było wątpliwości, spotkałem już na rynku egzemplarze mające ten sam numer porządkowy lecz inne poprzedzjące litery i takie egzemplarze pokazywalem już na blogu i można je tu odszukać.

Z medalami o nazwie Articulations jest podobnie. Jedyna zmiana to tak, że oryginalnie na matrycy był cyfra ‘/500’. Dobijano ręcznie do nich numery oraz litery. Ostatnio widziałem na rynku medale z literkami ‘L’ oraz ‘M’. Jak łatwo policzyć, może być tego towaru już (14 liter x 500 sztuk) około 7,000 sztuk.

Igor Mitoraj. Articulations

O tym ‘tricku’ lub przekręcie literowym nikt nie pisał do tej pory oprócz mnie. Domy aukcyjne udają, że nic sie nie stało. Wytłoki produkowano jak części do samochodów. Wiadomo, że medale produkowano dla farmaceutycznej firmy Pfizer. Prawdopodobnie było identycznie z Perseuszami i z Asklepiosami. Myślę sobie, że Pfizer zmówił taką ilość na podarunki swoim ‘field salesmen’ a Igor Mitoraj wyraził zgodę na taką produkcję mając z tego jakiś profit. Nic złego do tej pory?

Igor Mitoraj. Articulations (M 4040/500)

Dochodzimy teraz do cen, do ukrywania faktu ‘produkcji’, do pompowania cen, zwłaszcza przez polskie domy aukcyjne. Ostatnio zauważyłem, że Desa-Unicum w Warszawie wycenia takiego Perseusza (aukcja 29 pażdziernika 2020) na 35,000 – 55,000 złotych (ok. 7,700 – 12,200 euro). Warto zwrócić uwagę, że górna wycena jest w tej chwili rekordową w Polsce – oderwanie od rzeczywistości. Nieco mniej wyceniony jest tam Asklepios (30,000 – 40,000 PLN). Dla ukrycia faktu ilości sztuk Desa posługuje się opisem: ‘D 692/1000 HC’; edition: 692/1000 (w przypadku Perseusza). Niby wszystko jest w porządku w opisie, lecz w detalach brakuje tej informacji, że jest to w sumie egzemplarz nr 5,692. Czy zatem klient (zgubiony i może mało znający się na sztuce) nie powinien znać całej prawdy? 55,000 złotych to spora suma, zwłaszcza, gdy ktoś nierozważnie kupuje na ‘inwestycję’. Dodam, że ceny tych rzeźb we Francji wynoszą zykle 1/3 ceny polskiej przy stałej ogromnej podaży, każdego prawie dnia. Pompowanie ceny w Polsce jest bardzo staranne i systematyczne. Po co kupować te rzeźby w Polsce???

Mam wrażenie, że polskie domy aukcyjne w tym konkretnym przypadku udają, że o niczym nie wiedzą. Jeśli rzeczywiście nie wiedzą to zatrudniają głupców i sami są głupcami. Jeśli wiedzą to oszukują klientów. Taka sytuacja doprowadzi kiedyś w końcu do otrzeźwienia ludzi i odwrócenia się od domów aukcyjnych. Myślę, że uczciwość byłaby wskazana.

Polskim domom aukcyjnym brakuje zwykłej przyzwoitości. Oszukują ludzi patrząc jedynie na zysk. Zostawiam ten wpis licząc, że klienci dotrą kiedyś tutaj (nawet po fakcie kupna) i zaczną ‘cholerować’ w Desie, Agrze, Polswissart i innych bo to powszechny jest tam taki złodziejski proceder, w przypadku wytłoczonych prac Mitoraja. (10/12/20)

DYSKUSJA:

Krakauer Edit

Szanowny Panie, pomimo, że z ogólnym przesłaniem co do dysproporcji cenowej prac Mitoraja w Polsce i na zachodzie się zgadzam to stanowczo chciałbym zwrócić uwagę na to, że bardzo mocno mija się Pan z prawdą i rozpowszechnia Pan nieprawdę co do sposobu powstania rzeźb “Perseusz” i “Asklepios”. Jeśli miałby Pan w rękach choć jedną z tych prac to z pewnością nie napisałby Pan że zostały one wytłoczone – każda z tych rzeźb to bardzo masywne odlewy z brązu i wykonanie ich metodą tłoczenia wymagałoby na prawdę gigantycznych technologii i urządzeń silniejszych niż przy produkcji maszyn i środków transportu. Polecam kontakt z jakimkolwiek odlewnikiem i konsultację tej kwestii – wykonanie tak dużej ilości odlewów nie jest akurat żadnym problemem, wszystko jest kwestią budżetu i popytu.
A jeszcze inną kwestią jest sprawa weryfikacji czy wszystkie wspomniane serie (powyżej litery C) były autoryzowane przez autora – odlewy z edycji A,B,C były wykonywane za pozwoleniem Mitoraja przez paryski Artcurial i to co je wyróżnia to znakomita patyna – nie do powtórzenia przez polskich odlewników (jest za to na rynku wiele odlewów o podejrzanie kiepskiej i nieudanej patynie.
A sam nakład – no cóż, to aberracja rynku sztuki od wielu lat. Równie dobrze można piętnować nakłady grafik Salvadora Dali gdzie każda grafika miała kolejne edycje na różnych rodzajach papieru i autoryzowanych, autentycznych odbitek są tysiące itd. itd
pozdrawiam
Krakauer

Reply:

  • 72blog104
  • Dziękuję Panu za błyskawiczna ripostę!
  • Na technologiach odlewniczych rzeczywiście się nie znam i zastanawiam się, jaka to matryca wytrzyma kilka tysięcy odlewów bez uszczerbków. Może zatem jest jak Pan pisze, i mijam sie z prawdą, choć dla mnie prostszym rozwiązaniem jest odcisk w stosunkowo miękkiej blasze, nawet grubej. Nie będę trwał w błędzie jeśli ktoś mnie przekona o odlewie – zostawiam zatem ten temat w zawieszeniu bo nie mam na podorędzieu osoby z odpowiednią wiedzą. Oszczekam, gdy zostanę przekonany. Przyrzekam. Próbowałem poprzez znajomą osobę dowiedzieć się czegoś więcej o tych rzeźbach bezpośrednio w paryskim Artcurial lecz odsyłąją do fundacji Mitoraja. Sami nic nie chcą powiedzieć i nie powiedzą. „Dysproporcja cenowa” to jest jednak nabijanie ludzi w butelkę, oszustwo i tak to widzę. Dlaczego polskie domy aukcyjne nie informują o ilości wyprodukowanych egzemplarzy? Dlaczego tak nieracjonanie w stosunku do klienta windują ceny? Niby nikt nikogo nie zmusza do kupna, lecz „wielu stałych klientów czołowych polskich domów aukcyjnych zareagowałoby bardzo ostro gdyby w jasny sposób im wytłumaczono co się dzieję z cenami dzieł, które kupują, w momencie gdy one przekraczają granice Polski” (z listu innego czytelnika). To nie jest, moim zdaniem, aberracja lecz spekulacja oparta na niewiedzy niezorientowanego (ew. początkującego) kolekcjonera. Mogę do pewnego stopnia zrozumieć, gdy ktoś natrafi za granica na jednostkowe dzieło artystyczne (malarskie, rzeźba), ważne, o dużej wartości artystycznej (cokolwiek to określenie oznacza) i przywiezie do Polski to sprzeda za dużo więcej niż zapłacił. Jak jednak uzasadnić i ocenić przesyłanie i sprzedawanie, jednego za drugim egzemplarzy odlewu czy wytłoku, jednego z paru tysięcy, z pełną świadomością braku ‘koszerności’ tego procederu, w dodatku przy milczącej zgodzie całego tego ‘łańcucha pokarmowego’? Przyznam, że pisałem to z myślą o tych naiwnych, wierzących w rzetelność pracowników handlu antykami bo trudno jest mi nazwać ich antykwariuszami czy historykami sztuki. Może jeszcze będzie okazja porozmawiać i pospierać się nt temat lub inny i na to liczę w przyszłości. Pozdrawiam, Warschauer

Krzysztof Lubieniecki w Desie-Unicum


To jest w zasadzie powtórzenie tego co napisałem o tym obrazie rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego w dziale Handlarze. Wpisuję raz jeszcze w dziale Opinie, gdyż jest pewna wielowątkowość związana z tą pracą; nie tylko problem autentyczności ale również ‘przymierzania’ się Desy-Unicum do aukcji starych mistrzów. Wygląda na to, że Desa stara sie zająć miejsce obok wielkich międzynarodowych domów aukcyjnych. Pytanie jakie trzeba sobie zadać to czy mają odpowiednich ekspertów. Dlatego, ostrożność klientów winna być w tym przypadku podwójna. O ile w przypadku prac polskich artystów Desa trzyma pewnien standard dość wysoki i stara sie nie dopuszczać do wprowadzania falsów, to czy podoła na innym polu?

Moja opinia na temat oleju rzekomo Krzysztofa Lubienieckiego (1659 – 1729), który był już dwukrotnie sprzedany w Dorotheum: w 2013 roku za 7,500 euro oraz ze strata właściciela w 2019 roku za 6,400 euro. Olej ten pojawił sie właśnie w Desie Unicum (Liczykrupa) na aukcji 6 pażdziernika 2020 (lot # 1) z ceną wyjściową 34,000 złotych (ok 7,500 euro) i wyceną 40,000 – 55,000 złotych (ok. 8.900 – 12,200 euro). Pisałem wczesniej na blogu o tym obrazie: https://polishartcorner.com/2019/12/09/krzysztof-lubieniecki-1659-1729-4/ .

Pierwsza uwagą narzucającą się jest chęć obecnego właściciela pozbycia się tego obrazu za wszelką cenę, czyli za cenę kupna w Dorotheum. Może Polacy mało znają się nz tzw ‘ starych mistrzach’ holenderskich i przyjmą z pokorą długi i nudny opis zamieszczony w katalogu Desy-Unicum. Zwykle tak jest, że długim opisem pokrywa się jakiś defekt, który usiłuje się ukryć.

Druga uwaga to zamaskowanie faktu, iż olej ten nie jest sygnowany. Proszę jednak wgryźć się w prace tego właśnie Lubienieckiego (proszę nie mylić ze starszym bratem Bogdanem Lubienieckim) by przekonać się o niezwykle pięknie kładzionej jego sygnaturze oraz datowaniu na jego innych, znanych obrazach. Krzysztof Lubieniecki nie wstydził sie swoich prac i je sygnował, pięknie sygnował. Proszę mi jednak nie sugerować, że sygnatura została zmyta w czasie konserwacji obrazu. To byłaby bzdura w jaka absolutie nie należy wierzyć.

Trzecia uwaga to brak proweniencji. Można założyć, że obraz ten mógł być namalowany w przedziale ok 1690-1720 roku. Informacje o tym obrazie pojawiają się w Dorotheum w 2013 roku z uwagą, że znajdował się przedtem w prywatnych rękach w Austrii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na inny obraz Krzysztofa Lubienieckiego jaki został sprzedany w Christies w 2018 roku (https://polishartcorner.com/2019/06/01/krzysztof-lubieniecki-1659-1729/ ) a cenę 125,000 funtów brytyjskich. W tej cenie sprzedaży kryje się właśnie znakomita proweniecja.

Zatem biorąc powyższe trzy uwagi byłbym niezwykle ostrożny w przypisaniu tego obrazu Krzysztofowi Lubienieckiemu. Potrzebne są dodatkowe badania i kwereda. Równocześnie mogę się zgodzić, że obraz te posiada atrybucje malarstwa tego malarza. Jednak, w Holandii w owym czasie diałało setki malarzy i nie jest wykluczone, że obraz powstał w warszatacie innego artysty.

Zatem ‘hold your horses’ i niech rozum działa na aukcji a nie emocje.

Na zakończenie, drobna moja złośliwość w stosunku do Desy-Unicum. Zauważyłem, że nagle Desa-Unicum „wzięła się” za mistrzów holenderskich. Widać, ustawianie domowych aukcji już co 2-3 dni nie wystarcza. Pospiech, pośpiech, pośpiech kosztem jakości. Spodziewam się, że wkrótce pojawią się aukcje malarstwa włoskiego, francuskiego, hiszpańskiego, etc. Może dla uwiarygodnienia należałoby podać nazwiska ekspertów/rzeczoznawców by kupujący spali spokojniej? Nie ma przecież wstydu by Desa Unicum pochwaliła się wybitnymi ekspertami.

09/23/2000



Jan Matejko. Portret Karola Gilewskiego. Obraz kupiony za ok 334,000 euro (1.4 mln złotych). Sprzedany w Polswissat za 7,000,000 złotych.

Nie sposób nie ustosunkować mi się do artykuł p. Mai Narbutt zamieszczonego wPolityce (https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/505597-banka-spekulacyjna-na-polskim-rynku-aukcyjnym ). Autorka na podstawie jednego głośniego przykładu, sprzedaży oleju Jana Matejki (https://polishartcorner.com/2015/09/22/jan-matejko-1838-1893-2/ ), pisze o patologiach polskiego rynku antykwarycznego.

Moim zdaniem, każdy kto zarobił uczciwie pieniądze ma prawo je wydać w dowolny sposób. Wiele razy o tym pisałem, że własne pieniądze można rozdać innym, przejeść i przepić lub można np. kupić pracę malarstką dowolnego artysty, płacąc i przepłacając za nia tyle ile nam sie podoba, lub kupić np. luksusowy samochód czy willę na Riwierze.

Po co jednak zawracać sobie głowę aukcjami w Polsce? Ta grupa bogatych ‘kolekcjonerów’ w Polsce (ok 100 wg. p. Narbutt) powinna dojść do porozumienia między sobą, skatalogować prace trzymane w piwnicach Desy-Unicum i innych domów aukcyjnych/banków, wystawić certyfikaty posiadania i handlować certyfikatami między sobą. Nie będzie potrzebny żaden pośrednik w postaci domu aukcyjnego. Wystarczy mini-gielda tych certyfikatów dla wybranych i wtajemniczonych i ewentualne podanie wyników. Można wyeliminować marżę za pośrednictwo. Jeśli te osoby rzeczywiście dbają by nie przepłacać to tylko zyskają na moim pomyśle.

Pisałem również wielokrotnie o traktowaniu malarstwa jako worków kartofli. Handlarzy (drobnych) jest wielu i każdy z nich chciałby zarobić parę złotych. To moge zrozumieć, choć tego nie lubię. Za duże sumy kupują jedynie duże domy aukcyjne, wyłącznie na sprzedaż. Kiedyś licytowałem telefonicznie pracę w Europie, przegrałem a po aukcji dostałem przez pomyłkę z domu aukcyjnego rachunek do zapłacenia wystawiony Desie-Unicum. Dowiedziałem sie w ten sposób, że z nią walczyłem na aukcji i ….chyba nie miałem prawa wygrać. Praca jaką przegralem pojawiła się wkrótce na ich aukcji w Polsce. Tych kilka domów aukcyjnych napędza ceny mając na oku wyłącznie tę wąską grupę ludzi bogatych, dla których malarstwo to jedynie ‘towar’. Jeśli ci bogaci rzeczywiście, jak pisze p. Narbutt, nie lubią przepłacać to dlaczego jednak przepłacają? Przykładów jest wiele z ostatniego roku; np kroczące rzeźby Magdaleny Abakanowicz, kupione w Sotheby’s w pażdzierniku 2018 r za $471,000 (ok. 1,800,00 zlotych) https://www.sothebys.com/en/auctions/ecatalogue/2018/creating-a-stage-collection-of-marsha-and-robin-williams-n09977/lot.27.html?locale=en  

Magdalena Abakanowicz. CAMINANDO (20 WALKING FIGURES). Kupiona za ok 1.8 mln złotych i sprzedana w Desie-Unicum za ponad 8 mln złotych.

sprzedano w Desie-Unicum z hukiem po roku z za 6,900,000 złotych (ponad 8 milionów z opłatami), czyli poczwórną(!!!) cenę (https://desa.pl/pl/wyniki/rzezba-i-formy-przestrzenne-y8ip/caminando-zestaw-20-figur-19981999-r/?fsearch=1 ). Czy te bogate osoby są głupie? Wygląda, że tak, choć dodam, że tylko w stosunku do znajomości polskiego malarstwa. A może nie mają czasu na takie głupstwa jak śledzenie aukcji i kupowanie osobiście ‘za ½ , czy ¼ ceny’. Proponuję, że w ich imieniu będę licytował i im kupowal to co sobie życzą. Moja opłata to jedynie 5% wartości zakupionej a nie 100%-400% domów aukcyjnych. Fair? Bogate osoby, dotrzyjcie do mnie a pominiecie pośrednika jakim jest Desa, Agra, Polswissart, etc, etc. Mój adres jest podany na blogu. Dyskrecja zapewniona.

Polskie domy aukcyjne rzeczywiście chyba dochodzą ze sobą do porozumienia odnosnie windowania cen. Przykładem jest ostatnio malarstwo monachijskie windowane w wiekszości domów aukcyjnych. Groteskowo Agra-Art wyceniła jedno płótno Wierusza

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca wyceniona w Agrze Art na 2-2.5 mln złotych

na 2-2.5 miliona złotych (obraz spadł dzisiaj), kupione 2015 roku za ok $163,000 (https://polishartcorner.com/2013/12/12/affred-wierusz-kowalski-1849-1915/). Szykuje się teraz na aukcję w Polsce, wspomniana w artykule p. Narbutt, inna praca Wierusza,

Alfred Wierusz-Kowalski. Praca sprzedana w USA za $500,000.

kupiona w USA za $500,000 (https://polishartcorner.com/2020/05/11/alfred-wierusz-kowalski-1849-1915-44/ ). Groteska i aberracja cenowa. Ciekawe, że olej Brandta, o jakim niedawno pisałem (https://polishartcorner.com/2019/05/30/jozef-brandt-1841-1915/ ), spadł dzisiaj w Agrze. Pisałem również na blogu o tych dwóch Wieruszach. Może jednak ludzie docierają na mój blog i zaczynają się zastanawiać? God bless them!

Ostatnia sprawa to czy rzeczywiście inwestorzy zastąpili kolekcjonerów. Chyba jednak nie. Kolekcjoner cieszy się ze swojego zakupu, ogląda pracę na ścianie, czyta o malarzu, uczy się o nim, czasami pisze o nim, gdy znajdzie coś ciekawego. Inwestor składuje prace, jak kartofle, ryż i węgiel czyli ‘towar’. Na ‘towarze’ można stracić, jak Holendrzy na cebulkach tulipanów. What’s go up must go down. Składowane obecnie przez inwestorów prace w piwnicach Desy kiedyś gwałtownie pojawią się na rynku. Tyle, że ceny będzie dyktował wtedy rozumny kolekcjoner.

Moim zdaniem jest rzeczywiście spora bańka (bubble) na polskim rynku. Pęknie kiedyś bo tak uczy historia. Dlatego zawsze zalecam rozsądek przy zakupach, wyznaczenie sobie ceny jakiej jesteśmy gotowi do zapłacenia. Jak nie uda się kupno tej pracy to będzie wkrótce inna. Przeglądając od ponad 25 lat katalogi aukcyjne widzę, jak bardzo lokalną wartość nad Wisłą ma polskie malarstwo, na miarę Europy i reszty.

Nie martwiłbym się, że muzea polskie nie mają pieniędzy na zakupy. Niech kupują prace kolekcjonerzy, cieszą się z nich i udostepniają (jeśli chcą) na wystawach w muzeach lub własnych domach. Muzea polskie mają zawsze prawo pierwokupu wylicytowanej przez kolekcjonera pracy w polskim domu aukcyjnym. To winno wystarczyć. Kupno pracy przez polskie muzea na rynkach pozakrajowych musi być wielkim przedsięwzięciem logistycznym. Tak wielkim, że czasami boją się brać za to. Kolekcjoner bedzie zawsze sprawniejszy od machiny ministerialnej.

06/21/2000